wtorek, 4 stycznia 2022

WIETRZYCE

WIETRZYCE Płynąc kiedyś ze Ścinawy do Głogowa, po drodze zatrzymaliśmy się we wsi Wietszyce. To tu, trzy lata temu, wójt Marek Sadowski stwierdził: -Tu jest ściernisko, ale będzie San Francisco. Zatrzymał wtedy Flis i prosił, żebyśmy ich odwiedzali, bo jesteśmy dla nich jedyną szansą na rozwój turystyki na tych terenach i ratowanie zabiedzonej wsi. Wysiedliśmy na polu, z daleka widać było rozpadające się wiejskie domki. Uwierzyliśmy jednak kulejącemu wójtowi, bo bił z jego twarzy entuzjazm i chęć działania. Dla nas, odrzańskich społeczników, była to wyraźnie bratnia dusza. No i już w następnym roku okazało się, że mieliśmy rację. To co przez dwanaście miesięcy zrobił wójt Sadowski wespół z mieszkańcami Wietszyc przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Na polu pod namiotami grały, śpiewały i tańczyły ludowe zespoły. Odbywały się zawody wędkarskie o puchar Komodora Flisu, który potem osobiście wręczyłem zwycięzcy. Za co ten puchar? Za 10.5-kilogramową rybę! Na polu rozłożyły się plenery malarzy i rzeźbiarzy, a wiele obrazów i rzeźb trafiło do nowo otwartego wiejskiego muzeum. Na ściernisku w Wietszycach ustawiono namioty rycerzy, a że ściernisko było rozległe, mieli gdzie walczyć i demonstrować swój kunszt. Wójt zawiózł nas do wsi, a tu dosłownie odebrało nam mowę. Oto naszym oczom ukazał się bowiem najprawdziwszy – chociaż świeżo postawiony - staropolski gród! Była więc fosa, drewniana palisada, wieże wartownicze; wewnątrz grodu rosły domy. Gdyby nie świeże drewno, można by pomyśleć, że wójt przed chwilą odkrył staropolskie grodziszcze. A to był pradawny gród Dziadoszan! Abyśmy nie przestali się dziwić, pokazano nam udatnie przystosowany budynek, w którym ulokowano muzeum. - Kto to zbudował?- zapytałem wójta. . - Ochotnicza Straż Pożarna – odrzekł z dumą. - Nic się nie paliło, nudzili się, więc popracowali społecznie - A skąd drewno? Przecież musiało kosztować majątek! - Znaleźliśmy sponsora! - To jest to! - wykrzyknąłem z entuzjazmem - Tak wyrasta San Francisco! Brawo! W następnych latach wójt dalej nas zadziwiał. Kiedy zawinęliśmy flisem za rok, na brzegu stała cała wieś, przebrana w siermiężne stroje. A na czele wójt Sadowski, dumnie dzierżąc kunsztowny kij i przedstawiając się jako Pęcławian Pierwszy, ponieważ jego Wietszyce należą go gminy Pęcław. Potem z kolei zaprezentował mieszkańców wsi, informując, że są potomkami słowiańskiego plemienia Dziadoszan, które przed dwoma tysiącami lat tu zamieszkiwało. Po prezentacji wójta, powitały nas jeszcze zgrabne dziewczęta, oddając swe wianki. No, może nie dosłownie... Wyszukali stary budynek, wyremontowali go, a we wnętrzach urządzili świetlicę, gdzie się zaczęli spotykać. Wykupili kawałek pola nad Odrą i kontynuują budowę staropolskiego grodu Dziadoszan. Co jeszcze wymyśli wójt i jego wspaniali ludzie?

FLISY ODRZAŃSKIE W SZCZECINIE

Moje społeczne działania

FLISY ODRZAŃSKIE W mojej Kapitańskiej Tawernie jest wiele eksponatów przypominających moją wieloletnią społeczną działalność w Lidze Morskiej i Rzecznej. Najważniejszy jest „Tron Retmana” – to 40-to kilogramowy pień sosnowy z wyciętym oparciem, podarowany mi przez flisaków po flisie. Na nim Flisacy złożyli swoje autografy, podczas przyjęcia w mojej tawernie. Eksponowanych jest wiele „kawałków” kolejnych flisackich tratw, takich jak: kurcz, tuba i inne. Na suficie wisi wygrawerowana przez Flisaka „Tablica Komodora”, wiosło Retmana i plakaty z kolejnych Flisów. Nad Barem wisi deska z napisem „Apteka”- to ona wisiała na Budzie na Tratwie, gdzie wydzielano kropelki na wesołość. Jak to się stało, że zostałem społecznikiem? Jak tylko sięgam pamięcią, zawsze chciałem działać i być kimś więcej, niż tylko przeciętnym zjadaczem chleba. Szczęśliwie na drodze życia pojawił się mój guru, czyli komandor Eugeniusz Koczorowski. Przyjechał z Gdyni, aby w szczecińskiej PSM nam, kursantom, wykładać tajniki konwojowania statków w czasie wojny. Nasz nauczyciel był wspaniały - historyk, malarz, pisarz, właściwie artysta, jakoś nie pasował nam do komandorskiego munduru. Polubiliśmy go natychmiast, przede wszystkim za jego wiedzę, błyskotliwość, humor i ciekawy stosunek do życia. W dodatku komandor Koczorowski był krajowym wiceprezesem Ligi Morskiej i telewizyjną gwiazdą. Często występował w morskich programach telewizyjnych, wspaniale tam opowiadając oraz malując piórkiem i węglem. Zostaliśmy przyjaciółmi. Gienek – czyli komandor Koczorowski - wielokrotnie przyjeżdżał potem do Szczecina. Zawsze mnie odwiedzał, zaś ja – niczym adiutant - obwoziłem go po licznych spotkaniach, podczas których gawędził z młodzieżą, bądź wygłaszał prelekcje. I myślałem, że tak już to pozostanie. Aż tu pewnego razu, podczas morskiej pogadanki dla uczniów szczecińskiego Zespołu Szkół Ekonomicznych nr. 2, Gieniu w pewnej chwili przerwał opowiadanie i powiedział: – A teraz o morzu opowie wam kapitan Grycner! Zbaraniałem. Wszakże szybko wziąłem się w garść. Wtedy po raz pierwszy poczułem smak bycia słuchanym i tak zostało mi to do dzisiaj. Polubiłem owe spotkania tak bardzo, że potem występowaliśmy z komandorem Gienkiem jeszcze wiele razy. A potem jeździłem po kraju już samodzielnie, bez Gienka. Kiedyś zaprosiła mnie szkoła podstawowa w Jaworzu, leżącym niedaleko Bielska-Białej. Chociaż to spory kawałek od Szczecina, nie dałem się długo prosić, wbiłem się w mundur i pojechałem. Nie żałowałem tej decyzji, bo szkoła okazała się wybitna. Prowadziła własne morskie muzeum, którego zbiorami opiekował się sam Uniwersytet Jagielloński! Nigdy nie widziałem w kraju niczego podobnego! Uczniowie tej szkoły wykazywali się niezwykle głęboką wiedzą o morzu, również rzecz rzadka. Spotkań miałem wówczas wiele. Miały one różny przebieg, chociaż na swój sposób były podobne. Wszędzie bowiem mówiłem o morzu. Najbardziej wzruszyło mnie spotkanie z dziećmi w szpitalu przy Unii Lubelskiej w Szczecinie. Owe dzieciaki stanęły przede mną z kroplówkami w rękach lub usiadły w swoich wózkach. Wiedziałem, ze są nieuleczalnie chore i głos uwiązł mi w gardle. Jak je rozbawić? Pocieszyć? Czegoś nauczyć? Wszak życie tak ciężko je doświadczyło! Musiałem wspiąć się na wyżyny prelegenckich umiejętności i udawać, że nie widzę ich nieszczęścia. Opowiadałem i opowiadałem, a one słuchały z wielkim przejęciem. Potem zebrały się w gromadce, aby zrobić sobie ze mną zdjęcie, a nawet włożyć kapitańską czapkę. Byłem mocno wzruszony. Myślę że dałem im wtedy chwilę zapomnienia o strasznej chorobie. Kiedyś pojechałem do Głogowa, zaproszony na inaugurację aż trzech różnych stowarzyszeń. Kiedy znajomi dowiedzieli się o tym, poprosili, żebym zatrzymał się po drodze w szkole podstawowej we wsi Bielawa. Zrobiłem to, ponieważ nigdy nie odmawiam spotkań z dzieciakami. I znowu było to bardzo wzruszające. Dziatwa wyczekiwała mnie w oknach. Radości i opowiadania o morzu nie dawało się potem zatrzymać. Pewnego roku popłynąłem w rejs na żaglowcu marynarki wojennej Iskra. Byłem tam opiekunem 40-osobowej grupy zwycięzców konkursu Młodzież na morzu. Młodzi przyjechali na wymarzony rejs z całej Polski, chcieli zobaczyć, jak wygląda prawdziwie morze. Niektórzy jednak nie zdawali sobie sprawy, jak dalece morze potrafi być wymagające. - Panie Kapitanie, dłużej nie wytrzymam! - skarżył się 16-letni chłopak. - Rzygam żółcią i nie mam już siły utrzymać się na nogach. - Połóż się w koi – doradziłem. - Skąd jesteś? - Z Gdańska. Ale ja wymiotuję nawet w miejskim autobusie… - To dlaczego pchałeś się na morze? - Bo zawsze marzyłem o pływaniu... Kiedy położył się, przypomniałem sobie, że mam plastry na chorobę morską, które kiedyś kupiłem w Ameryce. Naklejało się je za uchem, a wchłaniana skopolamina uspokajała na kilka godzin błędnik. Nigdy nie wypróbowywałem działania tych plastrów, ale w tak ciężkim przypadku postanowiłem zaryzykować. Przykleiłem też plater chorującej dziewczynie. - Kiedy mi to przyjdzie, panie Kapitanie? – wydusiła z trudem. - Za osiem godzin! – stwierdziłem z całą powagą. - A teraz staraj się zasnąć... Następnego ranka spotkałem dziewczynę na pokładzie. Uśmiechała się od ucha do ucha. - No i jak się czujesz? – zapytałem. - Panie Kapitanie, jest pan cudotwórcą! Odliczyłam osiem godzin i przeszło, jak ręką odjął! Na wantach zobaczyłem wczoraj tak strasznie chorującego chłopaka, cholera pomyślałem, czy to plastry, czy siła sugestii tak podziałały… Iskrą dowodził wtedy słynny Komendant Czesław Dyrcz, starszy brat mojego drugiego oficera z Powstańca Listopadowego. Poprosiłem go o możliwość pełnienia wachty, a on zgodził się na to. Miałem pełnić wachtę jako pierwszy oficer. Było to dla mnie wielkie wyróżnienie, ponieważ mój kapitański dyplom nie dawał mi prawa bycia oficerem na żaglowcu marynarki wojennej. Dostąpiłem jeszcze większego zaszczytu, kiedy Komendant Czesław Dyrcz wpisał mi do książeczki żeglarskiej, że byłem na Iskrze dublerem Kapitana. Byłem też w rejsie ze słynnym kapitanem Krzysztofem Baranowskim, na żaglowcu Frydeyk Chopin, kiedy to próbowaliśmy instytucjonalnie, jako Liga Morska, przekonać radnych Szczecina, żeby kupili zadłużonego w banku Fryderyka. Jednak mimo solidnych argumentów, przedstawionych przeze mnie na posiedzeniu Rady Miasta, że żaglowiec sam się utrzyma, a w dodatku będzie chlubą i ambasadorem Szczecina w szerokim świecie, nie udało się przekonać skłóconych radnych. W rezultacie kupiła go Europejska Wyższa Szkoła Prawa i Administracji w Warszawie. Szkoda. Kiedyś zadzwonił do mnie mój przyjaciel Lech Katkowski: - Włodek! - rzekł z pewnym przejęciem. - Proszę, żebyś poszedł ze mną na spotkanie z dziećmi do szkoły podstawowej imienia Konstantego Maciejewicza w Szczecinie. Prosi nas o to intendent Kurpiel. Obiecał on takie spotkanie swojemu wnukowi, który jest uczniem wspomnianej szkoły. Mam grać na gitarze i śpiewać, a ty opowiadać. Pójdziemy? Poszliśmy Było przyjemnie. Śpiewaliśmy i opowiadaliśmy ponad dwie godziny. Dzieciaki okazały się wspaniałe. Ale przecież nie mogło być inaczej, bo to morska szkoła, na co zresztą wskazuje imię jej patrona. Nic więc dziwnego, że uczniowie znali morskie piosenki, prezentując nam je z wdziękiem i ochotą. Nawiasem, występują oni często w marynarskich mundurkach, uczestnicząc w wielu morskich świętach. W Dni Morza zadzwoniła do mnie nauczycielka Szkoły Podstawowej numer 1 w Szczecinie: - Panie Kapitanie, zapraszamy na spotkanie z czwartą klasą! Spotkanie było fantastyczne. Szkoła przygotowała wiele konkursów. Po morskich opowieściach, po plakat, reklamujący moją książkę ustawiła się długa kolejka dzieciaków. Naturalnie, z autografem! Takich spotkań było wiele, od przedszkola. Przez szkoły podstawowe i średnie do szkół wyższych. Odczuwając potrzebę społecznego działania, zapisałem się w 1984 roku do Ligi Morskiej, świeżo reaktywowanej po stanie wojennym. A potem zaczęła się moja wielka przygoda na Odrze byłem 24 lata Komodorem Flisów Odrzańskich.

czwartek, 30 grudnia 2021

 

                            REWOLUCJA  1970

 

Był Grudzień 1970 roku. W szczecińskiej stoczni remontowej „Gryfia”

naprawiano nasz parowiec "Białystok", na którym byłem Chiefem.

Nagle ciszę nadbudówki rozdarł krzyk Trzeciego, który wołał, że stoczniowcy

chcą nam odrąbać cumy i puścić statek na wodę. Zdenerwowałem się.

- Jak to? Dlaczego?

- No bo nie strajkujemy! – wrzasnął Trzeci. 

A ten głupi Bosman chyba specjalnie stuka młotkami na kominie.

Zresztą sam się pan wszystkiego dowie, gdyż delegację stoczniowców

mamy właśnie na pokładzie...

Rzeczywiście. Akurat trwała zażarta dyskusja załogi ze stoczniowcami.

Bosman, stary Kaszub, ucieszył się na mój widok.

- Panie Chiefie, stoczniowcy chcą, żebyśmy strajkowali.

Czy mamy przerwać robotę?...

Zapadła głęboka cisza, a spojrzenia wszystkich dyskutantów zawisły

na moich ustach. Wszyscy przecież wiedzieli, że PZM nie strajkuje.

Jak z tego wybrnę?

- Przerwać robotę!- wrzasnąłem desperacko.

- To pan powiedział, nie ja! – donośnie ogłosił Bosman

– Ja tego nie mówiłem!

Ach ty chamie, pomyślałem sobie, taki jesteś cwaniak?

I szybko odwołałem go na bok.

- A pan - rzekłem z uśmiechem – nadal będziesz pracował pod bakiem.

Tylko cichutko, aby stoczniowcy nie słyszeli.

Żadnego stukania młotkami na kominie!

I w ten sposób rozpoczęliśmy nielegalne grudniowe strajkowanie, idąc
                 w sukurs stoczniowcom.

- Wojtek, możesz spać u mnie w kabinie na kanapce – powiedziałem

budowniczemu, a ten w  podzięce klepnął mnie w plecy.

Potem poszedłem do Ochmistrza, polecając mu, aby – w miarę możliwości

– powtórzyć manewr ze stoczniowcami w innych kabinach.

Jeśli cała kabina jest wolna, to zapakować tam stoczniowców.

A jeśli ktoś chce do siebie na kanapkę, proszę bardzo.

- W porządku, panie Chiefie – odparł Ochmistrz, a ja dodałem jeszcze,

że będziemy też w dużym kotle gotować zupę dla stoczniowców.

Stary był nieobecny, więc rządziłem w jego imieniu.

Ale skutek moich nowych rozporządzeń był taki, że od tej chwili

nikt już nie chciał odrąbywać nam cum. Przecież spało i żywiło się
                 u nas kilkunastu stoczniowców! A załoga i tak musiała pracować,

gdyż statek trzeba utrzymać w gotowości; taka to już nasza marynarska praca.

W następnych dniach pilnie słuchaliśmy ukaefki, wyczekując instrukcji
                 z biura PŻM. Ale instrukcji nie było. Armator nadal nie strajkował.

I przy okazji zostawiał nas na lodzie. Musieliśmy więc radzić sobie sami.

Tymczasem budowniczy Wojtek, mój kabinowy lokator,

zapowiedział mi  któregoś dnia, że dzisiaj stoczniowcy

wymaszerują do miasta.

- Romek - rzekłem Ochmistrzowi - idziemy z nimi!

Musimy to zobaczyć! To przecież rewolucja!

Wymaszerowaliśmy więc z Romkiem w tłumie stoczniowców.

Mieszkałem wtedy na Radogoskiej, więc ze stoczni nie miałem daleko.

A tam, w okolicach Radogoskiej, zaczęły się pierwsze starcia z milicją.

Kamienie fruwały w powietrzu.

Z za milicyjnych tarcz wylatywały pióropusze dymu - 

ładunki łzawiącego gazu. Tysiące ludzi, płacząc od tych pióropuszy,

parło jednak do przodu.

Żadna siła nie była w stanie ich wtedy powstrzymać.

Na Parkowej przewrócono milicyjny gazik, który po chwili już płonął.

Milicjanci uciekali w panice. Widziałem to na własne oczy.

Wbiegłem do mieszkania na Radogoskiej, gdzie cała rodzina

obserwowała walkę z okien.

- Mamuśka! – rozdarłem się od progu –

Wpadłem tylko powiedzieć, że idę dalej ze  stoczniowcami!

- Jezus Maria! Zabiją cię! – zapłakała żona, tuląc na rękach córeczkę.

- Nie martw się, kochanie! Złego diabli nie biorą! – zażartowałem w

pośpiechu i wypadłem znowu na ulicę.

Na Szarotki, przy restauracji Teatralnej, tłum starł się ostro z

kordonem milicji, który bronił posterunku ORMO.

Od fruwających w powietrzu kamieni zrobiło się gęsto,

gaz ostro gryzł w oczy, ale posterunek ORMO jednak zapłonął.

Milicjanci znowu uciekali w popłochu.

Ochmistrza Romka wcięło gdzieś na Matejki, pod jego domem.

Na odchodnym zakrzyknął, że robi się za gorąco, a on chce jeszcze pożyć.

Wreszcie dotarliśmy na plac Żołnierza, pod okazały gmach Komitetu

Wojewódzkiego PZPR. Młodzi stoczniowcy najpierw wywoływali

sekretarza Walaszka, a potem wdarli się do budynku. Po chwili z okien

poleciały telewizory, papiery, krzesła, biurka i cały ten

komitetowy bałagan. Nagle w oknie na drugim piętrze

ukazał się młody człowiek z płóciennym portretem Gomułki,

który zwykle wieszano na gmachu komitetu w czasie 1 Maja.

Teraz stoczniowiec trzymał portret wysoko nad głową.

Tłum na placu zawył z radości.

Tymczasem młody stoczniowiec opluł portret, a potem go podpalił.

Gomułka spadał płonąc, otulony w powszechne gwizdy.

Ta scena miała w sobie coś z symbolu...

Przed wejściem paliła się sterta dokumentów, które wcześniej

wyrzucono z okien. Dymiło też pierwsze piętro budynku,

które stoczniowcy zaatakowali najszybciej.

Tłum na przemian coś skandował i śpiewał.

Wszystkich ogarnął podniosły nastrój.

Oto płonęła epoka totalitaryzmu i zastraszania, a wierzono,

że rodzi się demokracja i wolność!

Wtem zauważyłem opancerzony transporter,

który usiłował utorować sobie drogę przez tłum.

Najwyraźniej zamierzał podjechać pod wejście do

Komitetu, ale ludzie na to nie pozwolili.

I pojazd musiał się zatrzymać. Żelazna klapa odskoczyła
                 i z wnętrza wychylił się major w wojskowym mundurze.

- Ludzie! – krzyknął. – Wojsko z ludem!

Ale nie dokończył, bo w jego stronę poleciały kamienie i butelki.

Znowu trzasnęła klapa i major zniknął we wnętrzu.

Potem transporter usiłował się z pułapki wydostać,

lecz ludzie nadal nie pozwalali, oblepiając go gęsto

ze wszystkich stron. Pomyślałem wówczas, że tłum to potęga.

Nie daj Bóg z nim zadrzeć. Nagle ktoś  szarpnął mnie za rękaw.

 Była to kuzynka mojej żony, cała rozdygotana, coś bełkotała.

-Ela! – wrzasnąłem jej do ucha - Natychmiast wracaj do domu!

Ale nie odeszła. Stała milcząc, zszokowana, obejmując głowę rękoma.

Potem znikła gdzieś w tłumie.

A tłum, zadowolony z płonącego komitetu, ruszył
                 w stronę pobliskiej komendy milicji przy placu Hołdu Pruskiego.

Z wysokich pięter gmachu strzelały w powietrze dymy

łzawiących granatników.

Ludzie przed gmachem płakali, krzycząc z bezsilnej

złości i unosząc ku górze zaciśnięte pięści. 

Stałem na środku placu, również w wymuszonych łzach.

Nagle zauważyłem, że tłum unosi na ramionach

ciężką szalupę, która stała tutaj od lat, a bawiły się nią dzieci.
                 W chwilę później szalupa - jak taran - rozbijała już ciężką bramę

budynku milicji.
                 Z okien na parterze wydobywał się czarny dym.

Wydawało się, że niebawem rozwścieczeni ludzie wtargną do wnętrza.

I wówczas z Małopolskiej, od strony gmachu dyrekcji PŻM,

wysunęły się czołgi.

W kilka minut były już pod budynkiem komendy.

Ale ktoś rzucił butelkę z benzyną i czołg zaczął się palić.

Po sekundzie już uciekał.

A tłum na placu zawył ze zwycięskiego triumfu.

Lecz to nie było zwycięstwo.

W chwilę później przed bramą pojawił się następny czołg.

Jego również podpalono i też musiał się wycofać.

I wówczas, w gęstniejącym zmierzchu, z okien komendy

wystrzelono serię świetlnych pocisków.

Najpierw jedną, potem następne.

Pociski nad głowami rzuciły ludzi na zimną, grudniową ziemię.

Ale nikt jeszcze nie wierzył, że pociski mogą zrobić krzywdę.,...

Ale to były prawdziwe, ostre pociski. Pokazała się pierwsza krew...

- Boże- pomyślałem - tu naprawdę można zginąć, trzeba stąd uciekać...

Wówczas przypomniałem sobie najbliższych, że czekają na Radogoskiej.
                  I że wierzą w mój szczęśliwy  powrót.

Ostrożnie, skokami, zacząłem wycofywać się w stronę sklepu Desy.

Z gmachu komendy nadal leciały serie.

Ludzie powoli zaczęli się wycofywać, przeskakując

w grupach na drugą stronę ulicy. Zastanowiło mnie to.

Dlaczego tak postępują? W grupach?

I też wskoczyłem w jedną z grup.

Nagle ktoś przy mnie upadł. Spojrzałem w tę stronę.

Był to młody chłopak.

Właśnie pomyślałem, że się poślizgnął, kiedy nagle zaczęła

spod niego wypływać krew.

W kilku podnieśliśmy go i wsadziliśmy do strażackiego wozu,

stojącego w pobliżu. Odjechał na sygnale. Stałem w szoku.

Nie pamiętam, jak dotarłem do Parku Żeromskiego. Było już ciemno,
                 a wśród drzew czaiły się grupki ludzi.

Kilka razy ktoś mnie gonił, gdzieś próbowano mnie zatrzymać.

Nawet za mną strzelano, szczęśliwie nie trafiając.

W końcu udało mi się dotrzeć do domu ochmistrza Romka,

który mieszkał przy Matejki. Tam, ku mojemu zdziwieniu,

zastałem spłakaną żonę.

- Och, Boże! Żyjesz! – wyszeptała, wtulając się we mnie...

Potem wyszliśmy na balkon.

Z wysokości ósmego piętra roztaczał się widok płonącego Szczecina.

Walki trwały nadal.

Słychać było  pojedyncze strzały, niekiedy  przerywane

seriami broni maszynowej. Byliśmy przygnębieni.

Przesiedzieliśmy noc u przyjaciół, a rano przedarliśmy się z

Romkiem przez kordony wojska i milicji, które otaczały stocznię,

aby z ulgą wylądować na naszym ukochanym "Białymstoku".

Ale strajk trwał dalej.

I oto po dwudziestu kilku latach przeczytałem w gazecie historię

szesnastolatka, który w czwartek 17 grudnia 1970 roku został trafiony

pociskiem na szczecińskim placu Hołdu Pruskiego,

kiedy przebiegał na drugą stronę ulicy. Okoliczności się zgadzały.

To on! I żyje! A więc można powiedzieć, że obaj przeżyliśmy rewolucję.