wtorek, 15 marca 2022
SUNRISE I
SUNRISE I SUNRISE 1
Leciałem na m/v Sunrise 1 trzy razy. Najpierw do Meksyku, potem Ekwadoru, następnie do Brazylii. W końcu poleciałem do Peru.
Na szczęście, nie pakowałem się za każdym zawiadomieniem agenta o wylocie. Za to kilka razy żegnałem się z rodziną, a z kolegami dwa razy piłem na pożegnanie. W mojej domowej tawernie, przyjaciele grali, grzali i śpiewali, co zresztą czynili od lat, w ten sposób żegnając mnie przed wypłynięciem i witając po powrocie. Bogdan przygotowywał wiktuały, Leszek grał na gitarze i śpiewał marynarskie piosenki, a Stasiu dał koncert na keyboardzie. Krzysiu śpiewał arie operowe, nawet ja dałem się namówić na wysokie ”C”. Mieciu ustawiał aparaturę i węszył, jak by tu szybko wypić. Sławek z kolei dyskutował ze Stalinem o biznesach, a reszta piła i swawoliła. Same chłopy, więc wypić potrafią.
Kiedy wylatywałem do Peru, do wspomnianego grona dołączyli jeszcze Bronek, pilot morski, przyjaciel z PSM -ki, u którego właśnie pobierałem nauki pilotażu oraz Jasiu, bosman, z którym niegdyś pływałem.
- Przyjaciele! – wołałem, podnosząc kielich w górę. – Tym razem już na pewno wylatuję! Statek ma sto czterdzieści tysięcy ton i prawie trzysta metrów długości, kawał grata. A moja nowa morska dziewczyna, imieniem Wschód słońca, Sunrise, ma dopiero 24 lata, czyli właściwie jest dziewicą, no nie?
- Przestań ględzić, ale powiedz wreszcie, gdzie lecisz? Chyba znowu cię bajerują i spotkamy się znowu za kilka dni na party! – krzyknął Bogdan.
- Nie, tym razem to pewne. Lecę z Berlina do Madrytu, potem do Limy w Peru. Z Limy mam jeszcze dziesięć godzin samochodem, do San Nicolas. Tam Sunrise ładuje rudę żelaza do Chin. Załoga też jest chińska, tylko kilku oficerów to Polacy...
Poleciałem z Pierwszym Mechanikiem Andrzejem. W samolotach przesiedzieliśmy prawie dobę, więc był czas na gadanie. Potem przespaliśmy noc w hotelu w Limie, żeby wreszcie wsiąść z oczekującym na nas greckim Superintendentem do samochodu Agenta i ruszyć do San Nicolas.
I ta właśnie podróż była dla nas, zahartowanych przecież obieżyświatów, niesamowitym przeżyciem. Godzinami pędziliśmy przez pustynię, przecinając wysokie góry, z ich księżycowym krajobrazem. Filmowałem to wszystko. Byłem w Peru wiele razy, ale w tej chwili odkrywałem ten kraj jakby na nowo. Za szybami auta, gdzieś w dole przemykały puste oceaniczne plaże, zaś my, wysoko pod bezchmurnym górskim niebem, pruliśmy przez szare piaski pustyni.
Niekiedy wpadaliśmy na płatną autostradę Panamericana, które podczas piaskowych burz staje się w wielu miejscach wręcz niewidoczna. Po drodze mijaliśmy także jakieś biedne wioski, uformowane z prymitywnych budek, skleconych z byle czego, niekiedy z liści palmowych, na przykład.
- Co to jest? - zapytałem kierowcę.
- Domy - odpowiedział.
- To chyba niemożliwe! Ktoś w nich mieszka?
- Biedota.
Pośród gór trafiały się też jakby oazy, czyli nieco zieleni, otulającej dziwne baraki, który wydały mi się właściwie długimi namiotami.
- To kurze fermy – lakonicznie objaśnił kierowca. – Jemy dużo białego mięsa...
W pewnej chwili wiatr odsłonił brezentową ścianę jednego z baraków, pokazały się rzędy klatek z kurczakami.
Nagle zjechaliśmy z szarych piaskowych gór na plażę i - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - otworzył się przed nami raj. Oto błękitna oceaniczna plaża, zewsząd otoczona palmami w kolorze soczystej zieleni, a na promenadzie pełno turystów, zaglądających do kolorowego wachlarza restauracji i barów. Umilała życie miejscowa muzyka, gitary wsparte piszczałkami, coś w rodzaju El Condor pasa. W zatoce rozsypały się jachty, motorówki i pasażerskie stateczki.
No, wspaniałości.
- Żyć, nie umierać! – wyrwało mi się.
- Zapraszam na jedzonko! – wypalił Superintendent, który nosił imię George. .
Zamówiłem oczywiście mariscos, czyli owoce morza. Trzeba przyznać, że były świeżutkie i w smaku pyszne. Popijane zimnym piwem, wprowadziły mnie w nastrój błogości. Ów nastrój spowodował, że na chwilę zapomniałem o szarej pustyni i biedzie w górach, która przed chwilą wprowadziła mnie w stan przygnębienia. George też się rozkleił, bo nieoczekiwanie zaczął opowiadać o dziewczynie, którą wczoraj przyprowadził sobie do hotelu. Poznał ją w nocnym klubie w Limie.
- Mówię wam, była naprawdę śliczna. Miała dziewiętnaście lat...Jak wiecie, mieszkam od dwóch lat z żoną i dzieckiem w Rio de Janeiro. Tamtejsze dziewczyny mają miłość we krwi i nie zajdziesz takich na całym świecie. W ogóle w Brazylii żyje się inaczej, niż w innych krajach.
Inna jest obyczajowość, morale, tempo życia. Tam istnieje tylko samba, karnawał i miłość. Wszyscy zdradzają się ze wszystkimi i nikt się tym specjalnie nie przejmuje. W sprawach seksu nie ma przyjaciół. Dlatego trzeba zawsze uważać. Serdeczny kolega tylko czeka, aby przelecieć ci żonę...
Wynurzenia George’a wprowadziły mnie w filozoficzną zadumę. Gapiłem się na kolorową zatokę, wypełnioną kolorowymi jachtami i zastawiałem się ku czemu zmierza świat. Kilkanaście lat temu chyba nie byłaby możliwa tak szczera spowiedź wobec obcych ludzi. Było mi dobrze, bo przyjemnie tam się siedziało. No, ale piękne trwa krótko. Nasze auto musiało wrócić na szlak w ponurych górach. Potem jechaliśmy dłuższy czas pustynną górską równiną, która wszakże w pewnej chwili odsłoniła dziwacznie poukładane kamienie.
- To są słynne linie Nasca - objaśnił kierowca. – Najlepiej widać je z góry...
Podjechaliśmy więc pod płatną wieżę widokową dla turystów, po czym musieliśmy się na nią wdrapać. Ale nie było to przesadnie trudne. Na górze roztoczył się przed nami niepowtarzalny widok, który dosłownie zaparł nam dechy w płucach.
Linie Nascsa ukazały się bowiem w całej swej krasie. Czytałem o nich sporo, oglądając wiele razy na rozmaitych zdjęciach lub w filmach. Ale natura to zupełnie co innego! Przypomniałem sobie teraz, że niegdyś przypuszczano, że owe linie to drogi Inków.
Jednak profesor Maria Reiche, bodaj w 1934 roku, odkryła je na nowo dla świata i udowodniła, że te potężne rysunki na piasku, zostały zrobione z wielką znajomością matematyki i perfekcją. Przedstawiają ludzi, zwierzęta, drzewa, figury geometryczne, a nawet astronautę, a najlepiej są widoczne z lotu ptaka. Wysnuto zatem wniosek, że wykonali je Kosmici.
I w tej właśnie chwili poczułem się obywatelem Kosmosu.
Narobiłem zdjęć i nakręciłem film, kupiłem też informator oraz plakat z rysunkami. Schodząc z wieży, pozdrowiłem starszą parę z Francji i uścisnąłem kilku Peruwiańczyków, a ściślej - Peruwianek.
Potem ruszyliśmy w dalszą drogę, która była podobna do tej, jaką dotychczas jechaliśmy. Ot, szare góry, niekiedy farma z kurczakami, jak również nędzne domki biedoty. Dziwiłem się tej biedzie. Przecież te góry kryją niezmierzone bogactwa! Mnóstwo tu różnych rud, kopalin i tym podobnych specjałów, jakie niejedno inne państwo uczyniły zasobnym. Dlaczego więc tu tyle biedoty? Połowa tego blisko trzydziestomilionowego narodu mieszka w stolicy. Reszta tuła się gdzieś po tych górach, w poszukiwaniu swego miejsca w życiu. I – chleba.
Po dziesięciu godzinach takiej jazdy dotarliśmy wreszcie do miasteczka San Juan.
Tu czekało nas załatwianie pozwolenia na wjazd do portu San Nicolas, gdzie ładował nasz. Sunrise.
Na szczęście znalazł się Agent, który nas w tym wyręczył i wszystko załatwił sam.
Potem już wjechaliśmy na długi pirs, zresztą pilnie strzeżony, bez przepustki nie przecisnęła by się nawet mysz. Statek zajmował cały pirs, a właściwie cały port. Wokół niego rozlewała się nieciekawa zatoczka, a za nią martwe księżycowe góry. Przygnębiający widok.
Kiedy wysiedliśmy z auta i stanęliśmy na kei, Chińczycy zbiegli po trapie i chwycili nasze ciężkie bagaże. Po chwili byliśmy już w kabinach. Byłem nieludzko zmęczony, marzyłem o kąpieli i chwili odpoczynku. Niestety, nic się nie dało zrobić w tej sprawie, ponieważ musiałem odebrać statek. Kiedy potem łaziłem po pokładzie i zaglądałem w różne zakamarki, z melancholią stwierdziłem, że moja prawie dziewica zwana Wschodem słońca to stary rupieć, w rzetelniej mówiąc - stara rura, gdyż w szczególności rury miała przeżarte rdzą. Na pokładzie znalazłem nawet takie, którym jakiś mózgowiec owinął ręcznikiem dziury! Zgnębiony, zapukałem w końcu do dowódcy tego pływającego cuda. Zaatakowałem go niemal od progu.
- Panie Kapitanie, kiedy ostatni raz szalupy były na wodzie?
- Wie pan, że nie wiem? – odparł. - Za moich czasów, to znaczy około ośmiu miesięcy, opuszczaliśmy je tylko do pokładu. A poprzednik? Doprawdy nie wiem...Więc chyba rok na wodzie nie były.
- Jak pan mógł do tego dopuścić! - warknąłem, bo szlag mnie trafił. - Przecież powinny być co trzy miesiące! Mój poprzedni statek Regina aresztowano w Rotterdamie właśnie za szalupy.
Nie chciały wyczepiać się na wodzie. Po prostu, haki zardzewiały. Kiedy tam zamustrowałem, tydzień siedziałem osobiście w szalupie, żeby je doprowadzić do stanu używalności. No, ale tam byli sami Chińczycy...
- No, jakoś nie było czasu... – tłumaczył kapitan.
- Czasu nie było!? Przecież szalupy to wasze bezpieczeństwo! Wie pan co? Teraz będzie miał pan czas. Bo ja przed przejęciem statku chcę zobaczyć szalupy na wodzie!
- No dobrze, spuścimy prawą...
Nie był zadowolony z rozmowy ze mną. Ale ogłoszono alarm szalupowy.
- Panie Chiefie – powiedziałem do pokładowego. - Niech pan wsadzi do szalupy dwóch doświadczonych marynarzy. No i spytaj ich pan, czy wiedzą, w jaki sposób wyhaczyć szalupę....
-O.K. Pojedzie na dół Bosman i Trzeci Oficer, zawsze się chwalą, że wszystko wiedzą.
Szalupa poszła na wodę i szybko okazało się, że najlepsi z chińskich marynarzy nie wiedzą, jak ją wyhaczyć. Bezmyślnie walili w haki młotkami, nie mając pojęcia o centralnym wczepianiu haków.
Musiałem im wszystko wytłumaczyć z pokładu przez ukaefkę. Dopiero wówczas zrozumieli.
- No, ładnie wytrenowaliście załogę! – wybuchnąłem. - Gdyby to widzieli inspektorzy Port State Control, to nie wypuścili by statku w morze!
Wciągnęliśmy szalupę na burtę i zamocowaliśmy. Wtedy wlazłem do niej, żeby przyjrzeć się z bliska. Aż jęknąłem, ponieważ rury centralnego wyhaczania były kompletnie przeżarte rdzą. Boże, pomyślałem, szczęście, że nie urwała się podczas spuszczania na wodę. Byłbym winny śmierci dwóch ludzi.
- Do cholery, Chifie! Dlaczego nie powiedział mi pan, że te rury tak wyglądają!
- Bo o tym nie wiedziałem – odpowiedział spokojnie.
- Proszę natychmiast kazać Fitterom wymienić te rury! Toż to nasze bezpieczeństwo!
Piekliłem się i wydawałem polecenia, chociaż nie miałem jeszcze do tego uprawnień; formalnie nie przejąłem Sunrise. Ale nikt nie protestował. Najwyraźniej czuli się winni.
Więc Chief szybko nakazał rury wymienić, ale nie wyjaśnił, w jaki sposób to zrobić.
W dodatku, nikt tych prac nie dozorował. Siedziałem właśnie w swojej kabinie, kiedy wpadł z krzykiem Elektryk.
- Master, szybko, jest wypadek!
Ruszyłem biegiem. Na pokładzie szalupowym wisiała na haku dziobowym szalupa, oparta rufą o pokład. A na pokładzie leżało dwóch jęczących Fitterów.
- Szybko nosze! –wrzasnąłem. – Chief! Niech Kapitan dzwoni do Agenta, aby sprowadził pogotowie!
Wyglądało, że Fitter maszynowy cierpi bardziej, więc położyliśmy go na noszach i zanieśliśmy w pobliże trapu, aby tam czekał na pogotowie. Miał stłuczony prawy bok, może coś sobie złamał? Fitter pokładowy, choć pojękiwał, do trapu poszedł o własnych siłach.
- Jak to się stało? – zapytałem.
- Spadła, nie wiemy dlaczego...- odparł.
Ambulans zajechał stosunkowo szybko. Udało nam się pospołu znieść nosze po trapie, w czym czynnie uczestniczyłem. Zaś po południu przyjechał Agent i zameldował, że fitterzy mają się już lepiej. Prześwietlono ich, złamań brak. Tyle, że są potłuczeni.
Polazłem zatem do szalupy, aby zbadać co się właściwie stało. Kiedy ujrzałem, po prostu, oniemiałem. Fitterzy bez zabezpieczenia szalupy, odcięli rurę centralnego wyczepiania , przez co jej rufa się wyhaczyła i spadła na pokład! To tak, jakby obcięli gałąź, na której siedzieli.
Fitter maszynowy wrócił następnego ranka i przyniósł od lekarza formalne miesięczne zwolnienie z pracy. Przed wyjściem statku w morze przesłuchali nas jeszcze inspektorzy Kapitanatu, ale z nimi sprawę załatwiłem po grecku, to znaczy podałem z gruntu inną wersję wypadku. Powiedziałem, że nie było żadnych alarmów, natomiast zarządziliśmy inspekcje szalup i fitter przypadkowo wczepił szalupę. Na szczęście rury w szalupie były już wymienione, ster wyprostowany i nie mieli do czego się przyczepić. Po kilku dniach Fitterzy sami przyszli z prośbą, że chcą pracować, bo inaczej nie będą mieli nadgodzin. W ten sposób sprawa jakby ostatecznie przyschła.
A potem już ruszyliśmy na ocean, zwany przez pół świata Spokojnym.. Okazało się jednak, że taki spokojny to on nie jest. Zamiast planowanego miesiąca, płynęliśmy prawie czterdzieści dni, a wstrzymywały nas prawie dziesięciometrowe fale. W ten prosty sposób święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok spędziliśmy na wodzie, przez co dostałem kolejną szansę wytłumaczenia chińskiej załodze, że nasze katolickie, polskie tradycje i święta stoją jednak wyżej, niż ichnie.
Podzieliliśmy się opłatkiem, pośpiewaliśmy kolędy, a potem – zamiast kolęd - Chińczycy dali popis pieśni rewolucyjnych. Potraw było wiele, gdyż chiński kucharz błysnął wyjątkowymi talentami. Wybijały się w zestawie trzy wielkie arbuzy z owocowym koktajlem, na których wyrzeźbił sceny z chińskich waz. Wyglądały więc, jakby powstały za czasów dynastii Ming. W uzupełnieniu posiłku kucharz zaprezentował swój chiński poemat, który potem poleciłem umieścić na szocie. To nie żart, naprawdę byłem pod wrażeniem.
中波共渡一条 Nasza Chińsko – Polska załoga pracuje wspólnie na statku,
和睦相处把财求, pływając po Oceanach, aby zarobić na życie .Jak towarzysze
生死与共同患难,przeznaczenia, pracujemy ramię w ramię na dobre i złe.
假期已满难舍留 Wspominamy dni szczęśliwej harmonii, nie pamiętając złych chwil
回首往事多得处,Ciężko będzie nam spotkać się, bo żyjemy w innych krajach, 望兄不能记旧仇,nie wiem…może kiedyś znowu popłyniemy na innym statku.
八方下榻难相聚,
不知何时再同舟。
刘百禹 24 `12 `05
Atmosfera była przyjacielska i na drugi dzień jakoś załoga była sobie bliższa.
Elektryk Andrzej przegrał film z mojej kamery na „CD” i cała załoga oglądała go z przejęciem.
-Master! Wiesz oni pierwszy raz coś takiego przeżyli, straszną frajdę im zrobiłeś- cieszył się Elektryk.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz