wtorek, 4 stycznia 2022

AFRICAN CAMELIA MATADI

African Camellia Matadi Już drugi rok pływałem po portach zachodniej Afryki, wożąc zboże z USA. Mój Amerykański armator Seabord miał tu swoje młyny rozsiane po wybrzeżu zachodniej Afryki. Najpierw pływałem tu na „African Azalea”, a teraz przemusztrowałem na „African Camellia”. Znowu Matadi był naszym kolejnym portem. Mój przewodnik Peter poinformował mnie któregoś dnia, że siostra Ireny – to ta, która podczas mojego zeszłorocznego tu pobytu przysiadała się do mnie w barze Gondola - Małgośka - urodziła polskiemu kapitanowi bliźniaczki. - Jakiemu polskiemu kapitanowi? – wykrzyknąłem. - Są tu jacyś polscy kapitanowie? - Taki, który regularnie pływa na statku „Panda” – odrzekł mój przewodnik Peter. - Ów statek nazywają tutaj supershop... - Tak, tak słyszałem o tym. Podobno oni mogą handlować wszystkim, co tylko możliwe, a nawet zarabiają na tym potężne pieniądze! Czy to prawda? - Oni wywożą z Antwerpii cały tamtejszy złom – wyjaśniał gorączkowo Peter. - Stare lodówki, pralki, telewizory i co tam jeszcze. Załadowują na „Pandę” więcej biznesu, aniżeli rzeczywistego ładunku. Mają u siebie kilku Polaków. Naturalnie, większość załogi to kongijscy marynarze... A cały ten przemyt obstawia wojsko... W kilka dni później opowiedziałem agentowi o polskich bliźniaczkach, a on mi na to, że to ogólnie znana historia. W Matadi wszyscy o nich wiedzą. Może mnie tam nawet zawieźć. Na takie dictum nakazałem kucharzowi filipińczykowi przygotować paczkę żywności, po czym pojechałem z agentem wspomóc nasze dzieci. Bliźniaczki były białe, jak mleko, chociaż matkę miały przecież czarną, jak smoła. Siostry podziękowały za prezenty, mocno wzruszone, bo ostatnio cienko przędły. Miały jednak nadzieję, że ojciec-kapitan niedługo przypłynie, więc z pewnością ich los się poprawi. Tuż przed wyjściem „Camellii” z Matadi, nagle zakotłowało się na kei od uzbrojonego po zęby wojska. Przyjechał też generał od tego wojska, to ten, który ochraniał biznes polskiego kapitana „Pandy”. Potem okazało się, że generał przyjechał do mnie. A jeszcze później rozsiadł się w mojej kabinie i popijał piwko. - Captain! – zapytał. – Wiesz, dlaczego przyjechałem do ciebie? Otóż chcę, żebyś został moim przyjacielem! - Generale! – wykrzyknąłem z uczuciem, równocześnie szybko zbierając myśli. - O niczym innym nie marzę! Również chcę być twoim przyjacielem! - To dobrze, to bardzo dobrze – rzekł generał, ocierając usta z piwa. - Aby to jakoś przypieczętować, zamierzam zaprosić cię dziś wieczór do mnie do domu. Co ty na to? - E ..Dziękuję, generale – wystękałem. - Jestem doprawdy zaszczycony. - A zatem do wieczora – powiedział wstając. – O dwudziestej przyjadą po ciebie moi żołnierze... I wyszedł. A ja potem długo zastanawiałem się, czy uda mi się wrócić. Czego bowiem można spodziewać się po kongijskich generałach? Wiedziałem, że mój niedawny gość dzierży całą władzę w prowincji i praktycznie każdego może zamknąć. A nawet rozwalić, bo przecież nadal obowiązuje tu stan wojenny. W końcu musiałem jednak przestać myśleć, bo na keję przyjechał generalski Jeep z uzbrojonymi żołnierzami, a nawet dwójką małych dzieciaków, które zostały przyprowadzone do kabiny. - To są chłopaki generała! – zameldował mi żołnierz. - Chcą zobaczyć statek! Nie było rady. Oprowadziłem dzieciaki – tak na oko dziesięcioletnie – po pokładach, potem obdarowałem je słodyczami, a na koniec zrobiłem im kilka zdjęć polaroidem, by miały pamiątkę. Wszystko po to, żeby generał był zadowolony i na powitanie nie kazał mnie zastrzelić. Później wszyscy wsiedliśmy w Jeepa i ruszyliśmy w stronę generalskiej rezydencji, która jakoby leżała gdzieś w buszu w górach. Po drodze nawalił nam silnik. Żołnierze zatrzymali obce auto, surowo rozkazując, aby jego właściciel zmienił swe plany i zawiózł nas wszystkich do domu generała. I co? Właściciel samochodu natychmiast się zgodził! Bez szemrania, a nawet z radością! Dom stał wśród okazałych palm, jednak powitał nas tropikalną ciemnością. W salonie generał wydzierał się na przestraszonego elektryka, który nie potrafił przywrócić elektryczności, światła. Ów elektryk oglądał właśnie - przy naftowej lampie! - jakiś schemat i bezradnie rozkładał ręce. Na nasz widok, generał przerwał na chwilę opieprzanie fachowca, po czym przedstawił swoją żonę, dziesięcioro dzieci i dalszą rodzinę. Służba stała po kątach, a gdzieś w ciemności wśród palm i krzaków czaiła się ochrona tego całego interesu. Rozczarowałem się, rezydencja okazała się skromnym właściwie domkiem. Nawet nie umywała się do okazałego domu dyrektora młyna. Gospodarz nadal był zdenerwowany. - Widzisz, captain, z kim ja muszę pracować? Ten dureń nawet nie potrafi naprawić elektryki! A podobno jest fachowcem! Tymczasem mam na głowie całą prowincję! Stanowczo muszę zmienić dom. No, ale cóż, jestem jakby na dorobku, bo dopiero niedawno zacząłem tu rządzić… Niebawem zastrachanego elektryka wyprowadzili z gabinetu żołnierze, a służba wyniosła stoły przed dom, na trawę. Mogliśmy zacząć ucztować. Wokół łagodnie szumiały palmy i pobłyskiwało światło naftowych lamp i pochodni. Zastanawiałem się, czy rozwalili elektryka, czy nie. Stół był długi, potraw mnóstwo. Siedzieliśmy przy nim z generałem sami naprzeciw siebie. Reszta rodziny krążyła gdzieś dookoła. Wcześniej małżonka gospodarza przyniosła miednicę, mydło i ręcznik. Najpierw umył ręce generał, a potem ja. -O kultura- myślę. Mój prezent – butelkę Jasia Wędrowniczka – generał schował, a przede mną postawił piwo. Dziobnąłem widelcem w kawałek kurczaka, bo w ciemności nie widziałem, jakie potrawy serwują. Potem zatopiliśmy się w przyjacielskiej rozmowie. Zaczął generał. - Wiesz, Captain – zagaił. - Zaprosiłem cię do siebie, bo chciałbym, żebyś został moim przyjacielem... - Wiem, bardzo się cieszę – odrzekłem wyczekująco. – Też chciałbym być twoim przyjacielem... Po wstępnych grzecznościach gospodarz przystąpił do rzeczy. - Do Matadi pływa statek „Panda”, którego dowódcą jest twój rodak. On także jest moim przyjacielem. Przywozi mi dużo prezentów. W przyjacielskim rewanżu pozwalam mu handlować wszystkim, co tylko przywiezie. - Słyszałem o tym, że ten statek w Matadi jakoby nazywają supermarket... - Ha, ha, ha! – zaśmiał się generał. - Tak go nazywają? Ale to prawda. „Panda” wozi więcej biznesu, niż ładunku...A wiesz, Captain, że ten Polak ma tu dzieci? - Wiem – odrzekłem. – Nawet je widziałem. To śliczne bliźniaczki... - No widzisz! Ty też możesz mieć tu taką rodzinę! Możesz u nas zamieszkać... - Przepraszam, generale, ale ja już mam rodzinę w Polsce! Nie chciałbym jej zmieniać. - To niczemu nie przeszkadza. Twój rodak też ma rodzinę w Polsce! Ale, być może, kiedyś u nas zamieszka w Kongo na stałe... Jeśli chcesz być moim przyjacielem, na początek przywieź mi motor do Jeepa. Mój ciągle się psuje. Oczywiście, zapłacę ci za niego. -Wątpię – pomyślałem sobie. -Co ty na to? - Oczywiście, panie generale. Nie ma sprawy. Gdy tylko będę mógł, przywiozę ten motor... - Potrzebowałbym też agregat prądotwórczy na benzynę – naciskał gospodarz. – Jak sam widzisz, z elektryką również mam kłopoty... - Oczywiście, gdy tylko znajdę taki w Europie, natychmiast ci go przywiozę... - Słuchaj, a nie dałbyś rady skombinować silnika do mojej łodzi? - Nie będzie problemu – odrzekłem ze swobodą, łykając piwo. – Aaa na ile koni mechanicznych ma on być? - Sto koni by wystarczyło... Potem generał na chwilę przerwał i poprosił do nas swe córki, szesnastoletnie bliźniaczki. Pomyślałem, że jeśli każe mi się z nimi ożenić, to nie wytrzymam. Z czarnymi bliźniaczkami? Przy naftowych lampach? Jak je odróżnię? - No i najważniejsza sprawa, Captain! – rzekł z pewnym namaszczeniem. - Ty pływasz do Francji. - Oo nie wie ,że pływam do USA- pomyślałem. - Masz tam na pewno sporo przyjaciół. Chciałbym, abyś pomógł moim córkom dostać się tam na studia. Oczywiście, będę te studia finansował... - To będzie trochę trudniejsze – odparłem. - Muszę się nad tym zastanowić. I trochę popytać. Generał promieniał. Najwyraźniej był mną zachwycony. Może spodziewał się większych trudności? No – rzekł. - Jeśli mi to wszystko załatwisz, to udowodnisz, że jesteś moim przyjacielem. I wtedy ja też będę twoim przyjacielem. Będziesz mógł handlować w Kongo, czym tylko zapragniesz, a ja cię będę chronił. - Dziękuję, generale – odrzekłem. - Nie wiedział, że jest w tym wszystkim tylko jedna przeszkoda. Na amerykańskim statku, byłoby to niemożliwe, a na dodatek po tym rejsie idę na urlop i nie wiem, kiedy wrócę na ten statek i czy w ogóle wrócę na niego ... A poza tym pływałem do ameryki, a nie do Francji. Mogłem mu więc obiecać wszystko… - Pozostaje mieć więc nadzieję – pomyślałem w głębi ducha, że do tego czasu ktoś cię, przyjacielu, odstrzeli... Rozstaliśmy się w przyjaźni. Byłem tak ucieszony, że stąd umykam, że nawet poprosiłem gospodarza o numer telefonu. - A po co? - Jak to po co? Będę do ciebie dzwonił! Opowiadał, co już ci kupiłem! Generał poprosił służbę o nowy aparat telefoniczny, ale nie dało się go uruchomić. Najwyraźniej wszystkich fachowców miał takich, jak ten elektryk. Zjadłem resztkę kurczaka, albo nie wiem czego, bo ciemno było, popiłem piwem, po czym poprosiłem o zawiezienie na statek. Okazało się, że owe prywatne auto, którego właściciel grzecznościowo nas tu podwiózł, generał kazał przytrzymać do końca naszej biesiady, a może na zawsze. I teraz to ono zawiozło mnie pod statek. Naturalnie, w towarzystwie żołnierzy. Po drodze straszliwe myśli latały mi po głowie. Ten pieprzony generał! Przecież on może w każdej chwili mnie rozwalić! Albo zamknąć w mamrze! I włos mu za to z głowy nie spadnie! A jeśli tu kiedyś zawinę bez prezentów? A on jeszcze będzie na obecnej posadzie? Wówczas – żegnaj życie! O, do diabła z tą Afryką! Trzeba jak najszybciej stąd wyjechać i nigdy nie wrócić! Następnego dnia rano, tuż przed wyjściem w morze, nagle znowu zakotłowało się na kei. Wyjrzałem przez bulaj – aż gęsto od wojska! -Cholera czy aresztują?- pomyślałem. Po chwili wachtowy przyprowadził mi do kabiny generała ze świtą. - Jak się masz, Captain! Przyjechałem cię pożegnać! Przy okazji przywiozłem dane mojego silnika do Jeepa... Udałem radość. Zapewniłem, że nie omieszkam dobrze się wywiązać z zakupu. Na pewno będzie zadowolony. Sztuczny uśmiech nie schodził mi z ust. - No to do szybkiego zobaczenia – powiedział, ściskając mi dłoń. Kiedy wyszedł, kilku jego oficerów wręczyło mi kartki ze spisem ich prywatnych życzeń zakupowych, były wśród nich nawet jajka, sery i różne inne wiktuały. Miałem dość Konga. Wręcz nie mogłem doczekać się wyjścia „Camellii” w morze. Ale czekała mnie jeszcze Kongo River. Czy tam też będą sięgały długie, czarne łapki generała? Jednak reszta przeszła już spokojnie. Opuściliśmy rzekę i nareszcie statek znalazł się na pełnym morzu, w drodze do nigeryjskiego Sapele. Poczułem się szczęśliwy. Włączyłem radio i wywołałem kapitana „Pandy”. - Witam kapitanie! Żywiłem pańskie dzieci w Matadi! – huknąłem w słuchawkę. - O Kurwa! –zaklął szpetnie kapitan - To już wszyscy wiedzą! Nawet moja żona w Częstochowie! Potem pogadaliśmy jak starzy marynarze, o polskich dzieciach w Afryce. Na szczęście nigdy więcej nie popłynąłem do Matadi, a zamówienie generała przekazałem z „uśmiechem” - gdy zmustrowywałem w Houston- mojemu niemieckiemu zmiennikowi… A niech się martwi!

AFRICAN AZALEA MATADI

African Azalea Matadi U amerykańskiego armatora Seaboarda na African Azalea płynęliśmy jak zwykle po afrykańskich portach. Tym razem do Matadi w Kongo. Jednak ledwie tylko wypłynęliśmy na redę Owendo, a tu nagle jak coś nie huknie w maszynie! Aż mi na mostku bębenki przytkało! - Fire! Fire in engine! – wydzierał się w telefonie Darek, czyli chief mechanik. - Fire alarm! – zakrzyknąłem więc do chiefa pokładowego, a ten natychmiast nacisnął dzwonki alarmowe. - Chief! Take VHF, go to Engine and report! – poleciłem mu. - Yes, Sir! - Captain! – meldował po chwili. - Jest dużo dymu, nic nie widać, ale załoga już gasi pożar na silniku. - Pożar ugaszony! – meldował po kilku minutach Darek. - Wybuch w karterze pierwszego układu na silniku głównym! Akcja była szybka i sprawna. Zużyto kilka gaśnic, ale pożar ugaszono w zarodku. Na szczęście nikomu nic się nie stało, mimo że wybuch był tak silny, iż wyleciały szyby w Engine Control Room, wyleciały stalowe drzwi kuchni i otwarła się ważąca z tonę klapa za kominem. Najwyraźniej znowu czuwał Antoniczek, mój Anioł Stróż. Trzeba mieć szczęście w nieszczęściu. Potem dryfowaliśmy po redzie z pół dnia, bo mechanicy reperowali układ. W końcu pojechaliśmy dalej. Fiterzy sprawnie naprawili urządzenia, więc czuliśmy się tak, jakby nic się nie stało. Tylko mechanicy mieli dziwne miny i częściej teraz siedzieli w maszynie. - Cholera! – tłumaczył Darek. - Myślę, że to było łożysko. Chociaż się dziwię, bo przecież niedawno wstawiliśmy nowe. Zatarł się układ. Ale ten huk! To mi się przytrafiło po raz pierwszy w życiu! - No, zdarza się – pocieszałem go. - Dobrze, że chociaż na redzie i że nikomu nic się nie stało! Myśl teraz o czymś innym. Przed nami rzeka Kongo. Maszyna musi chodzić, jak szwajcarski zegarek. Nie może być mowy o jakiś dziwnych przypadkach. Wiesz przecież, że prąd na rzece dochodzi niekiedy do dwunastu węzłów... - Ale szwajcarski zegarek chodzi tylko do przodu – żartował Darek. - No to będziesz musiał dać tyle, ile tylko masz. Chcę cię jednak pocieszyć. Ostatnie wiadomości mówią tylko o pięciu węzłach - prądu na rzece… - Zdaję sobie sprawę z odpowiedzialności – rzekł mechanik. - Wiem, że gdyby na rzece coś się przytrafiło maszynie, to statek stracony! - No, odpukać... „Banana Pilot”na Kongo River zabrał nas tylko na połowę drogi do Boma, gdzie rzuciliśmy kotwicę w oczekiwaniu, aż nasz siostrzany statek „African Begonia” zwolni nabrzeże. Od kilku godzin rozmawiałem przez radio z kapitanem „Begonii”, który także był Polakiem. - Wychodzimy o czternastej – powiedział – a więc możecie już ruszać... Wybraliśmy zatem kotwicę i ruszyliśmy w górę rzeki. Ale niezbyt długo cieszyliśmy się dobrze zorganizowanym życiem. - Cholera, załadunek się przedłuża! – odezwał się nagle w radio kapitan „Begonii”. – Jeśli nie wyjdę do piętnastej, to dopiero jutro rano! - Captain „Begonii” powiada, że może wyjść dopiero jutro.. – rzekłem do pilota. - Nie ma sprawy, panie kapitanie – odrzekł. - Jeśli tak się stanie, to rzucimy kotwicę przed mostem... wiesz Most na Congo River. - W żadnym wypadku! – zaoponowałem gwałtownie. - Nie zgadzam się. Potem nie damy rady nabrać szybkości na przejście pod mostem! A tam jest przecież najmocniejszy prąd! - O.K, Captain, nie chcesz przed mostem, to rzucimy trochę bliżej. Tyle tylko, że tam mogą do nas strzelać rebelianci z Angoli... - To może wrócić na kotwicę do Boma? – zasugerowałem. Ale popłynęliśmy dalej, gdyż problem rozwiązał się sam. „African Begonia” wyszła bowiem o piętnastej i zrobiła nam miejsce przy nabrzeżu. Minęliśmy się tuż przed mostem i pozdrowiliśmy sygnałami. - Speed 9 knots – meldowałem pilotowi tuż przed mostem. - O.K. Captain! Current only 4 knots – ucieszył się pilot. - Slow Ahead! – tuż za mostem polecił pilot – bo przestraszył się, że za szybko płyniemy na keję – będącą bliziutko. Nagle statek zaczął się cofać – na wodzie zauważyłem wyraźny nurt silniejszego prądu. - Full Ahead!!! – ryknąłem i przestawiłem rączkę telegrafu. Z zapartymi oddechami obserwowaliśmy, czy statek ruszy do przodu... Maszyna wyła na pełnych obrotach – wreszcie pokonaliśmy prąd i „ jak żółw” zbliżaliśmy się do kei. - Let go port anchor!!! – krzyknął tuż przed keją pilot – bo nagle prąd zmalał, a przy kei wykręcił i był z nami pchając nas na nabrzeże. Udało się – delikatnie złożyliśmy się prawą burtą do nabrzeża. - Szybciej podawać cumy! – poganiałem Filipińczyków. - Mamy tylko dwadzieścia minut na manewry. O osiemnastej płacimy więcej! Przyłożyli się i zacumowaliśmy o 17.50. Wkrótce potem na „Azaleę” wtoczyła się kilkunastoosobowa zgraja lokalnych oficjeli. Jakoby na odprawę, a w rzeczywistości po darmowy alkohol i papierosy. Czyli – souveniry. A był to czas, gdy Kongo, dawna kolonia portugalska, a potem belgijska, leczyło właśnie rany po wojnie domowej. Agent opowiadał mi, jak to jeszcze do niedawna wyglądało. - Captain – mówił. - Rebelianci walczyli po drugiej stronie rzeki, do Matadi wpadali tylko grabić, mnie zabrali samochód. Teraz życie powoli wraca do normalności. Spójrz, ile statków w porcie! Kilka miesięcy temu nie było żadnego! Zatrudniłem czterech miejscowych wachtowych i ponad dwudziestu pracowników na pokład oraz do maszyny. Płaciłem im 5 dolarów dziennie plus posiłek. Dla nich było to dużo, dla armatora śmiesznie mało. Potężny Papa Willy rządził wachtowymi, stawiając jednego na dziobie, a drugiego na rufie. Mimo tego dozoru, którejś nocy złodzieje wdrapali się po burcie i obcięli kilka metrów naszej rufowej cumy. Wyrzuciłem więc z pracy miejscowego wachtowego, odmawiając zapłaty i wciągnąłem go na czarną listę. A kto tam raz trafił, ten już pracy nie dostanie. Słyszałem, że Papa Willy na „Begonii”, tuż przed jej wyjściem w morze, wyciągnął z kontenera trzech pasażerów na gapę. Któregoś wieczora na własne oczy widziałem złodzieja, płynącego z workiem mąki w rwącym nurcie rzeki; głód jest silniejszy od strachu. Do miasta poprowadził nas Peter, jeden z miejscowych, zatrudnionych przeze mnie w maszynie. Był dobrym przewodnikiem. Mówił po angielsku, trochę nawet po polsku, czego nauczył się, oprowadzając naszych marynarzy. Wszyscy go tu znali, bo dał się lubić i był grzeczny. Nigdy nie zapomniał podziękować. Teraz bardzo mnie pilnował, gdyż na dobry początek dałem mu 5 dolarów. Wyczuł, że u mnie zarobi, więc pilnował interesu. Piotr wymieniał nam dolary na czarnym rynku, ponieważ w banku dawali cztery razy mniej. Kazałem mu też płacić rachunki w knajpach. Jednak po pewnym czasie wydało mi się, że coś za dużo idzie tych dolarków. Przejąłem więc całą kasę. Oczywiście, marynarze wszystkich statków, jakie zawijały do Matadi, niezmiennie od lat pierwsze kroki kierowali do Gondoli. Tu, pod palmą, nie tylko można było wypić tanie piwo, ale nawet dokonać przeglądu wszystkich dziewczynek, które mówiły po rosyjsku. Zresztą, kelnerzy również. Był to efekt niedawnego pobytu na tych wodach rosyjskiej floty łowczej. Także teraz Rosjanie wszędzie się tu kręcili, pomagając miejscowym budować demokratyczne Kongo. Naturalnie, po swojemu. W Gondoli dziewczyny obsiadały nas, jak muchy i było wesoło. Oblegali nas także handlarze pamiątkami, którym zawsze udawało się coś mi wcisnąć. Niekiedy pilnował nas też Papa Willy, Aleks i inni, przez co czuliśmy się bezpieczni. Irena i Małgośka, obie czarne jak smoła, siadywały obok mnie i przez całe wieczory namiętnie się kłóciły się, do której będę należał. Nigdy nic z tego nie wyszło. Płaciłem im po 5 dolarów za towarzystwo i miałem spokój. Jednak od dziewcząt nie można było się odczepić - były wszędzie tam, gdzie się pojawialiśmy. Z Gondoli cała międzynarodowa marynarska rodzina zwykle ruszała do dyskoteki w hotelu Metropol. Tam rozsiadaliśmy się na kanapach i - sącząc zimne piwko - obserwowaliśmy jak gazele kręcą na parkiecie tyłkami. Ten tryb życia był jednak dla nas zbyt męczący, bo rano trzeba było ruszać do roboty. Dlatego po dwóch takich wieczorach nikt już nie wychodził do miasta. Tylko kucharz, Filipińczyk, codziennie ruszał do swojej drugiej żony. Tłumaczył mi, że, owszem, ma w mieście dziewczynę, tyle tylko, że należy ona do tak zwanych porządnych, więc trzyma go na dystans. W końcówce pobytu, przeziębiłem się. Tu, na równiku, było bowiem zimno. Tylko dwadzieścia jeden stopni ciepła! Przeziębiony, przyjmowałem jednak codziennie wspomnianą zgraję inspektorów i im podobnych, którzy oficjalnie przychodzili do nas na kontrolę, a w rzeczywistości wyłudzali prezenty. Wpadali też, na przykład, przedstawiciele stowarzyszenia inwalidów, czy nawet kościoła. Wszyscy oni prosili o pomoc, nigdy nie odchodząc z pustymi rękoma. Uczyłem się - od jąkającego się agenta – miejscowego języka lingala, często zaskakując wizytujących. Zaskoczyłem nawet samego agenta, bowiem w pewnej chwili zagadnąłem go: - Ovandaka wapi? Skąd pochodzisz? Odwiedzających z kolei pytałem - Sango nini? Jak się masz? Na ogół odpowiadali - Malamu, czyli dobrze. Ale widać było, że są zdziwieni. Włączałem również muzykę buszmenów yansi, którą nagrał mi agent, kiedy któregoś wieczora odtańczyliśmy wspólnie taniec czarownika. To właśnie wtedy zapytałem skąd pochodzi w języku lingala. - Mu Yansi, jestem Yansi - odrzekł wtedy. - Urodziłem się tam, gdzie jest wirus ebola... - To ty pochodzisz z Kikwit, prawda? – krzyknąłem. - To niedaleko stąd! I tam rzeczywiście jest wirus eboli! - Skąd ty to wszystko wiesz, captain? – spytał zdziwiony. - Chodź, pokażę ci. Mam wszystko w komputerze... Popukałem w klawiaturę, po czym pokazałem mu, co komputer wie o wirusach eboli. - To prawda, co tu piszą – powiedział. - Po tygodniu od zarażenia człowiek krwawi do wewnątrz i na zewnątrz, nie ma dla niego ratunku, umiera się w strasznych mękach... - A ja mam akurat dreszcze, może to ebola? – pozwoliłem sobie zażartować. - No to, Captain, masz tylko tydzień życia przed tobą! – odpowiedział poważnie agent. Temat eboli solidnie mnie wymęczył, więc zacząłem z innej beczki. - Twój szef mówił, że niebawem będziesz się żenił... - Rzeczywiście. Byłem kawalerem do trzydziestu ośmiu lat. Ale coś mnie nagle naszło. Moją wybranką jest dwudziestoczteroletnia dziewczyna. Teraz musimy jej rodzinie zapłacić aż 200 dolarów. Taki jest zwyczaj. Płaci się odstępne, bo według tradycji ktoś z jej rodziny mógłby moją narzeczoną poślubić. Jestem najstarszym synem, dlatego moja rodzina zbiera na wykup i targuje cenę. - To chyba dobry zwyczaj, bo potem będziesz mógł powiedzieć żonie, że ją kupiłeś! - To prawda, Captain. Rodzina żony nie ma później do niej żadnych praw. Będziemy mieli co najmniej pięcioro dzieci, gdyż dzieci to moja polisa ubezpieczeniowa na starość. Muszę tylko wykształcić pierwszą dwójkę, a później ta dwójka ma obowiązek wykształcić resztę. Według naszej tradycji, to dzieci dbają o spokojną starość rodziców... - W Polsce też przydałaby się taka tradycja – powiedziałem. - U nas dzieci zajmują się wyłącznie sobą, a starych rodziców najchętniej widywaliby na cmentarzu... - Agent, a czy twoja dziewczyna jest też muzułmanką? – spytałem. - Oczywiście, Captain! – odpowiedział dumnie. - To pewno ma wyciętą łechtaczkę i będzie zimna w łóżku? – drążyłem temat. - Captain, Koran mówi, że kobiety są stworzone dla przyjemności mężczyzn. Czasami usuwa im się też wargi sromowe i zaszywa otwór pochwowy, pozostawiając jedynie malutką dziurkę wielkości główki od zapałki, przez którą mogą oddawać mocz i miesiączkować. Po zaszyciu pochwy (bez znieczulenia), dziewczynce związuje się ciasno ze sobą nogi i zmusza się ją, aby leżała na boku przez kilka tygodni, dopóki wszystko się nie zrośnie. Dzięki temu zabiegowi mężczyzna ma pewność, że jego kobieta zachowała dziewictwo, kiedy to zrośnięta pochwa kobiety musi zostać dla niego rozcięta. A jeżeli zdarzy się, że zazdrosny małżonek będzie musiał na pewien czas wyjechać, może się domagać, aby ponownie zaszyto jego żonę, aż do momentu jego powrotu. Do momentu usunięcia łechtaczki, kobieta jest jakby w stanie obojnactwa, czymś między byciem mężczyzną a kobietą. Mężczyzna może w pełni cieszyć się wolnością, czerpać przyjemność z aktu seksualnego, kobieta nie. Mężczyźni uważają usunięcie łechtaczki u dziewczyny za przysługę dla niej, sposób na ochronę przed jej własnym, niebezpiecznym dla niej samej popędem seksualnym. Lepiej zupełnie wyeliminować jej seksualne pragnienia - dla jej własnego dobra. Bo przecież rolą kobiety jest rodzić dzieci oraz być matką, nic ponadto. I tak sobie z agentem gawędziliśmy. Kaszlałem i smarkałem bez przerwy. Miałem chyba nawet gorączkę. A musiałem jeszcze czołgać się po tankach, żeby sprawdzić, jak się ma dziura, którą fiter załatał w dnie, tę, która swego czasu tak bardzo nam dopiekła. Przecieku nie było. W sumie „Azalea” stała w Matadi dziewięć dni. Chcieliśmy z Darkiem, chiefem mechanikiem, wybrać się jeszcze na farmę młyna Seaboarda, ale agent nie umiał wydębić pozwolenia od Imigration; gdzieś tam po lasach toczyła się jeszcze wojna. Młyn, który zapełniał nasze ładownie, codziennie dostarczał nam świeże, swojskie pieczywo, a na koniec podarował nam kilka worków bardzo dobrej mąki. Zmęczony Afryką, przeziębiony w tropiku, z ulgą wyruszyłem na morze. Tam nareszcie poczułem się szczęśliwy. Wierzyłem bowiem, że morze mnie wykuruje, bo tam nie ma wirusów. Czekały nas za to huragany. Floyd właśnie dał popalić Miami, a Gerd robił spustoszenie na Bermudach. Miałem jednak do żeglugi dobrą rękę, bo „Azalei” udało się ominąć wszystkie huragany i szczęśliwie dotrzeć do Mayaguez na Puerto Rico. Pomyślałem sobie wtedy, że jeszcze tylko skok do Houston po zboże dla Afryki, a potem już wracam do domu. I wówczas dostałem teleks z Mami z propozycją pracy u Seaboarda na stałe. Miałbym znowu wrócić na m/v „African Azalię”. Długo biłem się z myślami. Wracać na ten statek, czy też nie? A może powrócić do bankrutującej PŻM? Po załadunku w Houston, Armator porosił mnie do swego biura na Florydzie. Udało się wylądować na Miami w szalejącym huraganie. W biurze przemaglowali mnie znowu, mimo szalejącego nad głowami huraganu Irena. W końcu zaproponowali pracę na stałe. Zgodziłem się, ale uczucia miałem tak zwane mieszane. Postanowiłem więc w duchu, że ostateczną decyzję podejmę w kraju. Może tymczasem PŻM stanie na nogi? Byłem przywiązany do szczecińskiego armatora. Nie wszystko da się przeliczyć na dolary.

BYTOM ODRZAŃSKI

BYTOM ODRZAŃSKI Jak zwykle zatrzymywaliśmy się w Bytomiu Odrzańskim. To najpiękniejsze miasteczko nad Odrą, co jest w ogromnej mierze zasługą burmistrza Jacka Sautera, rządzącego już czwartą kadencję. - Aż tak mieszkańcy cię kochają? - zapytałem. - Czwarta kadencja! A może, po prostu, nie ma chętnych na twój stołek? - Brak konkurencji – żartował burmistrz Jacek. - Raz namówiłem jednego, żeby wystartował, bo już głupio wyglądało, tak ciągle wygrywać. Ale dostał chyba z pięć głosów. Rodzinę ma liczniejszą! Jacka rzeczywiście chyba wszyscy w tym pięciotysięcznym Bytomiu kochają, ponieważ w któryś wyborach uzyskał drugi wynik w kraju! A kochają go za to, co dla Bytomia robi. Darzą go uczuciem za jego podejście do mieszkańców, za częsty uśmiech na twarzy. Ot, weźmy przepiękny rynek Bytomia Odrzańskiego. Jest teraz prawdziwą wizytówką burmistrza i miasteczka. Wyremontowany ratusz, podświetlane fasady kamieniczek, balkony ustrojone kwiatami, wszystko to razem tworzy niepowtarzalną atmosferę tego miasta. A trzeba szybko dorzucić, że do aktywów Bytomia Odrzańskiego należy jeszcze efektowne nabrzeże i przystań w porcie, czyli te rzeczy, o które wspólnie tam walczyliśmy. Na scenie owego rynku występują chyba wszyscy mieszkańcy i także my. Jak wszędzie, występ zaczynamy od powitania, po czym odczytuję kolejny Memoriał. Oczywiście owe Memoriały się zmieniają. Właściwie co roku są inne. Po prostu, polskie życie znakomicie je aktualizuje. My, uczestnicy i organizatorzy Flisów chcielibyśmy, aby na Odrze wszystko poszło szybko i sprawnie. To by nas cieszyło i – myślę – cieszyłoby też lokalne społeczności. Niestety, nasze szlachetne intencje swoje, a życie swoje. W tym Memoriale walczymy o Środkowoeuropejski Korytarz Transportowy. Jednak, czy to się uda? Czy zyskamy wpływowych sojuszników? Czy polskim politykom zechce się ruszyć palcem? Chropowata rzeczywistość i swego rodzaju zniechęcenie nie przeszkadza nam jednak bawić się na pięknym rynku w Bytomiu Odrzańskim. Nasze występy kwitowane są oklaskami. Ale przy okazji propagujemy nasze idee, czyli bezpieczna Odra, transportowa Odra i turystyczna. Przyszli do nas Alfred Gąsior i Józek, którzy swego czasu pływali z nami na Flisach, dołączając do flotylli swoimi jachtami. Alfred to historia żeglarstwa i zarazem Nowej Soli. Z kolei Józek był tak wspaniały, że popłynął na Flisie swoim jachtem Conrad z żoną na inwalidzkim wózku. Burmistrz Bytomia Odrzańskiego Jacek Sauter, permanentnie przez nas przyciskany do muru, w końcu doprowadził do budowy portu. Powstało efektowne nabrzeże i pontonowe stanowiska dla jachtów, które chrzciliśmy i otwieraliśmy podczas Flisu. A przecież tu było ruinka nabrzeże. A nagle powstało oprócz nabrzeża jeszcze piękna, piękna skarpa. Skarpa prowadząca do nabrzeża mieniąca się w różnych kwiatach, zrobiło się na nabrzeżu pięknie kolorowo i jachty cumują wreszcie w Bytomiu Odrzańskim. A to dzięki Wam- zawsze krzyczał do nas Burmistrz, bo Wy dusiliście mnie, a na początku postawiłem tylko tablicę, że tu będzie port. A teraz jest przepięknie i wszyscy nad Odrą się cieszą.

CIGACICE

CIGACICE Płyniemy dalej do Cigacic. Dwadzieścia cztery lata temu witał nas w Cigacicach jedynie sołtys Józef Gałązka. Przyniósł buteleczkę wina własnej roboty i pogadaliśmy. Teraz Józef Gałązka oddał sołtysostwo swojej żonie, ale ciągle jest aktywny. Nasze flisowanie przyniosło jednak efekty, a zaczęło się właśnie od sołtysa Józka i burmistrza Sulechowa Tadeusza Szulawskiego. Burmistrz był kiedyś marynarzem i serce ciągnęło go do wody. To on i jego grupa wodniaków najpierw zorganizowała Wodne Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe w Cigacicach, potem kupiła motorówki i zaczęła szkolić wodniaków. Gdy przypływał Flis, odbywały się tam huczne Dni Odry. Sponsorzy rozdawali jakieś makarony, na ogniu pieczono dzika, a na scenie córka sołtysa tańczyła taniec brzucha. Na koniec imprezy, po raz pierwszy w historii miasteczka, wystrzeliły w niebo fajerwerki. Efektowniejsze, niż w Szczecinie – stwierdził autorytatywnie sołtys Gałązka. Potem tak się tam wszystko rozkręciło, że przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Powstały kluby motorowodniaków, marina, a na koniec nowe nabrzeże, które do szczęśliwego finału doprowadził kolejny burmistrz Sulechowa Edward Odważny, wielki orędownik turystyki na Odrze, którego wspomagała rzesza wodniaków. Burmistrz Odważny naprawdę jest odważny! Jak zauważyliśmy, tutejsi ludzie potrzebowali nie tylko rozrywki. Rozpierała ich chęć pożytecznego działania. Spontanicznie przyłączali się do nas, aby wspólnie wcielać w życie własne pomysły. Na przykład, poprosił nas o pomoc ksiądz ze wsi (Klępska), leżącej niedaleko Cigacic. Miał pomysł, ale brakowało mu pomocników. Oto przygotował inscenizację, która miała upamiętnić przymusową repatriację półtorej setki mieszkańców wsi, luteran, do Australii, co miało miejsce 170 lat wcześniej. Ksiądz przebrał się za Pastora, a cała wieś za luteran. Stroje, bagaże mieli jak ich emigrujący przodkowie. Odprawili mszę świętą, a potem ruszyli wozami do portu w Cigacicach, skąd kiedyś ich przodkowie wyemigrowali najpierw do Hamburga i dalej do Australii. Można powiedzieć – poszli na całość. Zmienili nawet nazwy okolicznych wsi na przydrożnych tablicach, a podobnych działań było znacznie więcej. Wszystko po to, aby uzyskać efekt maksymalnego realizmu. Nakręcali film i chcieli, aby plenery wypadły autentycznie. Wszystko miało wyglądać, jak prawie dwieście lat temu. Z czego, nawiasem, wynikła potem afera, ponieważ niektórzy z mieszkańców owych pozmienianych wsi, nie mieli pojęcia, co się święci i poszli do burmistrza z protestami... A do czego im była potrzebna nasza pomoc? Otóż posiadaliśmy statek, którym mieli popłynąć do Australii ich emigranci! Kiedy więc emigranci przybyli do Cigacic i wsiedli już na ów statek, musieliśmy go przechrzcić na Prince George. Mnie przypadła rola niemieckiego kapitana, który witał emigrantów po niemiecku i sprawdzał ich oryginalne paszporty. Następnie Prince George ruszył na Odrę, naturalnie żegnany przez tłumy. Zrobiliśmy rundkę i wrócili na nabrzeże, które tymczasem zyskało wielką tablicę z nazwą Hamburg, wywieszoną na magazynie. W 2009 roku odpływaliśmy z niby Hamburga, statkiem który przemianowaliśmy na The Catherine…, albowiem tak w rzeczywistości nazywał się jeden ze statków, które przewoziły emigrantów i znowu wypłynęliśmy na Odrę, tym razem do...Australii. Pastor czytał wielgachną Biblię, zaś ja gawędziłem po angielsku, ponieważ teraz taka właśnie bandera zawisła tymczasem na rufie. Co najciekawsze, w tej oryginalnej inscenizacji uczestniczyli prawdziwi potomkowie prawdziwych emigrantów sprzed prawie dwustu lat, którzy na tę okoliczność przybyli specjalnie aż z dalekiej Australii.

GOSTCHORZE

GOSTCHORZE Z Cigacic ruszyliśmy do Krosna Odrzańskiego, a po drodze zamierzaliśmy odwiedzić miejscowości Nietków i Gostchorze, obie wioseczki dysponują atrakcyjnymi walorami turystycznymi a mieszkańcy bardzo serdecznie nas zapraszali, rozsadzała ich chęć działania, przyłączenia się do naszego planu turystycznego zagospodarowania Odry. Turyści to była ich szansa na rozwój, na wyjście z biedy i stagnacji. W roku 2007 w Nietkowie obiecywali: - Tu z dawnej przystani ma powstać wiejska stanica rzeczna im. J. Conrada Korzeniowskiego. Wieś przyjmowała Flis wtedy na polu, dotykającym samego brzegu Odry. Ponieważ akurat była niedziela, postawiono polowy ołtarz i proboszcz odprawił dla nas Mszę Świętą na polu. W następnym roku proboszcz zaprosił nas na mszę do kościoła. A potem wieś pokazała bogaty program artystyczny, zaprezentowany w pięknym parku. Staraniem Marka Mroczka członkowie Stowarzyszenia Przyjaciół Wsi Nietków z Bazylim Hojsakiem na czele zorganizowali pierwszy „Jarmark Nadodrzański” w Nietkowie na powitanie „ Flisu Odrzańskiego”. To była prawdziwa wodniacka impreza z pełnym zabezpieczeniem wodnym i medycznym. W 2009 roku woda silnie przybrała. Miejscami przybyło nawet do sześciu metrów tam gdzie było metr nagle sondowałem siedem metrów. Zniknęły pod wodą całe hektary. W Nietkowie wprowadzał nas kajakiem przez zalaną łąkę wielki przyjaciel Marek Mroczek. Niczym prawdziwy Pilot! A na brzegu kierowała Flisem moja Grażynka. Dziesięć lat trwała budowa stanicy rzecznej, ale powstała piękna przystań rzeczna. Siedemnaście kilometrów w dół rzeki, na 508 kilometrze, w gminie Krosno Odrzańskie, rozłożyła się nad brzegiem wieś Gostchorze. Pewnego razu odważnie podpłynęła łódeczką ku nam starsza pani sołtys pani Rubaszewska, witając nas chlebem i solą. - U nas też musicie się zatrzymać! - stwierdziła kategorycznie. - A co macie ciekawego? – zapytaliśmy. - Tymczasem tylko ruiny zamku. Ale serca mamy otwarte, a plany ogromne... Gostchorze to jeden z trzech Krośnieńskich grodów średniowiecznych stanowiący tzw. Średniowieczny System Obrony Krosna czyli " Murus Poloniam Ambit " . Ten system obronny umożliwił w wojnach średniowiecznych zatrzymanie wojsk cesarzy niemieckich w latach m.in. 1005 i 1109. -Gostchorze to ważna wieś w historii początków Państwa Polskiego –opowiadała pani sołtys. No i w Gostchorzu po raz pierwszy odbył się " Jarmark Nadodrzański" pod hasłem: " W dolinie starej rzeki przemawiają do nas wieki ". W następnym roku zbudowali nawet łódź na brzegu… Starsza pani nie przesadzała. Mieszkańcy gościli nas po staropolsku, czym chata bogata. Wieś wyniosła na brzeg kulinarne wyroby w dużej obfitości, więc z żalem wyjeżdżaliśmy. W następnym roku było jeszcze piękniej, bo dodatkowo obejrzeliśmy średniowieczny rycerski spektakl, przygotowany przez maluchy. Fantastycznie wyglądały te dzieciaki w średniowiecznych zbrojach i poprzebierani przy tym też mieszkańcy wsi. W następnych latach witała nas już nowa pani sołtys, znacznie młodsza od poprzedniej. Nazywała się Ewa Klepczyńska i pojawiła się z mężem Zbyszkiem. Dała się poznać z jak najlepszej strony, gdyż od razu ostro wzięła się do roboty. Zaprosiła nas na wysoką nadodrzańską skarpę, gdzie archeolodzy odkryli grodzisko z X-XI w. Wykonano planszę obrazującą rekonstrukcję " Średniowiecznego Systemu Obrony Krosna " wg wersji opracowanej przez uznanego w nauce archeologa mgr Edwarda Dąbrowskiego z inicjatywy Marka Mroczka. Do odkopanego grodu wjeżdża się bramą z herbem Gostkaru. Z wieżyczek widać Odrę i starorzecze. Obok stanęły scena pod dachem, ogródek z ławkami i miejsce na ognisko. Powstał teatr, w którym wystawiane są średniowieczne inscenizacje. Występują niemal wszyscy gostchorzanie, bez względu na wiek. W Gostchorzu działa grupa Goskar, promująca swoją miejscowość i przedstawiająca scenki z życia średniowiecznego grodu. 7 lipca 2007 roku po raz pierwszy odbył się Festyn Średniowieczny. Mieszkańcy oznakowali nabrzeże, zbudowali własną tratwę " Ślicznotkę ", którą płynęli z nami do Frankfurtu nad Odrą i Słubic. Jednocześnie w położonej na przeciwległym lewym brzegu Odry wsi nadodrzańskiej Połupin odległej w linii prostej o 3km od grodziska w Gostchorzu też należącego do średniowiecznego systemu obrony Krosna, mieszkańcy zbudowali tratwę " Bombina ". Tą tratwą załoga kobieca mieszkanek Połupina przepłynęła z nami do Szczecina. Te wsie odżyły inicjatywami mieszkańców, a Flisy je inspirowały!

NOWA SÓL

NOWA SÓL Wreszcie cumujemy w Nowej Soli, gdzie istnieje najpiękniejszy na Odrze port, marina i bulwar. Kiedyś funkcjonowała tu stara przystań kajakarska, którą odbudowano i zmodernizowano. Ale to my przekonaliśmy miejscowe władze do budowy portów i marin. Wielkim propagatorem Odry byli prezydenci Nowej Soli Tadeusz Gabryelczyk, a potem Vadim Tyszkiewicz. Na naszym flagowym stateczku Kościuszko spotkali się przed laty prezydent Nowej Soli Vadim Tyszkiewicz, oraz burmistrzowie Bytomia Odrzańskiego Jacek Sauter i Sulechowa Edward Odważny. Właśnie wtedy zawarli porozumienie o współpracy turystycznej. Z tej inicjatywy powstały w wymienionych miastach porty, mariny, nabrzeża i służebna infrastruktura, wybudowana zresztą głównie za europejskie fundusze. To Prezydent Vadim Tyszkiewicz doprowadził do budowy portu pasażerskiego, mariny, promenady, dziecięcy park figur i wielu innych wspaniałych inwestycji. Przed laty Nowa Sól była biednym zaniedbanym miasteczkiem, gdzie bezrobocie sięgało ponad trzydzieści procent. Niezmiennie cumowaliśmy tu do zrujnowanego nabrzeża w tak zwanej dzielnicy cudów, gdzie wieczorami dzieciaki rzucały w nas kamieniami i strach było się tam zatrzymywać. Zwykle więc rzucaliśmy cumy na drugiej stronie kanału, w przystani wioślarskiej. Pewnego razu nieopatrznie stanęliśmy przy walących się dalbach, zaś ja - ubrany w kapitański mundur – stanąłem na nabrzeżu oko w oko z hałasującą bandą wyrostków. - No i co, chłopaki? - zagaiłem zuchowato. - Może macie ochotę na małą przejażdżkę naszymi stateczkami? Przytkało ich. Na takie pytanie nie byli przygotowani. Spodziewali się raczej, że ich opieprzę za rzucane kamienie. Gapili się, przestępując z nogi na nogę. - Więc jak? - naciskałem. - Chcecie, czy nie? - Eee, ładujesz - odezwał się wreszcie najstarszy, chyba czternastolatek. - Wcale nie - przekonywałem. - Jestem komodorem Flisu, czyli kimś takim, co całym tym majdanem zawiaduje i bezpiecznie go wozi po tej kapryśnej rzece. Zapraszam was na jutro rano, możecie popłynąć z nami do Cigacic. Z powrotem do domu odwieziemy was pociągiem. Stoi? Zatem jutro rano o ósmej zbiórka... Nie mogli tego strawić. Zamiast kary - nagroda. To im się przydarzyło pierwszy raz w życiu. Wieczorem nie było już rzucania kamieniami w naszą stronę. Rano natomiast ujrzałem ich na nabrzeżu, stojących grzecznie w szeregu. Wyszedłem i powitałem, jak nową załogę! - Gotowi na rejs? - zapytałem. - Gotowi! - Rodzice pozwolili? - Pozwolili – odpowiedział w imieniu grupy czternastolatek. Byłem przekonany, że kłamie, ponieważ nie wyglądali na takich, którymi rodzice przesadnie się troszczą. Udałem jednak, że mu wierzę. I kiedy miałem już wygłosić sakramentalną formułę witamy na pokładzie!, nagle z za domu wyłoniła się tęgawa jejmość, wyraźnie mama któregoś z chłopców. I od razu z pyskiem. - Co tu się dzieje, co!? Gdzie ten mój ma płynąć!? Ile to kosztuje!? – darła się wymachując rękami. Nie dałem się sprowokować. - Proszę pani, proszę się uspokoić, dzieciaki płyną z nami do Cigacic, a z powrotem odstawimy ich pociągiem, bądź samochodem. Wszystko za darmo... - Jak to za darmo!? Nic nie ma za darmo! A jak coś mu się stanie? Kto będzie odpowiadał? On ma dopiero 8 lat! - Nic mu się nie stanie – perswadowałem - bezpiecznie wróci do domu... W końcu zamilkła. Chwilę przyglądała się chłopcom, potem jej wzrok padł na mnie. Najwyraźniej nikt wcześniej tak z nią nie rozmawiał. Wyglądała, jakby uszło z niej całe powietrze. Wrzaski i wymachiwanie rękami mocno ją wyczerpały. - No dobra – wydusiła z siebie. - Niech płynie, ale pan za niego odpowiada… I co powiecie? Dawno nie miałem tak zdyscyplinowanej załogi! Urwisy z nabrzeża w mig wykonywali wszelkie polecenia. Uczyliśmy ich, jak zachowywać się na wodzie, jak powolutku stawać się flisakami. Byli zachwyceni podróżą. Nagle stali się niebywale ważni. W dodatku ktoś ich nie tylko dobrze traktował, ale nawet z powagą. Garnęli się więc do wszystkich prac, aby pokazać, na ile ich stać i że właściwie są już flisakami. Pod koniec podroży wręczyłem ich stosowne certyfikaty, które z dumą prezentowali na piersiach. Muszę po cichu przyznać, że ja również byłem dumny. W końcu udała mi się nie byle jaka sztuka. Z agresywnych, bezmyślnych wyrostków udało się wykrzesać młodych ludzi o flisackiej duszy. Przy okazji, zafundowałem im kilka chwil prawdziwego męskiego szczęścia. Potem Ela Marszałek osobiście odwiozła ich z Cigacic pociągiem. Po powrocie wzruszona opowiadała, że w trakcie podróży byli zdyscyplinowani, a ów czternastolatek, ewidentnie ich przywódca, nawet napisał dla niej wiersz. A w nim, że teraz to on nie ma już pod skórą łobuza, ale ma Flisaka. Marzenia zrealizował Prezydent Wadim Tyszkiewicz. Na dodatek w dzielnicy cudów, tam gdzie rzucano w nas kamieniami wybudował piękną promenadę, amfiteatr i restaurację. Wspólnie z zaprzyjaźnionymi miastami kupują pasażerski statek i otwierają naszą polską żeglugę turystyczną na Odrze. Brawo! Pan Prezydent Wadim Tyszkiewicz wyprowadził Nową Sól z marazmu.

TRON PAPIEŻA

TRON PAPIEŻA Mój przyjaciel komandor Eugeniusz Koczorowski wprowadził mnie do szczecińskiej szkoły, która już wtedy była szeroko znana ze swojej morskiej działalności. To był Zespół Szkół Ekonomicznych nr 2, któremu prężnie dyrektorowała wtedy pani Elżbieta Marszałek, skądinąd wiceprezeska Zarządu Głównego Ligi Morskiej i Rzecznej, matka chrzestna dwóch oceanicznych statków i zarazem przewodnicząca koła Matek Chrzestnych przy PŻM. Te moje wejście w środowisko Ekonomika stanowiło prawdziwy przełom w moich dotychczasowych doświadczeniach w propagowaniu spraw morskich. Okazało się bowiem, że pani Marszałek ma względem morza plany niezwykle ambitne i mnie w tych planach uwzględnia. Z czasem zostałem prezesem koła Ligi Morskiej przy Ekonomiku i wiceprezesem Ligi w Zachodniopomorskim. Zmobilizowało mnie to do jeszcze większej aktywności. Wizytowałem teraz więcej szkół, jeździłem po Polsce i Niemczech, brałem udział w licznych konferencjach, poświęconych obolałym problemom zaniedbanej rzeki Odry i gospodarki wodnej. Kiedyś trafiłem nawet do Senatu Rzeczypospolitej! Wespół z niezmordowaną Elą Marszałek organizowaliśmy także Olimpiadę Nautologiczną i konkurs Młodzież na Morzu. Te wysiłki zaowocowały przyznaniem mi w 2001 roku Honorowej Odznaki Za Zasługi Dla Oświaty. Dodam, że najpierw Ekonomik, a później uczelnia ekonomiczno-turystyczna, aktywnie opiekowały się słynnym w całym kraju pomnikiem Tym, którzy nie powrócili z morza, który stoi na pięknym Cmentarzu Centralnym w Szczecinie. Z tego względu każdego roku na Zaduszki kwestowaliśmy tam na rzecz renowacji owego pomnika. Z inicjatywy pani Rektor Elżbiety, ja i inni szczecińscy kapitanowie zebrali wodę z mórz i oceanów, zmieszaliśmy ją w specjalnym pucharze i zamurowaliśmy w pomniku. Ta woda symbolizuje teraz prochy marynarzy, którzy nie powrócili z morza. Głównym celem Ligi jest edukacja morska oraz kształtowanie świadomości morskiej społeczeństwa, zwłaszcza młodzieży. Naszym zadaniem jest udowodnić kolejnym pokoleniom Polaków, że morze rzeczywiście żywi i bogaci. Już Stanisław Staszic w 1790 roku głosił: hasło Trzymajmy się morza! Siłą Ligi jest harmonijne łączenie ponad 100-letniej tradycji i własnych doświadczeń z nowoczesnością. W 1996 roku Liga Morska, wymyśliła Flis Odrzański. Była to jedna z najbardziej cennych inicjatyw Ligi w całej historii tej organizacji. My, odrzańscy społecznicy, jesteśmy bezpartyjni walczymy o Odrę Bezpieczną, Turystyczną i Transportową. Niektóre z moich ciekawych ligowych wojaży chciałbym teraz jakoś opisać, ale wiem, że wszystkich nie da się tu zmieścić. Na przykład, bardzo ciekawą podróżą był tak zwany Flis Papieski i związana z nim historia tronu papieskiego. Otóż w 1999 roku podczas, papieskiej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, flisacy z Ulanowa postanowili uczcić ten fakt specjalnym spławem. Zbudowali więc tratwę, płynąc Sanem i Wisłą, trasą Jarosław – Ulanów – Sandomierz – Zawichost. Naturalnie, byłem z nimi. W Sandomierzu wszyscy mieliśmy ujrzeć Papieża, któremu flisacy przywieźli tron, wyrzeźbiony z czarnego dębu, na wzór tronu papieskiego z Rzymu, tego z Bazyliki św. Piotra. Wybrałem się do Sandomierza, żeby witać Papieża z moimi flisakami. Pielgrzymka była wspaniałym przeżyciem. Papież był już bardzo zmęczony, miał plaster na czole, bo dzień wcześniej upadł. Na dodatek dławił nas piekielny upał, tak na oko: 36 stopni. Tymczasem, aby dotrzeć do ołtarza należało przejść jeszcze 10 kilometrów. Po tym spacerze mój biały mundur wyglądał, jakbym przed chwilą wyszedł z rzeki. Ale potem ujrzałem rycerzy, całkowicie zakutych w zbroje, nieruchomo tkwiących w pełnym słońcu. - Jezu! – pomyślałem – Jak oni w tych puszkach wytrzymują? Po pielgrzymce flisacy dowiedzieli się, że Papież ich prezentu do Rzymu nie zabrał, tron pozostał u biskupa sandomierskiego. Z miejsca rozpętały się straszliwe dyskusje. Czyżby biskup nie dał tronu Papieżowi? Niektórzy postanowili odebrać tron i piechotą zanieść do Rzymu. Spory były tak wielkie, że flisacy postanowili przepytać biskupa. Ten wytłumaczył, że nie wszystkie prezenty papież zabiera. W chwilę potem wyjął fotografię, która pokazywała Jana Pawła II, siedzącego na flisackim prezencie czyli na tronie podczas obiadu w Kurii. Mimo tego, flisacy odebrali tron biskupowi, stawiając go potem w swoim kościółku w Ulanowie. Stoi tam teraz, jak relikwia, pod ołtarzem Św. Barbary, ze zdjęciem Papieża w tle. Nikt nie śmie na nim siadać.