wtorek, 4 stycznia 2022
CHRZEST MORSKI
CHRZEST MORSKI
Na suficie mojej Kapitańskiej Tawerny jest wiele certyfikatów i dyplomów. Są dyplomy moje nagrody z konkursów literackich i wiele innych. Wśród nich są morskie dyplomy potwierdzające odbyte rejsy mojej rodziny- żony Krystyny, córki Magdaleny i syna Radosława. Ale jest też Certyfikat „Chrztu Morskiego” mojej żony Krystyny.
W 1975 roku na m/s „Generale Świerczewskim” popłynęliśmy do Brazylii Mangaratiba i była wycieczka do Rio de Janeiro. Płynęła ze mną wtedy moja małżonka Krystyna. Przecinaliśmy więc równik i nadarzyła się okazja, żeby Ją ochrzcić. Ja byłem już dawno ochrzczony w 1967 roku na m/s „Szczawnicy” w podróży do portów Afryki, dlatego teraz mogłem, to ja między, innymi dokonać tego tradycyjnego obrzędu. Albowiem zgodnie z odwieczną marynarską tradycją, przekraczając równik należy ochrzcić tych, którzy go po raz pierwszy przekraczają, czyli Neofitów.
Do dziś pamiętam smak cuchnącej borowinki, gdyż do beczki wsadzono mnie dwa razy i w dodatku głową w dół. Zadbano, abym zassał kilka łyków. Pamiętam ból umęczonego brzucha, gdy ściągnięto mnie z masztu. Wisiałem tam dłuższy czas na pasie strażackim, przełamany jak scyzoryk, zażywając „górskiego powietrza”. Jednak teraz z dumą noszę nadane mi wtedy morskie imię Orion.
Potem wiele razy sam chrzciłem innych, a będąc kapitanem organizowałem Chrzty Morskie.
Tym razem jednak na „Generale Świerczewskim” byłem drugim oficerem i pełniącym obowiązki lekarza. Dlatego na Chrzcie Morskim wystąpiłem jako lekarz, a sanitariuszem był steward.
A było jak tradycja ceremoniału nakazuje:
Już na tydzień przed równikiem po ogłoszeniu, że odbędzie się Chrzest Morski, załoga podzieliła się na dwie grupy - już ochrzczonych, czyli prawdziwych marynarzy, oraz Neofitów pozbawionych czci i honoru kandydatów na marynarzy.
Dla tych ostatnich rozpoczął się teraz gorący okres przygotowań do doniosłej w marynarskiej karierze ceremonii. Neofici dręczeni byli wizjami okrutnych prób, jakich mogą oczekiwać, a które załamałyby niejednego Rambo.
Na szotach pojawiła się bogato ilustrowana i wierszowana korespondencja między Neofitami a Świtą Neptuna. Diabły Neptuna opisywały, co to zrobią ze Wstrętnymi Neofitami. Oni zaś odpowiadali butnie, że niczego się nie boją, chociaż w gaciach mają już pełno. Wszyscy uczestniczyli w przygotowaniu stosownych strojów, dekoracji i narzędzi tortur. Świta tworzyła reżyserię ceremonii, rozdzielała role, które każdy sam musi przygotować. Neofici, przykładając się przy produkcji insygniów władzy Neptuna, czy też garderoby Lucyfera i diabłów, mieli cichą nadzieję zjednania sobie łask. Starali się ocieplić koleżeńskie stosunki z Lekarzem, Fryzjerem, Diabłami niespotykaną dotychczas grzecznością i uczynnością.
Wszystkie te starania okazują się jednak daremne i niezauważane przez nikogo ze Świty Neptuna.
Status Wstrętnego Neofity czyni płonnymi nadzieje na odrobinę choć protekcji z ich strony. Zatrważające wizje okrutnych zabiegów „lekarskich” i „kosmetycznych”, jakie czekają Neofitów, czy też perspektywa degustacji „specjałów” ze stołu biesiadnego Neptuna, przyprawia ich o swędzenie skóry, odruchy wymiotne i palpitacje serca. Strach pogłębia
zbiórka gipsu przez Lekarza, który jakoby szykowany jest na ewentualne złamania, które - jak wieść niesie – zdarzają się podczas chrztów bardzo często. Neofici zaczynają jeść posiłki samotnie, z dala od Diabłów, niekiedy przenoszą się nawet na polerek. Niestety, odwrotu nie ma. Chcąc wejść do grona Braci Marynarskiej i stać się jej godnym, trzeba poddać swą osobę wyszukanym zabiegom, hartującym Duszę Marynarza i przysposabiającym jego ciało do trudów morskiego żywota. Chrzest Morski, uświęcony tradycją ceremoniał marynarski, uczył i uczy świeżo przybyłych na morze respektu i pokory wobec nieokiełznanych sił przyrody
i pozwala zrozumieć, jak w obliczu potęgi żywiołu marnym okruchem jest człowiek, nawet ze swym nowoczesnym, stalowym i nafaszerowanym elektroniką statkiem!
Ale oto zbliża się już czas Wielkiej Próby. Opowieści, jak to bywało podczas innych chrztów, umiejętnie podwyższają napięcie i tak już sięgające zenitu.
Wcześniej nadano Neofitom brzydkie imiona, które – wywieszone na korytarzach napawają czytających prawdziwym obrzydzeniem. Są tak wstrętne, że nie sposób ich tu przytoczyć. Zhańbieni w ten sposób Neofici, dostępują jednak zaszczytu stawienia się przed oblicze
Świty Neptuna, w celu złożenia podań i prezentów, które powinny wyjednać zmianę brzydkiego imienia na godniejsze. Ubiegający się podpiera podanie prezentem, mającym dopomóc w przekonaniu Neptuna i jego wysłanników - Pirata, Trytona i Diabłów - o jego zasadności.
Jednocześnie Czcigodne Gremium poddaje Neofitów sprawdzianowi z wiedzy ogólnej oraz znajomości marynarskiego fachu, a także bada jego uzdolnienia artystyczne.
Podania bywają więc i takie jak np. było moje:
- „Dostojny Rexie i Najczcigodniejsza Świto!
Zwracam się do Was, a szczególnie do Ciebie Najjaśniejszy z Jasnych, Najpotężniejszy z Potężnych, Najmądrzejszy z Mądrych. Wejrzyj łaskawie swym wszystko widzącym okiem na mą nędzną kreaturę Wstrętnego Neofity. Tenże Wstrętny Neofita, najniższy ze sług Twoich,
jakże jednak Ci wierny i oddany, na korabiu tym rzucony gdzieś pośród bezmiaru Twego Królestwa, ma czelność błagać Cię...O Wielki wybacz!
Zechciej łaskawie z mej marnej persony, hańbiące piętno Wstrętnego Neofity zetrzeć, przychylając się do prośby o zmianę imienia mego „Gwiazdo Jebek”, szlachetnego
wprawdzie – bo nadanego przez Twą Wspaniałą Świtę – na szlachetniejsze i jeszcze głośniej sławiące Twe Wielkie Imię.
Dostojny Rexie, imię Orion - rycerz nieba - godnie bym nosił i dzielnie bronił Twego Królestwa. Upraszając Twej łaski o zaliczenie do Grona Braci Marynarskiej, wiedz zarazem,
jak głębokim szacunkiem darzę Ciebie i Twą małżonkę Prozerpinę, czego wyrazem niech będzie ten skromny Bukiet, jaki składam za Twoim przyzwoleniem i pośrednictwem u jej stóp. Twój uniżony sługa Wstrętny Neofita „Gwiazdo Jebek”.
Tak zredagowane podanie oraz wyskokowy prezent (bukiet)– buteleczka!
– Bukiet, składa się u stóp Prozerpiny, gdyż serce kobiet zawsze jest łaskawsze dla marynarzy. W ten sposób delikwent zjednuje sobie Neptuna i Świtę, dostępując
zaszczytu stemplowania.
Wieczorem, po zachodzie słońca,
Neofici zostają zebrani na pokładzie pod siatką i ochłodzeni morską wodą z węża pożarowego. Przy akompaniamencie dzwonów, gongów i statkowej syreny, ze siatki za burtą
wyłania się Orszak Świty Neptuna. Idzie pokładem głównym od dziobu, pod przewodnictwem Trytona, w blaskach niesionych pochodni. A diabły, pod dowództwem Lucyfera, straszliwie wtedy wyją! One właśnie i Pirat wyciągają z pod siatki kolejnych Neofitów, rzucając ich na kolana, a potem ciągną przed oblicze Trytona. Diabły chłoszczą
nieszczęśników ogonami, odbywając czasem krótką przejażdżkę na ich grzbietach. Stempel, stanowiący dowód dopuszczenia do chrztu, przystawia Pirat na czole, piersiach, plecach, no i tam, na czym zwykle się siedzi.
Każdy ostemplowany Neofita otrzymuje jednocześnie zadanie do wykonania na noc. W zależności od dotychczasowego sprawowania, Neofici otrzymują polecenia o zróżnicowanym stopniu trudności. Począwszy od spania na podłodze z butem przy policzku, aż po sen na kolanach w łazience ze sraczykiem pod głową.
Zlekceważenie poleceń jest uznane za brak czci należnej Świcie Neptuna. Sprawdzaniem tego wszystkiego zajmują się w nocy Diabły.
Nazajutrz nadchodzi wreszcie tak „upragniony” przez Neofitów dzień. Na pokładzie, przy ryku syreny statkowej, pojawia się Neptun z Małżonką i Świtą, a także Kapitan statku. Następuje uroczyste przekazanie władzy w ręce Neptuna, po czym Kapitan w dowód uznania zostaje odznaczony Wielkim Krzyżem Morskim.
Pamiętam, gdy już byłem Kapitanem, Neptun odznaczając mnie stwierdził:
- Słyszałem, że załoga Cię chwali,
bo się dobrze trzymasz na fali.
Kapitan częstuje winem, wita Neptuna, całuje rączki Prozerpiny i zaprasza wszystkich na statek.
Wysokie Gremium zasiada za honorowym stołem, a Diabły gonią Neofitów pod rozpostartą na pokładzie siatkę – czyli do Piekła- polewają ich tam morską wodą, podrzucając zgniłe jaja, żeby im „uprzyjemnić” oczekiwanie przed chrztem. Diabły kolejno wyciągają Neofitów z pod
siatki, rzucają na kolana, zakładając im na szyję dwudziestokilową szaklę. Potem jadą na nich wierzchem, waląc ogonami.
W ten sposób docierają do kolejnych stanowisk torturowania.
Najpierw Neofitę musi przebadać Lekarz. Wyleczyć go, żeby całkowicie zdrowy mógł stanąć przed obliczem Neptuna. Lekarz z Sanitariuszem rzucają pacjenta na Madejowe Łoże, z którego sterczą śruby i kapsle po piwie.
Tam wiążą go łańcuchami i rozpoczynają badanie. W jego trakcie rozpoznają u pacjenta wiele chorób i aplikują mu natychmiastową terapię. Garbusów wałkują kanciastym, obitym kapslami, wałkiem, żeby im wyrównać garba.
Głuchych podłączają do rogu mgłowego, żeby im przedmuchać bębenki. Taka próba poruszyłaby przysłowiowy pień drzewa, a co dopiero człowieka.
Erotomanom aplikują tabletki antykoncepcyjne, ciężko je przełknąć, bo są śmierdzące, ale jest przecież napój do popicia, też zresztą cuchnący. Płyn ten, w połączeniu z tabletką, może doprowadzić trzewia Neofity do wywrócenia na lewą stronę, co tym samym gwarantuje
usunięcie źródeł zakażenia, nabytych wraz z pokarmem mniej więcej w okresie niemowlęcym.
Oczywiście, nie może obejść się bez baniek, które jak wiadomo są sprawdzonym przez ludową medycynę środkiem leczniczym. Jednak w wydaniu morskim bańki różnią się nieco kształtem od lądowych. Są to po prostu gumowe przepychaczki do zlewów i kanalizacji, dodatkowo maczane w różnokolorowych farbach olejnych.
Niedorozwiniętym aplikują inhalacje odświeżające mózg, zarzucając im na głowę specjalnie skonstruowany inhalator.
Wielu ma choroby weneryczne i hemoroidy, więc smaruje się ich z przodu i z tyłu towotnicą. Nerwowym sanitariusz aplikuje krótkie wstrząsy elektryczne, podłączając do induktora. Dobry Lekarz rozpoznaje jak najwięcej chorób, wszystkie wyleczy, a na kurację kieruje do sanatorium.
Należy dodać gwoli rzetelności, że jak przystało na Gabinet Lekarski, wszystkie zabiegi przeprowadzane są przy zastosowaniu znieczulenia. Ma ono kształt pokaźnych rozmiarów młota, którym sanitariusz uspokaja cierpiącego w ten sposób, że wali go potężnie w łeb.
Wiadomo, że w sanatorium aplikuje się borowinki, więc Diabły ciągną delikwenta do beczki z borowinką i zanurzają po szyję w czarnej, cuchnącej cieczy. Płyn ten spełnia jednocześnie kilka funkcji. Usuwa oznaki reumatyzmu, dezynfekuje, oczyszcza organizm z niedawno zjedzonego obiadu i oczywiście, hartuje ogólnie Neofitę.
Kiedy już odmoknie, Diabły zabierają go do Rekina.
W tym siedmiometrowym worku, uszytym z brezentu, czekają go niespodzianki: ślizga się w czarnym smarze oraz jeździ na rozrzuconych śrubach i kapslach od piwa. Diabły utrudniają mu przeczołganie się przez Rekina, dosiadając go i lejąc z węży strumienie wody, kierowane z obu stron worka. Oblepionego czarną mazią i opitego morską wodą, wyciągają potem pół
żywego na maszt, ażeby dotlenił się „górskim powietrzem”.
Wisi tam na strażackim pasie i bywa, że Diabły o nim zapominają.
Zdrowy nareszcie Neofita może już zostać skierowany do Salonu Piękności.
Tam Fryzjer ma go wypięknić, aby mógł stawić się przed obliczem Neptuna.
Bywa jednak, że Neofita nagle zasłabnie i Lekarz zabiera go na powtórne leczenie.
W końcu całkowicie już zdrowy Neofita zasiada wygodnie w fotelu fryzjerskim, wyposażonym w sterczące śruby.
Mistrz fryzjerstwa, wspierany przez pomocnika, na wszelki wypadek przywiązuje klienta do fotela, zarzucając mu na szyję deskę klozetową. Potem moczą mu nogi w specjalnym płynie do usuwania odcisków i pozostałości reumatyzmu, który gwarantuje powodzenie pedicure.
Klient ma też możliwość lektury licznych haseł reklamowych Salonu Piękności.
Są tu między innymi takie:
- Od dziś golę na dole,
Gdy się zjawisz u Fryzjera,
będziesz piękny jak cholera.
Klient nasz pan, dlatego Fryzjer aplikuje mu pełny zestaw zabiegów, a więc pedicure, manicure, masaż, a także fryzurę na życzenie, łącznie z punkową. Utrwalają jej kształt
szampony ze zgniłych jaj. Zaś cerę poprawiają różnorakie maseczki pudrowane mąką. Przyszli kapitanowie otrzymują gratisowo cztery paski, malowane na ciele farbą olejną.
Tak wypiękniony Neofita musi jeszcze zjawić się u Astrologa, gdzie należy wykazać się umiejętnością liczenia gwiazd, mając głowę wsadzoną do wiadra z wodą. Astrolog
odczytuje w gwiazdach przyszłość Neofity i stawia mu Horoskop.
Wysłuchawszy przepowiedni Astrologa, Neofita z dwudziestokilową szaklą na szyi, rusza na kolanach do stóp małżonki Neptuna Prozerpiny. Oddając wyrazy szacunku, całuje Wielki Palec jej stopy oraz artystycznie wykonaną niewątpliwą oznakę kobiecości.
Ci z delikwentów, którzy szczególnie przypadną Prozerpinie do gustu, dostają w nagrodę do wylizania patelnię ze starym, zjełczałym tłuszczem. Wreszcie Neofita staje przed obliczem Jego Wysokości Neptuna Rexa, który zaprasza go do degustacji specjalnie przyrządzonych kanapeczek i napojów wyrywających wnętrze żołądka.
Niejednemu Neoficie kanapeczka powraca. Niezbędna jest wtedy interwencja Lekarza, który chorego zabiera znowu do Gabinetu Lekarskiego.
Jednakże nieprzyjęcie poczęstunku mogłoby być poczytane za obrazę Czcigodnej Świty. Zdesperowany, przełamując odruchy obronne organizmu, Neofita przełyka więc kanapkę i jednym haustem wypija zalatującego śledziem drinka.
Ostatnią próbą zmaltretowanego Neofity jest wykazanie się przed Wysoką Świtą pokazanie zdolnościami artystycznymi. Musi zaśpiewać, powiedzieć wierszyk bądź zatańczyć.
Wydawałoby to się proste, ale nie dla kogoś, który przeszedł tyle prób i nie widzi, gdyż oczy zalewa mu czarna maź, nie słyszy po próbie słuchu, żołądek wyrywa mu się za burtę i jest zupełnie wyprany z sił.
W moim przypadku, udało mi się wydukać jakiś wierszyk i odpowiedzieć na pytania Świty.
Wreszcie poczułem uderzenie Trójzębem i usłyszałem słowa Neptuna
- Widząc Lico twe zmartwione,
zwię Cię Bratku więc Orionem.
W chwilę później żołądek dokonał samooczyszczania i w ten sposób na własne oczy ujrzałem opuszczające mój organizm szczątki Wstrętnego Neofity.
Całe szczęście, było to już na osobności i umknęło uwadze Lekarza. W przeciwnym przypadku z pewnością wylądowałbym znowu w Gabinecie Tortur.
Uroczystość dobiegła końca
Gdy wreszcie moja małżonka dotarła do Astrologa, wyjął lupę, spojrzał w gwiazdy, po czym wiele nie dumając, ryknął Jej w ucho.
Dumnie patrzysz w niebo
Bądź Boginią miłości
Wenus Twoje imię
Ku męża radości!
Radości w małżeństwie nie było przez następne trzy dni, bo moja małżonka była na mnie obrażona, za okrutne (wg niej) traktowanie. Co prawda, miała rany na kolanach po przejściu rekina i nie mogła zdrapać czarnej farby ze skóry, ale przecież nie siedziała w beczce i nie wisiała na górskim powietrzu, a kanapkę i popitkę po znajomości dostała zjadliwą.
Trzeba jednak przyznać, że dzielnie z zaciśniętymi zębami przeszła wszystkie tortury.
Tego samego dnia po zachodzie słońca na rufie odbywa się uroczystość wręczenia dyplomów tym wszystkim, którzy przetrwali wszelkie próby i zostali prawdziwymi Wilkami Morskimi. Przy stole biesiadnym zasiedli wszyscy jedząc, pijąc i swawoląc.
Ja też tam byłem. Trochę zjadłem i wypiłem, Ważne, że się zabawiłem, Wszystko co widziałem, Szczerze Wam opowiedziałem.
A żona nabrała do mnie większego szacunku i rozchmurzyła się!
Dumna była, że przeszła „Chrzest” jest teraz prawdziwym marynarzem, cieszyła się podróżą jak marynarz, a szczególnie ucieszyła się wycieczką do Rio de Janeiro.
BULAJ
BULAJ
Zamustrowałem jako kapitan na małego cementowca, na którym nieszczęścia „chodziły parami”.
Odebrałem, m/s „Cemmo” na doku w Gdyni, gdzie leczył rany w dziurawym dnie po mieliźnie na angielskiej rzece Humber. Po remoncie ruszyliśmy znowu na morze i rozsypał się worek nieszczęść. Najpierw duński pilot w Ålborgu wpakował statek na róg nabrzeża i zrobił dziurę w lewej burcie na dziobie.
Później ładowaliśmy cement, który sypano wężem prosto z cementowni.
W pewnej chwili urządzenie pękło. Rozległ się huk, a nasz statek został pokryty trzydziestoma tonami szarego proszku. Załoga rzuciła się do spłukiwania, bo gdy cement stwardnieje, trudno go usunąć. Zajęło to trochę czasu, więc zabrałem się do reperowania dziury i wymiany zardzewiałych wręgów, których nie wymieniono w Gdyni.
Potem popłynęliśmy do Anglii, na tę słynną rzekę Humber, która miała nas zaprowadzić do Goole. Załadowani byliśmy cementem do pięć i pół metra zanurzenia, bo na tyle pozwalała rzeka. Dostałem angielskiego pilota, który zaczął robotę od poprawiania mojej mapy.
- Captain – powiedział, pukając palcem w mapę – Na tej rzece nigdy niczego nie można być pewnym. Proszę, tej oto wyspy już nie ma! Powstała nowa! Nie wiemy też, jaki naprawdę jest stan wody.
O, teraz miało być tutaj sześć metrów, a jest pięć i pół. Możemy więc zaryć w dno...
Włosy stanęły mi dęba. Dobrze bowiem pamiętałem krzyki starego kapitana w Gdyni, który wołał, że nigdy już nie popłynie na rzekę Humber. Tymczasem szorowaliśmy dnem po mule, a „Cemmo” źle słuchało steru. Bałem się coraz mocniej, zwłaszcza że przed śluzą w Goole trzeba było rzucić kotwicę na silnym prądzie, obrócić statek i rufą płynąć w górę rzeki. Pilot nadal narzekał.
- To właśnie tu „Cemmo” wpadło wcześniej na mieliznę. Popękało dno i woda dostała się do ładowni z cementem. Myśleliśmy, że statek jest stracony. Mieliśmy przechył ponad trzydziestu pięciu stopni na burtę. Okropnie to wyglądało...- opowiadał Chief Oficer.
Tym razem jednak się upiekło.
Szczęśliwie zacumowaliśmy, wyładowaliśmy cement, a potem przeholowaliśmy na inne nabrzeże, pod załadunek. Trudno uwierzyć, ale tym ładunkiem okazał się znowu cement do Danii, przecież przywieźliśmy tu cement z Danii. Teraz mieliśmy go zawieźć do Korsør w Danii, gdzie miał być użyty do budowy słynnego mostu przez Wielki Bełt.
Ruszyliśmy w powrotną podróż i wszystkie strachy powróciły. Znowu byliśmy załadowani do pięć i pół metra, a statek szorował dnem po mule. I, oczywiście, nie chciał słuchać steru. Celowaliśmy w otwartą śluzę, a statek popędził w prawo, prosto na wrota śluzy.
- Cała wstecz! – ryczał pilot.
- Odbijacze! – krzyczałem na dziób.
W efekcie pogięliśmy sztyce relingu na tych wrotach. Musiałem potem załatwiać sprawę z kapitanem śluzy, co kosztowało mnie butelkę whisky.
Przed północą zaczęliśmy opuszczać śluzę. „Cemmo” znowu szorowało brzuchem po dnie i nie przejmowało się sterem. Tuż za śluzą złapał nas silny prąd i pognał bokiem rzeki. Chciałem statek wyprostować, ale się nie udawało.
Maszyna dyszała na full i nie mogła sobie poradzić z prądem. Próbowałem przytrzymać dziób rzuconą kotwicą, lecz też nie pomogła. Po kilku minutach utknęliśmy na mieliźnie.
Pilot usiłował z niej zejść, ale bez sukcesów. Silny prąd wpychał statek coraz dalej na piach. Odpływ zabierał spod brzucha te resztki wody, jakie tam jeszcze pozostały.
Po godzinie stało się jasne, że utknęliśmy na dobre. Mieliśmy pewną szansę na wysokiej wodzie, ale ona miała nadejść dopiero za dwanaście godzin. Holownika w tych stronach nie było i nikt nam nie mógł pomóc. Wezwałem Chiefa.
- Trzeba mierzyć balasty i zęzy, żeby znowu nam nie popękało dno – powiedziałem przygaszony. – Gdy woda dostanie się do cementu, zostaniemy tu na zawsze…
- Na szczęście przechył jest tylko siedem stopni – odrzekł Chief...
- Oby tylko się nie zwiększył...
Nad ranem wróciła nadzieja. Woda zaczęła przybierać, a nawet przypłynął holownik z dalekiego Hull. Natychmiast przywiązaliśmy go do rufy. Szarpnął tak ostro, że omal nie wyrwał polerów. Woda rosła, a holownik ciągnął. W ten sposób znowu dopisało nam szczęście. Kiedy znaleźliśmy się na głębokiej wodzie, nareszcie odetchnąłem. Ale też poczułem, że tej nocy przybyło mi wiele lat. Wyczerpany i zdruzgotany usiadłem w kabinie nad papierami. Nagle zapukał superintendent armatora, kapitan George.
- Nie martw się, captain! – zawołał wesoło. – Kiedyś pływałem na tym statku po tej cholernej rzece. I trzy razy siedziałem na mieliźnie!
Bez kłopotów wyładowaliśmy cement w Korsør. Byłem dumny, że mamy swój udział w budowie tak niezwykłego mostu przez Bełt. Z tym uczuciem pojawiliśmy się w Ålborgu, gdzie załadowaliśmy cement. A tam okazało się, że „Cemmo” znowu popłynie rzeką Humber.
Kiedy pojawiliśmy się w jej pobliżu, na pokład weszło dwóch pilotów. Od razu powiedzieli, że w Goole jest za mało wody i dlatego wyładujemy cement w Immingham. Nie powiem, żeby mnie to zmartwiło. Potem szczęśliwie przeszliśmy wszystkie śluzy i już odtrąbiłem zwycięstwo. Niestety, rzeka Humber wyraźnie nam nie służyła.
Otóż jeden z pilotów był uczniem i jego przełożony uczył go zawodu. Tak manewrowali statkiem przed zacumowaniem w Immingham, że manewr trzeba było powtarzać. Skląłem ich zdrowo. Przepraszali i obiecywali poprawę. Podeszli znowu, no i walnęli dziobem „Cemma” w nabrzeże. Myślałem, że nic się nie stało, ale jednak kamienny blok nabrzeża lekko się przesunął. Po godzinie zapukał do mojej kabiny Kapitan Portu z listem obciążającym. Zatuszowanie sprawy kosztowało mnie kolejną butelkę whisky. No i trzysta funtów.
Następna podróż zapowiadała się spokojniejsza. Popłynęliśmy do Boulogne po cement dla szwedzkiego Ahus. Po drodze, jeszcze we Francji, skierowano nas do maleńkiego porciku rybackiego. Było ciasno, ale jakoś się zmieściliśmy. Odetchnąłem z ulgą i poszedłem zwiedzić okolicę. Było pięknie, słonecznie. Czułem, że odpoczywam. Ledwie jednak wróciłem na statek, okazało się, że Pierwszy Mechanik miał atak kamieni nerkowych i trzeba go było wysłać karetką do szpitala. Rano wyszliśmy w morze, bez mechanika i usłyszałem przez radio, że gdzieś tu sterczy na dnie nowy wrak, a wody nad nim tylko trzy i pół metra.
Rzuciłem się do ukaefki i poprosiłem stację Gris Nez o podanie pozycji wraku. Nagle zrozumiałem, że ów wrak jest tuż przed dziobem „Cemma”! Dałem w ostatnim momencie „lewo na burtę” i jakoś przeszliśmy. Spocony z emocji, zawołałem Chiefa.
- No i co jest, panie Chiefie!? – zacząłem go rugać. – Miał pan sprawdzić ostrzeżenia nawigacyjne! O mały włos wleźlibyśmy na wraka!
- Sorry, panie Kapitanie - tłumaczył się Chief. – Miałem dużo roboty, koniec załadunku, rozliczanie, manewry, rozumie pan?
Nie dość było emocji jeszcze sztorm na Morzu Północnym rozbił nam drzwi do nadbudówki i woda zalała kabiny. Załoga w dolnych kabinach pływała i wybierała wodę wiadrami.
W Ahus dostaliśmy nowego Mechanika. Okazał się nim Mirek. Znał ten statek, pływał na nim i wszystko wiedział. Na początek jednak musiał odwiedzić tutejszy szpital, ponieważ właśnie przyjechał po operacji palca u nogi.
A „Cemmo” czuwało. Przy rozładunku walnął jeden z łańcuchów i nie można było wyładować drugiej ładowni. W pośpiechu zajrzeliśmy tam, nic nie widać, w powietrzu unosił się cement. I jak tu działać?
- Panowie! – powiedziałem do marynarzy. – Sytuacja jest poważna.
Aby oczyścić tor łańcucha, musimy przerzucić łopatami około stu ton cementu.
Nikt za nas tego nie zrobi. Damy radę?
- Damy! – krzyknęli marynarze, a ja z trudem zachowałem wzruszenie, bo wiedziałem jak długo będą musieli oddychać cementem.
- Pracujemy na zmianę – orzekłem. - Po dziesięciu minutach piątka wychodzi na powietrze, a wchodzi drugi zespół. Zgoda? Potem kopaliśmy cement w ciemnościach przez dwadzieścia godzin bez przerwy, a ja razem z załogą. Mimo papierowych maseczek, mieliśmy płuca zacementowane na amen. Temperatura w ładowni sięgała czterdziestu stopni ciepła.
Po dwudziestu godzinach mieliśmy naprawdę dosyć. I wówczas odkopaliśmy zerwany łańcuch, a mechanicy mogli go wreszcie zreperować.
Armator podziękował na piśmie, ale o pieniądzach jakoś zapomniał.
Dobrze chociaż, że kupił do mesy nowy telewizor.
Miesiące wspólnych niebezpieczeństw przywiązywały mnie do tej dzielnej załogi. Marynarze również jakoby mnie polubili. Podczas pożegnania w mesie dostałem od nich prezent.
Przydźwigał go Pierwszy Mechanik, Mirek.
- Co to jest? – zapytałem.
- Odwiń papier...
Był to wspaniały, stary bulaj, który został odpucowany przez załogę do pierwotnego koloru. Stałem olśniony i – co tu gadać – silnie wzruszony.
- Skąd go macie? – zapytałem, aby coś powiedzieć.
- Wycięliśmy z „Cemma”. Zaspawaliśmy, zamalowaliśmy i nic nie widać…, Armator w ogóle nie zauważy!
- O Boże! – jęknąłem – Armator wypieprzy nas na pysk...
Wróciłem do domu, do Szczecina, a ten bulaj z „Cemmy” ze mną. Powiesiłem go w mojej Tawernie.
W ten sposób miałem znowu wspomnienie mojego statku przez cały czas. Najwyraźniej nie było mi sądzone pełne rozstanie z „Cemmą”. Bo po dwóch tygodniach zadzwonił telefon.
Dzwoniła żona Starszego Marynarza Zbyszka z „Cemmy”. Płacząc wydukała, że jej mąż jest w szpitalu.
- Dlaczego!? Co się stało!?-wykrzyknąłem.
- Na „Cemmie” był wybuch. Mirek zginął. Mój mąż jest ranny... Proszę dzwoń do szpitala w Holandii.
Znowu byłem z moją załogą, lekarzami i rodzinami. Na telefonie starałem się pomóc, tłumaczyć, przekazywać informacje.
Na pogrzebie Mirka pojawiło się kilku marynarzy z „Cemmo”.
Ze łzami w oczach kładłem wieniec na grobie. Okazało się, że w holenderskim porcie nagle pod bakiem zapaliły się kompresory. Wchodzili tam w stroju strażaka dwa razy, aby odciąć paliwo. Próbowali gasić. Ale nie wyszło. Wtedy Mirek ze Zbyszkiem wskoczyli na bak i zakrywali odpowietrzenia, aby odciąć dopływ powietrza. Mirek zamykał klapę włazu, Zbyszek zakrywał odpowietrzenia.
Wybuch był tak potężny, że wywalił w burcie wielometrową dziurę. Mirek zginął na miejscu, Zbyszek wyrzucony w powietrze, spadł na windę kotwiczną i został inwalidą.
Wychodząc ze cmentarza pomyślałem, że gdybym nadal był kapitanem na „Cemmie”, z pewnością byłbym wtedy z Mirkiem, bo zawsze przebywałem z załogą w trudnych chwilach. Czy przeżyłbym? Czy też leżałbym teraz pod ziemią?
Później dowiedziałem się, że „Cemmo” już nie pływa po rzece Humber.
W ogóle nie pływa. Także dla statku wybuch okazał się śmiertelny. Armatorowi nie opłacał się remont starej jednostki i zmienił ją na magazyn. A teraz Bulaj w mojej Tawernie przypomina dzielną załogę i nieszczęśliwy statek.
BRAZYLIA
BRAZYLIA
Za bulajem wabiło nas Recife, czyli dawne Pernambuco. Tak na oko, trzy miliony mieszkańców plus kilkukilometrowa panorama hoteli, ciągnących się nad plażą Praia Boaviajem, czyli Dobrej Podróży. Plaża rzeczywiście piękna, zaś hotele przeważnie czterogwiazdkowe. W nich to niezliczona ilość barów i restauracji, zapraszających turystów świetną muzyką. Gdzieniegdzie nocne lokale ze stripteasem, macumbą i lambadą.
Żyć nie umierać.
W dzielnicy portowej pozytywnie zaszokowała nas odrestaurowana stara dzielnica, zbudowana w połowie XVIII wieku przez Holendrów. Było to kiedyś centrum handlowe, przekształcone z czasem w dzielnicę burdeli. Aż wreszcie miasto zdecydowało się wygonić panienki i odbudować stylowe, bogato zdobione, czteropiętrowe kamienice. Kiedy wszystko było gotowe, domy zostały przekazane biznesmenom. W ten sposób zagościły tu liczne urzędy, zmieściło się też biuro naszego Agenta. Najwidoczniej jednak jakieś echa dawnych dobrych czasów w odrestaurowanych murach pozostały, bo któregoś wieczoru - wracając na Rataja – wpadliśmy na mały bar San Francisco, brudniejszy od Brudnego Wacka.
Dziewczyny były tam brzydkie, jak noc. Ostatni sort. Pijane i nabuzowane narkotykami tańczyły wprost na ulicy, a wśród nich jedna z gołym brzuchem, chyba w dziewiątym miesiącu ciąży. Wszystkie te czarownice natrętnie namawiały nas na miłość.
Z dużym wahaniem usiedliśmy przy stolikach na ulicy, aby wypić po piwie. Ale strach nam jeżył włosy, bo nawet pić ze szklanki było tam niebezpiecznie. AIDS latał w powietrzu! Nagle zauważyliśmy, że w stronę tego całego bałaganu zezuje z daleka brazylijska policja konna. Szybko złapaliśmy taksówkę i – myk, myk! - na statek. Lepiej być z daleka od takich zdarzeń.
Któregoś upalnego popołudnia odwiedzili nas żeglarze z polskiego jachtu Antica, stojącego w marinie lokalnego Klubu Żeglarskiego. Był wśród nich Jerzy Wąsowicz, dowódca i właściciel jachtu oraz Andrzej, mechanik a zarazem kucharz. Pływali już po świecie cztery lata. Wyruszyli z Gdańska. Potem zaliczyli całe Morze Śródziemne i ruszyli na Stany. Następnie rzekami – Mississippi! - dotarli do Zatoki Meksykańskiej i dalej – na Karaiby. Potem mieli Kanał Panamski i oceaniczną Polinezję, gdzie spędzili dwa lata. Dopłynęli do Australii, a następnie Papui i Indonezji, miejsca dzikie, że aż strach. W końcu tego gigantycznego żeglowania pojawił się Ocean Indyjski i południowoafrykański Kapsztad. Jeszcze skok przez Atlantyk i – Recife!
W Kapsztadzie zabrali na jacht małżeństwo Anglików, przygotowujące się do rejsu dookoła świata, swoim własnym jachtem.
Polacy zaprosili nas na Anticę, stary kuter rybacki, który w kraju przysposabiali do dalekich podroży aż przez dziesięć lat.
Poszliśmy. Atmosfera spotkania była przepiękna. Popijaliśmy, tańcowaliśmy, opowieści nie chciały się kończyć. Na widok polskiego chleba i kiełbasy, jakie przynieśliśmy w darze, gospodarze ucieszyli się, jak dzieci. W spotkaniu brał udział Klemens Grzegorski, kapitan Bona Terry, szczecińskiego jachtu, zacumowanego w tej samej marinie. Zasiedzieliśmy się, bo mrożących krew w żyłach opowieściom nie było końca. Przy pożegnaniu, zaprosiliśmy gościnnych gospodarzy na Macieja Rataja.
Następnego dnia urządziliśmy na pokładzie tak zwany uroczysty szaszłyk. Były żeglarskie piosenki i ponownie niekończące się opowiadania. Marynarze i żeglarze to przecież jedna brać, rozumieją się zawsze. Więc żeglarze, ujęci nastrojem szaszłykowego spotkania, wpisali się do naszej księgi pamiątkowej. W finale pozostawili nam swojego kolegę Jana Borowika, artystę malarza, który dotychczas z nimi płynął, a teraz zapragnął wrócić do Europy naszym Maciejem Ratajem. Kiedy dzielni żeglarze z Antiki wypływali, pożegnaliśmy ich syrenami.
Antica wypłynęła na Karaiby, a my też się wreszcie ruszyliśmy, zmierzając na południe - do Rio Grande, a potem wreszcie do domu, a malarz po drodze z wdzięczności wymalował mi mój portret. Trochę na nim jestem czerwony, ale to widocznie od Smirnowa, którego piliśmy gdy mu pozowałem. Ten portret wiszący teraz w mojej Tawernie przypomina mi piękne chwile spędzone w Brazylii.
Kapitan Jerzy Wąsowicz po 14-tu latach w 2009 roku podarował mi w Gdańsku w swoją książkę: „ ANTICA SPEŁNIONE MARZENIA” , w której tak napisał:
„Jacht „Antica” wchodzi do portu. Szukamy dogodnej mariny i trafiamy do Cabanga Yate Club. Wypatrując dla siebie miejsca, manewrujemy w basenie. Na jednym z jachtów widać ożywiony ruch. Okazuje się, że to jest „Bona Terra” ze Szczecina, gdzie kapitanem jest Klemens Grzegorski, mój kolega z Piły. Podczas odprawy wejściowej dowiadujemy się, że oczekiwany jest w Recife polski statek „ Maciej Rataj”. Cieszy mnie ta wiadomość, być może uda się wykupić miejsce dla Janka na powrót do kraju. Następnego dnia widzimy na redzie „Macieja Rataja”. Wołamy go przez radio i umawiamy się w porcie. Wieczorem spotykamy się na „Macieju Rataju” z kapitanem Włodzimierzem Grycnerem ze Szczecina. Pierwsze rozmowy od razu okazały się owocne. Janek dostaje miejsce na statku i wygląda na to, że zwiedzi jeszcze kawałek Brazylii, ponieważ przed powrotem do kraju statek płynie po ładunek na południe, prawdopodobnie do Paranagui. Po tym spotkaniu jest rewizyta na „Antice” i kolejna na statku, gdzie gościnny kapitan wydaje pożegnalna kolację, są nawet płonące kabanosy. Szczęśliwie dla nas na statku odbywa swój „matczyny” rejs chrzestna m/s „Maciej Rataj”. Pani Krystyna Krzemińska”. Prosimy ją o opiekę nad naszym Jankiem w czasie podróży powrotnej do domu. Jankowi wyraźnie poprawiają się warunki socjalne. Otrzymuje obszerną kabinę po lekarzu okrętowym. Kamień spadł mi z serca, kiedy wszystko tak dobrze udaje się załatwić”.
Ogarnął mnie melancholijny nastrój, bo właśnie szły święta Bożego Narodzenia, moje ósme kolejne święta na morzu! Wyliczyłem, że Wigilia wypadnie gdzieś na wysokości Rio de Janeiro.
W pobliżu miał być w tym czasie polski żaglowiec Iskra, właśnie kończący wtedy swój rejs dookoła świata. Zamierzałem wywołać go na ukaefce, ponieważ miałem do niego sentyment. Otóż swego czasu płynąłem na pokładzie Iskry w charakterze opiekuna grupy dzieci, które znalazły się na morzu w nagrodę za zwycięstwa w rozmaitych morskich konkursach i olimpiadach. Sympatyczny Komendant Iskry, komandor Czesław Dyrcz, wpisał mi wtedy do książeczki żeglarskiej stanowisko - Dubler Kapitana, czym zawsze się szczycę.
W Wigilię załoga zasiadła przy wspólnym, bogato zastawionym stole. Szef kuchni zaserwował aż ćwierć setki wspaniałych potraw. Była też – jakżeby inaczej? – statkowa choinka. Po moich życzeniach, skierowanych do marynarzy i ich rodzin, motorzysta Łukasz odczytał fragment Ewangelii według Świętego Łukasza. Wzruszające życzenia złożyła nam mama chrzestna statku, pani Krzemińska, wręczając nam w prezencie Biblię.
Wielkie zdziwienie wszystkich wywołało pojawienie się na wieczerzy Świętego Mikołaja. Skąd na statku Święty Mikołaj? Przyleciał helikopterem? Czy też przyniosły go anioły? Wszystko się wyjaśniło, gdy zauważono przy stole brak mamy chrzestnej...
Mikołaj złożył pod choinką prezenty, po czym zasiadł – zasiadła? – Do ucztowania. We wspanialej atmosferze, obżerając się delikatesami, śpiewaliśmy kolędy do późnej nocy.
Tuż przed Sylwestrem dowiedziałem się od shipchandlera, nawiasem mówiąc Polaka, że w Rio Grande działa Polski Związek i Klub Orzeł Biały. Z jego pomocą, zaprosiłem więc reprezentantów klubu na nasz statek, który już stał wówczas w porcie. Na przyjęcie przybyło sześć osób, w tym dwóch prezydentów klubu z małżonkami. Jeden z nich, Polak, mówił słabo po polsku, a drugi, Brazylijczyk, był z kolei mężem Polki. Oprócz shipchandlera, który był panem w wieku 75 lat, a wyemigrował z Polski mając tych lat trzynaście - wszyscy pozostali goście urodzili się już w Brazylii. Mimo trudności w porozumiewaniu się, spotkanie przebiegło w nadzwyczaj sympatycznej atmosferze. Goście byli wręcz wzruszeni naszą gościnnością. Prezydent zaprosił załogę Rataja na bal sylwestrowy, jaki miał się odbyć w salach klubu Orzeł Biały.
Bal zaczynał się po północy, bo zwyczajowo wszyscy najpierw witali Nowy Rok w domu, a potem dopiero wybierali się na ów bal. Witaliśmy więc Nowy Rok trzy razy. Najpierw krajowy o dwudziestej pierwszej, potem brazylijski o północy, a trzeci już na balu, z całym tutejszym hałasem i ceremoniałem.
Do klubu wybrała się połowa załogi. Dech nam wszystkim zaparło, gdy ujrzeliśmy, że w olbrzymiej sali, nad którą królował Orzeł Biały, tańczyło dwa i pół tysiąca młodzieży. Prezydent, ten mówiący po polsku, z dumą oprowadzał nas potem po klubie, pokazując na piętrze wspaniale wyposażoną kręgielnię i klubowe biura. W gabinecie prezydenta, na czołowej ścianie królował obraz Matki Boskiej, z błędnym napisem – Matka Boska
Czenstochowska.
Okazaliśmy taki takt wobec błędu, bo nie wypadało zwracać uwagi sympatycznemu gospodarzowi. Bo może taki właśnie sposób pisowni powodował, że łatwiej było im wymawiać? Dlatego całą uwagę skupiliśmy na galerii stuletnich portretów pionierów, którymi obwieszone były ściany. Owi dzielni Polacy w odległej przeszłości zakładali klub! Zwiedziliśmy również starą bibliotekę, zawierającą prawdziwe białe kruki, były to książki przywiezione sto lat temu przez polskich osadników.
A potem już zanurzyliśmy się w szampańskiej sylwestrowej zabawie i suto zastawionym stole. Przyjmowano nas wszędzie bardzo gościnnie, a tańczyliśmy do białego rana. Wszakże najwięcej radości sprawił mi tej upojnej nocy pewien młody chłopak, który przyszedł do nas uściskać nas, powtarzając cały czas - Ja szczęśliwy bardzo mówić po polsku, ja Jaśniewicz!
Następne dni spędziłem na przyjęciach w pięknym domu reprezentacyjnego brazylijskiego piłkarza, no i oczywiście na rewanżowych przyjęciach na statku. Poznałem piękną wdowę Margaritę, która usilnie namawiała mnie na pozostanie w Brazylii. Serce jednak nie sługa, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
AFRICAN CAMELIA MATADI
African Camellia Matadi
Już drugi rok pływałem po portach zachodniej Afryki, wożąc zboże z USA.
Mój Amerykański armator Seabord miał tu swoje młyny rozsiane po wybrzeżu zachodniej Afryki.
Najpierw pływałem tu na „African Azalea”, a teraz przemusztrowałem na „African Camellia”.
Znowu Matadi był naszym kolejnym portem.
Mój przewodnik Peter poinformował mnie któregoś dnia, że siostra Ireny – to
ta, która podczas mojego zeszłorocznego tu pobytu przysiadała się do mnie w barze
Gondola - Małgośka - urodziła polskiemu kapitanowi bliźniaczki.
- Jakiemu polskiemu kapitanowi? – wykrzyknąłem. - Są tu jacyś polscy kapitanowie?
- Taki, który regularnie pływa na statku „Panda” – odrzekł mój przewodnik Peter.
- Ów statek nazywają tutaj supershop...
- Tak, tak słyszałem o tym. Podobno oni mogą handlować wszystkim, co tylko możliwe, a nawet zarabiają na tym potężne pieniądze! Czy to prawda?
- Oni wywożą z Antwerpii cały tamtejszy złom – wyjaśniał gorączkowo Peter.
- Stare lodówki, pralki, telewizory i co tam jeszcze. Załadowują na „Pandę” więcej biznesu, aniżeli rzeczywistego ładunku. Mają u siebie kilku Polaków. Naturalnie, większość załogi to kongijscy marynarze... A cały ten przemyt obstawia wojsko...
W kilka dni później opowiedziałem agentowi o polskich bliźniaczkach, a on mi na to, że to ogólnie znana historia. W Matadi wszyscy o nich wiedzą. Może mnie tam nawet zawieźć.
Na takie dictum nakazałem kucharzowi filipińczykowi przygotować paczkę żywności, po czym pojechałem z agentem wspomóc nasze dzieci. Bliźniaczki były białe, jak mleko, chociaż matkę miały przecież czarną, jak smoła. Siostry podziękowały za prezenty, mocno wzruszone, bo ostatnio cienko przędły. Miały jednak nadzieję, że ojciec-kapitan niedługo przypłynie, więc z pewnością ich los się poprawi.
Tuż przed wyjściem „Camellii” z Matadi, nagle zakotłowało się na kei od uzbrojonego po zęby wojska. Przyjechał też generał od tego wojska, to ten, który ochraniał biznes polskiego kapitana „Pandy”. Potem okazało się, że generał przyjechał do mnie.
A jeszcze później rozsiadł się w mojej kabinie i popijał piwko.
- Captain! – zapytał. – Wiesz, dlaczego przyjechałem do ciebie? Otóż chcę, żebyś został moim przyjacielem!
- Generale! – wykrzyknąłem z uczuciem, równocześnie szybko zbierając myśli.
- O niczym innym nie marzę! Również chcę być twoim przyjacielem!
- To dobrze, to bardzo dobrze – rzekł generał, ocierając usta z piwa.
- Aby to jakoś przypieczętować, zamierzam zaprosić cię dziś wieczór do mnie do domu. Co ty na to?
- E ..Dziękuję, generale – wystękałem. - Jestem doprawdy zaszczycony.
- A zatem do wieczora – powiedział wstając. – O dwudziestej przyjadą po ciebie moi żołnierze...
I wyszedł. A ja potem długo zastanawiałem się, czy uda mi się wrócić. Czego bowiem można spodziewać się po kongijskich generałach? Wiedziałem, że mój niedawny gość dzierży całą władzę w prowincji i praktycznie każdego może zamknąć. A nawet rozwalić, bo przecież nadal obowiązuje tu stan wojenny.
W końcu musiałem jednak przestać myśleć, bo na keję przyjechał generalski Jeep z uzbrojonymi żołnierzami, a nawet dwójką małych dzieciaków, które zostały przyprowadzone do kabiny.
- To są chłopaki generała! – zameldował mi żołnierz. - Chcą zobaczyć statek!
Nie było rady. Oprowadziłem dzieciaki – tak na oko dziesięcioletnie – po pokładach, potem obdarowałem je słodyczami, a na koniec zrobiłem im kilka zdjęć polaroidem, by miały pamiątkę. Wszystko po to, żeby generał był zadowolony i na powitanie nie kazał mnie zastrzelić.
Później wszyscy wsiedliśmy w Jeepa i ruszyliśmy w stronę generalskiej rezydencji, która jakoby leżała gdzieś w buszu w górach. Po drodze nawalił nam silnik. Żołnierze zatrzymali obce auto, surowo rozkazując, aby jego właściciel zmienił swe plany i zawiózł nas wszystkich do domu generała.
I co? Właściciel samochodu natychmiast się zgodził! Bez szemrania, a nawet z radością!
Dom stał wśród okazałych palm, jednak powitał nas tropikalną ciemnością.
W salonie generał wydzierał się na przestraszonego elektryka, który nie potrafił przywrócić
elektryczności, światła. Ów elektryk oglądał właśnie - przy naftowej lampie! - jakiś schemat
i bezradnie rozkładał ręce.
Na nasz widok, generał przerwał na chwilę opieprzanie fachowca, po czym przedstawił swoją żonę, dziesięcioro dzieci i dalszą rodzinę. Służba stała po kątach, a gdzieś w ciemności wśród palm i krzaków czaiła się ochrona tego całego interesu.
Rozczarowałem się, rezydencja okazała się skromnym właściwie domkiem. Nawet nie umywała się do okazałego domu dyrektora młyna. Gospodarz nadal był zdenerwowany.
- Widzisz, captain, z kim ja muszę pracować? Ten dureń nawet nie potrafi naprawić elektryki! A podobno jest fachowcem! Tymczasem mam na głowie całą prowincję!
Stanowczo muszę zmienić dom. No, ale cóż, jestem jakby na dorobku, bo dopiero niedawno zacząłem tu rządzić…
Niebawem zastrachanego elektryka wyprowadzili z gabinetu żołnierze, a służba wyniosła stoły przed dom, na trawę. Mogliśmy zacząć ucztować. Wokół łagodnie szumiały palmy i pobłyskiwało światło naftowych lamp i pochodni. Zastanawiałem się, czy rozwalili elektryka, czy nie. Stół był długi, potraw mnóstwo. Siedzieliśmy przy nim z generałem sami naprzeciw siebie. Reszta rodziny krążyła gdzieś dookoła. Wcześniej małżonka gospodarza przyniosła miednicę, mydło i ręcznik. Najpierw umył ręce generał, a potem ja.
-O kultura- myślę.
Mój prezent – butelkę Jasia Wędrowniczka – generał schował, a przede mną postawił piwo. Dziobnąłem widelcem w kawałek kurczaka, bo w ciemności nie widziałem, jakie potrawy serwują. Potem zatopiliśmy się w przyjacielskiej rozmowie. Zaczął generał.
- Wiesz, Captain – zagaił. - Zaprosiłem cię do siebie, bo chciałbym, żebyś został moim przyjacielem...
- Wiem, bardzo się cieszę – odrzekłem wyczekująco. – Też chciałbym być twoim przyjacielem...
Po wstępnych grzecznościach gospodarz przystąpił do rzeczy.
- Do Matadi pływa statek „Panda”, którego dowódcą jest twój rodak. On także jest moim przyjacielem. Przywozi mi dużo prezentów. W przyjacielskim rewanżu pozwalam mu handlować wszystkim, co tylko przywiezie.
- Słyszałem o tym, że ten statek w Matadi jakoby nazywają supermarket...
- Ha, ha, ha! – zaśmiał się generał. - Tak go nazywają? Ale to prawda. „Panda” wozi więcej biznesu, niż ładunku...A wiesz, Captain, że ten Polak ma tu dzieci?
- Wiem – odrzekłem. – Nawet je widziałem. To śliczne bliźniaczki...
- No widzisz! Ty też możesz mieć tu taką rodzinę! Możesz u nas zamieszkać...
- Przepraszam, generale, ale ja już mam rodzinę w Polsce! Nie chciałbym jej zmieniać.
- To niczemu nie przeszkadza. Twój rodak też ma rodzinę w Polsce! Ale, być może, kiedyś u nas zamieszka w Kongo na stałe... Jeśli chcesz być moim przyjacielem, na początek przywieź mi motor do Jeepa. Mój ciągle się psuje. Oczywiście, zapłacę ci za niego.
-Wątpię – pomyślałem sobie.
-Co ty na to?
- Oczywiście, panie generale. Nie ma sprawy. Gdy tylko będę mógł, przywiozę ten motor...
- Potrzebowałbym też agregat prądotwórczy na benzynę – naciskał gospodarz. – Jak sam widzisz, z elektryką również mam kłopoty...
- Oczywiście, gdy tylko znajdę taki w Europie, natychmiast ci go przywiozę...
- Słuchaj, a nie dałbyś rady skombinować silnika do mojej łodzi?
- Nie będzie problemu – odrzekłem ze swobodą, łykając piwo. – Aaa na ile koni mechanicznych ma on być?
- Sto koni by wystarczyło...
Potem generał na chwilę przerwał i poprosił do nas swe córki, szesnastoletnie bliźniaczki.
Pomyślałem, że jeśli każe mi się z nimi ożenić, to nie wytrzymam. Z czarnymi bliźniaczkami? Przy naftowych lampach? Jak je odróżnię?
- No i najważniejsza sprawa, Captain! – rzekł z pewnym namaszczeniem.
- Ty pływasz do Francji.
- Oo nie wie ,że pływam do USA- pomyślałem.
- Masz tam na pewno sporo przyjaciół. Chciałbym, abyś pomógł moim córkom dostać się tam na studia. Oczywiście, będę te studia finansował...
- To będzie trochę trudniejsze – odparłem. - Muszę się nad tym zastanowić. I trochę popytać.
Generał promieniał. Najwyraźniej był mną zachwycony. Może spodziewał się większych trudności?
No – rzekł. - Jeśli mi to wszystko załatwisz, to udowodnisz, że jesteś moim przyjacielem.
I wtedy ja też będę twoim przyjacielem. Będziesz mógł handlować w Kongo, czym tylko zapragniesz, a ja cię będę chronił.
- Dziękuję, generale – odrzekłem. - Nie wiedział, że jest w tym wszystkim tylko jedna przeszkoda. Na amerykańskim statku, byłoby to niemożliwe, a na dodatek po tym rejsie idę na urlop i nie wiem, kiedy wrócę na ten statek i czy w ogóle wrócę na niego ... A poza tym pływałem do ameryki, a nie do Francji. Mogłem mu więc obiecać wszystko…
- Pozostaje mieć więc nadzieję – pomyślałem w głębi ducha, że do tego czasu ktoś cię, przyjacielu, odstrzeli...
Rozstaliśmy się w przyjaźni. Byłem tak ucieszony, że stąd umykam, że nawet poprosiłem gospodarza o numer telefonu.
- A po co?
- Jak to po co? Będę do ciebie dzwonił! Opowiadał, co już ci kupiłem!
Generał poprosił służbę o nowy aparat telefoniczny, ale nie dało się go uruchomić.
Najwyraźniej wszystkich fachowców miał takich, jak ten elektryk. Zjadłem resztkę kurczaka, albo nie wiem czego, bo ciemno było, popiłem piwem, po czym poprosiłem o zawiezienie na statek.
Okazało się, że owe prywatne auto, którego właściciel grzecznościowo nas tu podwiózł,
generał kazał przytrzymać do końca naszej biesiady, a może na zawsze. I teraz to ono zawiozło mnie pod statek. Naturalnie, w towarzystwie żołnierzy.
Po drodze straszliwe myśli latały mi po głowie.
Ten pieprzony generał! Przecież on może w każdej chwili mnie rozwalić!
Albo zamknąć w mamrze! I włos mu za to z głowy nie spadnie! A jeśli tu kiedyś zawinę bez prezentów? A on jeszcze będzie na obecnej posadzie? Wówczas – żegnaj życie!
O, do diabła z tą Afryką! Trzeba jak najszybciej stąd wyjechać i nigdy nie wrócić!
Następnego dnia rano, tuż przed wyjściem w morze, nagle znowu zakotłowało się na kei. Wyjrzałem przez bulaj – aż gęsto od wojska!
-Cholera czy aresztują?- pomyślałem.
Po chwili wachtowy przyprowadził mi do kabiny generała ze świtą.
- Jak się masz, Captain! Przyjechałem cię pożegnać! Przy okazji przywiozłem
dane mojego silnika do Jeepa...
Udałem radość. Zapewniłem, że nie omieszkam dobrze się wywiązać z zakupu.
Na pewno będzie zadowolony. Sztuczny uśmiech nie schodził mi z ust.
- No to do szybkiego zobaczenia – powiedział, ściskając mi dłoń.
Kiedy wyszedł, kilku jego oficerów wręczyło mi kartki ze spisem ich prywatnych życzeń zakupowych, były wśród nich nawet jajka, sery i różne inne wiktuały. Miałem dość Konga. Wręcz nie mogłem doczekać się wyjścia „Camellii” w morze. Ale czekała mnie jeszcze Kongo River.
Czy tam też będą sięgały długie, czarne łapki generała?
Jednak reszta przeszła już spokojnie. Opuściliśmy rzekę i nareszcie statek znalazł się na pełnym morzu, w drodze do nigeryjskiego Sapele.
Poczułem się szczęśliwy.
Włączyłem radio i wywołałem kapitana „Pandy”.
- Witam kapitanie! Żywiłem pańskie dzieci w Matadi! – huknąłem w słuchawkę.
- O Kurwa! –zaklął szpetnie kapitan - To już wszyscy wiedzą! Nawet moja żona
w Częstochowie!
Potem pogadaliśmy jak starzy marynarze, o polskich dzieciach w Afryce.
Na szczęście nigdy więcej nie popłynąłem do Matadi, a zamówienie generała przekazałem
z „uśmiechem” - gdy zmustrowywałem w Houston- mojemu niemieckiemu zmiennikowi…
A niech się martwi!
AFRICAN AZALEA MATADI
African Azalea Matadi
U amerykańskiego armatora Seaboarda na African Azalea płynęliśmy jak zwykle po afrykańskich portach. Tym razem do Matadi w Kongo. Jednak ledwie tylko wypłynęliśmy na redę Owendo, a tu nagle jak coś nie huknie w maszynie! Aż mi na mostku bębenki przytkało!
- Fire! Fire in engine! – wydzierał się w telefonie Darek, czyli chief mechanik.
- Fire alarm! – zakrzyknąłem więc do chiefa pokładowego, a ten natychmiast nacisnął dzwonki alarmowe.
- Chief! Take VHF, go to Engine and report! – poleciłem mu.
- Yes, Sir!
- Captain! – meldował po chwili. - Jest dużo dymu, nic nie widać, ale załoga już gasi pożar na silniku.
- Pożar ugaszony! – meldował po kilku minutach Darek. - Wybuch w karterze pierwszego układu na silniku głównym!
Akcja była szybka i sprawna. Zużyto kilka gaśnic, ale pożar ugaszono w zarodku.
Na szczęście nikomu nic się nie stało, mimo że wybuch był tak silny, iż wyleciały szyby w Engine Control Room, wyleciały stalowe drzwi kuchni i otwarła się ważąca z tonę klapa za kominem. Najwyraźniej znowu czuwał Antoniczek, mój Anioł Stróż.
Trzeba mieć szczęście w nieszczęściu.
Potem dryfowaliśmy po redzie z pół dnia, bo mechanicy reperowali układ. W końcu pojechaliśmy dalej. Fiterzy sprawnie naprawili urządzenia, więc czuliśmy się tak, jakby nic się nie stało. Tylko mechanicy mieli dziwne miny i częściej teraz siedzieli w maszynie.
- Cholera! – tłumaczył Darek. - Myślę, że to było łożysko. Chociaż się dziwię, bo przecież niedawno wstawiliśmy nowe. Zatarł się układ. Ale ten huk! To mi się przytrafiło po raz pierwszy w życiu!
- No, zdarza się – pocieszałem go. - Dobrze, że chociaż na redzie i że nikomu nic się nie stało! Myśl teraz o czymś innym. Przed nami rzeka Kongo. Maszyna musi chodzić, jak szwajcarski zegarek. Nie może być mowy o jakiś dziwnych przypadkach.
Wiesz przecież, że prąd na rzece dochodzi niekiedy do dwunastu węzłów...
- Ale szwajcarski zegarek chodzi tylko do przodu – żartował Darek.
- No to będziesz musiał dać tyle, ile tylko masz. Chcę cię jednak pocieszyć. Ostatnie wiadomości mówią tylko o pięciu węzłach - prądu na rzece…
- Zdaję sobie sprawę z odpowiedzialności – rzekł mechanik. - Wiem, że gdyby na rzece coś się przytrafiło maszynie, to statek stracony!
- No, odpukać...
„Banana Pilot”na Kongo River zabrał nas tylko na połowę drogi do Boma, gdzie rzuciliśmy kotwicę w oczekiwaniu, aż nasz siostrzany statek „African Begonia” zwolni nabrzeże.
Od kilku godzin rozmawiałem przez radio z kapitanem „Begonii”, który także był
Polakiem.
- Wychodzimy o czternastej – powiedział – a więc możecie już ruszać...
Wybraliśmy zatem kotwicę i ruszyliśmy w górę rzeki. Ale niezbyt długo cieszyliśmy się dobrze zorganizowanym życiem.
- Cholera, załadunek się przedłuża! – odezwał się nagle w radio kapitan „Begonii”.
– Jeśli nie wyjdę do piętnastej, to dopiero jutro rano!
- Captain „Begonii” powiada, że może wyjść dopiero jutro.. – rzekłem do pilota.
- Nie ma sprawy, panie kapitanie – odrzekł. - Jeśli tak się stanie, to rzucimy kotwicę przed mostem... wiesz Most na Congo River.
- W żadnym wypadku! – zaoponowałem gwałtownie. - Nie zgadzam się. Potem nie damy rady nabrać szybkości na przejście pod mostem! A tam jest przecież najmocniejszy
prąd!
- O.K, Captain, nie chcesz przed mostem, to rzucimy trochę bliżej. Tyle tylko, że tam mogą do nas strzelać rebelianci z Angoli...
- To może wrócić na kotwicę do Boma? – zasugerowałem.
Ale popłynęliśmy dalej, gdyż problem rozwiązał się sam. „African Begonia” wyszła bowiem o piętnastej i zrobiła nam miejsce przy nabrzeżu. Minęliśmy się tuż przed mostem i pozdrowiliśmy sygnałami.
- Speed 9 knots – meldowałem pilotowi tuż przed mostem.
- O.K. Captain! Current only 4 knots – ucieszył się pilot.
- Slow Ahead! – tuż za mostem polecił pilot – bo przestraszył się, że za szybko płyniemy na keję – będącą bliziutko.
Nagle statek zaczął się cofać – na wodzie zauważyłem wyraźny nurt silniejszego prądu.
- Full Ahead!!! – ryknąłem i przestawiłem rączkę telegrafu.
Z zapartymi oddechami obserwowaliśmy, czy statek ruszy do przodu... Maszyna wyła na pełnych obrotach – wreszcie pokonaliśmy prąd i „ jak żółw” zbliżaliśmy się do kei.
- Let go port anchor!!! – krzyknął tuż przed keją pilot – bo nagle prąd zmalał, a przy kei wykręcił i był z nami pchając nas na nabrzeże.
Udało się – delikatnie złożyliśmy się prawą burtą do nabrzeża.
- Szybciej podawać cumy! – poganiałem Filipińczyków. - Mamy tylko dwadzieścia minut na manewry. O osiemnastej płacimy więcej!
Przyłożyli się i zacumowaliśmy o 17.50. Wkrótce potem na „Azaleę” wtoczyła się
kilkunastoosobowa zgraja lokalnych oficjeli. Jakoby na odprawę, a w rzeczywistości po
darmowy alkohol i papierosy. Czyli – souveniry.
A był to czas, gdy Kongo, dawna kolonia portugalska, a potem belgijska, leczyło właśnie rany po wojnie domowej. Agent opowiadał mi, jak to jeszcze do niedawna wyglądało.
- Captain – mówił. - Rebelianci walczyli po drugiej stronie rzeki, do Matadi wpadali tylko grabić, mnie zabrali samochód. Teraz życie powoli wraca do normalności.
Spójrz, ile statków w porcie! Kilka miesięcy temu nie było żadnego!
Zatrudniłem czterech miejscowych wachtowych i ponad dwudziestu pracowników
na pokład oraz do maszyny. Płaciłem im 5 dolarów dziennie plus posiłek. Dla nich było
to dużo, dla armatora śmiesznie mało. Potężny Papa Willy rządził wachtowymi, stawiając
jednego na dziobie, a drugiego na rufie. Mimo tego dozoru, którejś nocy złodzieje wdrapali się po burcie i obcięli kilka metrów naszej rufowej cumy. Wyrzuciłem więc z pracy miejscowego wachtowego, odmawiając zapłaty i wciągnąłem go na czarną listę.
A kto tam raz trafił, ten już pracy nie dostanie. Słyszałem, że Papa Willy na „Begonii”, tuż przed jej wyjściem w morze, wyciągnął z kontenera trzech pasażerów na gapę.
Któregoś wieczora na własne oczy widziałem złodzieja, płynącego z workiem mąki w rwącym nurcie rzeki; głód jest silniejszy od strachu.
Do miasta poprowadził nas Peter, jeden z miejscowych, zatrudnionych przeze mnie w maszynie. Był dobrym przewodnikiem. Mówił po angielsku, trochę nawet po polsku, czego nauczył się, oprowadzając naszych marynarzy. Wszyscy go tu znali, bo dał się lubić i był grzeczny. Nigdy nie zapomniał podziękować.
Teraz bardzo mnie pilnował, gdyż na dobry początek dałem mu 5 dolarów. Wyczuł, że u mnie zarobi, więc pilnował interesu. Piotr wymieniał nam dolary na czarnym rynku, ponieważ w banku dawali cztery razy mniej. Kazałem mu też płacić rachunki w knajpach. Jednak po pewnym czasie wydało mi się, że coś za dużo idzie tych dolarków. Przejąłem więc całą kasę. Oczywiście, marynarze wszystkich statków, jakie zawijały do Matadi, niezmiennie od lat pierwsze kroki kierowali do Gondoli. Tu, pod palmą, nie tylko można było wypić tanie piwo, ale nawet dokonać przeglądu wszystkich dziewczynek, które mówiły po rosyjsku. Zresztą, kelnerzy również. Był to efekt niedawnego pobytu na tych wodach rosyjskiej floty łowczej. Także teraz Rosjanie wszędzie się tu kręcili, pomagając miejscowym budować demokratyczne Kongo. Naturalnie, po swojemu.
W Gondoli dziewczyny obsiadały nas, jak muchy i było wesoło. Oblegali nas także handlarze pamiątkami, którym zawsze udawało się coś mi wcisnąć. Niekiedy pilnował nas też Papa Willy, Aleks i inni, przez co czuliśmy się bezpieczni. Irena i Małgośka, obie czarne jak smoła, siadywały obok mnie i przez całe wieczory namiętnie się kłóciły się, do której będę należał. Nigdy nic z tego nie wyszło. Płaciłem im po 5 dolarów za towarzystwo i miałem spokój. Jednak od dziewcząt nie można było się odczepić - były wszędzie tam, gdzie się pojawialiśmy.
Z Gondoli cała międzynarodowa marynarska rodzina zwykle ruszała do dyskoteki w hotelu Metropol. Tam rozsiadaliśmy się na kanapach i - sącząc zimne piwko - obserwowaliśmy jak gazele kręcą na parkiecie tyłkami. Ten tryb życia był jednak dla nas zbyt męczący, bo rano trzeba było ruszać do roboty. Dlatego po dwóch takich wieczorach nikt już nie wychodził do miasta. Tylko kucharz, Filipińczyk, codziennie ruszał do swojej drugiej żony. Tłumaczył mi, że, owszem, ma w mieście dziewczynę, tyle tylko, że należy ona do tak zwanych porządnych, więc trzyma go na dystans.
W końcówce pobytu, przeziębiłem się. Tu, na równiku, było bowiem zimno. Tylko dwadzieścia jeden stopni ciepła! Przeziębiony, przyjmowałem jednak codziennie wspomnianą zgraję inspektorów i im podobnych, którzy oficjalnie przychodzili do nas na kontrolę, a w rzeczywistości wyłudzali prezenty. Wpadali też, na przykład, przedstawiciele stowarzyszenia inwalidów, czy nawet kościoła. Wszyscy oni prosili o pomoc, nigdy nie odchodząc z pustymi rękoma. Uczyłem się - od jąkającego się agenta – miejscowego języka lingala, często zaskakując wizytujących. Zaskoczyłem nawet samego agenta, bowiem w pewnej chwili zagadnąłem go:
- Ovandaka wapi? Skąd pochodzisz? Odwiedzających z kolei pytałem
- Sango nini? Jak się masz? Na ogół odpowiadali
- Malamu, czyli dobrze. Ale widać było, że są zdziwieni. Włączałem również muzykę buszmenów yansi, którą nagrał mi agent, kiedy któregoś wieczora odtańczyliśmy wspólnie taniec czarownika. To właśnie wtedy zapytałem skąd pochodzi w języku lingala.
- Mu Yansi, jestem Yansi - odrzekł wtedy. - Urodziłem się tam, gdzie jest wirus ebola...
- To ty pochodzisz z Kikwit, prawda? – krzyknąłem. - To niedaleko stąd! I tam rzeczywiście jest wirus eboli!
- Skąd ty to wszystko wiesz, captain? – spytał zdziwiony.
- Chodź, pokażę ci. Mam wszystko w komputerze...
Popukałem w klawiaturę, po czym pokazałem mu, co komputer wie o wirusach eboli.
- To prawda, co tu piszą – powiedział. - Po tygodniu od zarażenia człowiek krwawi do wewnątrz i na zewnątrz, nie ma dla niego ratunku, umiera się w strasznych mękach...
- A ja mam akurat dreszcze, może to ebola? – pozwoliłem sobie zażartować.
- No to, Captain, masz tylko tydzień życia przed tobą! – odpowiedział poważnie agent.
Temat eboli solidnie mnie wymęczył, więc zacząłem z innej beczki.
- Twój szef mówił, że niebawem będziesz się żenił...
- Rzeczywiście. Byłem kawalerem do trzydziestu ośmiu lat. Ale coś mnie nagle naszło. Moją wybranką jest dwudziestoczteroletnia dziewczyna. Teraz musimy jej rodzinie zapłacić aż 200 dolarów. Taki jest zwyczaj. Płaci się odstępne, bo według tradycji ktoś z jej rodziny mógłby moją narzeczoną poślubić. Jestem najstarszym synem, dlatego moja rodzina zbiera na wykup i targuje cenę.
- To chyba dobry zwyczaj, bo potem będziesz mógł powiedzieć żonie, że ją kupiłeś!
- To prawda, Captain. Rodzina żony nie ma później do niej żadnych praw. Będziemy
mieli co najmniej pięcioro dzieci, gdyż dzieci to moja polisa ubezpieczeniowa na starość.
Muszę tylko wykształcić pierwszą dwójkę, a później ta dwójka ma obowiązek wykształcić resztę. Według naszej tradycji, to dzieci dbają o spokojną starość rodziców...
- W Polsce też przydałaby się taka tradycja – powiedziałem. - U nas dzieci zajmują się wyłącznie sobą, a starych rodziców najchętniej widywaliby na cmentarzu...
- Agent, a czy twoja dziewczyna jest też muzułmanką? – spytałem.
- Oczywiście, Captain! – odpowiedział dumnie.
- To pewno ma wyciętą łechtaczkę i będzie zimna w łóżku? – drążyłem temat.
- Captain, Koran mówi, że kobiety są stworzone dla przyjemności mężczyzn.
Czasami usuwa im się też wargi sromowe i zaszywa otwór pochwowy, pozostawiając
jedynie malutką dziurkę wielkości główki od zapałki, przez którą mogą oddawać mocz
i miesiączkować. Po zaszyciu pochwy (bez znieczulenia), dziewczynce związuje się
ciasno ze sobą nogi i zmusza się ją, aby leżała na boku przez kilka tygodni, dopóki
wszystko się nie zrośnie. Dzięki temu zabiegowi mężczyzna ma pewność, że jego kobieta zachowała dziewictwo, kiedy to zrośnięta pochwa kobiety musi zostać dla niego rozcięta. A jeżeli zdarzy się, że zazdrosny małżonek będzie musiał na pewien czas wyjechać, może się domagać, aby ponownie zaszyto jego żonę, aż do momentu jego powrotu.
Do momentu usunięcia łechtaczki, kobieta jest jakby w stanie obojnactwa, czymś między byciem mężczyzną a kobietą. Mężczyzna może w pełni cieszyć się wolnością, czerpać przyjemność z aktu seksualnego, kobieta nie. Mężczyźni uważają usunięcie łechtaczki u dziewczyny za przysługę dla niej, sposób na ochronę przed jej własnym, niebezpiecznym dla niej samej popędem seksualnym. Lepiej zupełnie wyeliminować jej seksualne pragnienia - dla jej własnego dobra. Bo przecież rolą kobiety jest rodzić dzieci oraz być matką, nic ponadto.
I tak sobie z agentem gawędziliśmy.
Kaszlałem i smarkałem bez przerwy. Miałem chyba nawet gorączkę. A musiałem jeszcze czołgać się po tankach, żeby sprawdzić, jak się ma dziura, którą fiter załatał w dnie, tę, która swego czasu tak bardzo nam dopiekła. Przecieku nie było.
W sumie „Azalea” stała w Matadi dziewięć dni. Chcieliśmy z Darkiem, chiefem mechanikiem, wybrać się jeszcze na farmę młyna Seaboarda, ale agent nie umiał wydębić pozwolenia od Imigration; gdzieś tam po lasach toczyła się jeszcze wojna.
Młyn, który zapełniał nasze ładownie, codziennie dostarczał nam świeże, swojskie pieczywo, a na koniec podarował nam kilka worków bardzo dobrej mąki.
Zmęczony Afryką, przeziębiony w tropiku, z ulgą wyruszyłem na morze. Tam nareszcie
poczułem się szczęśliwy. Wierzyłem bowiem, że morze mnie wykuruje, bo tam
nie ma wirusów. Czekały nas za to huragany. Floyd właśnie dał popalić Miami, a Gerd
robił spustoszenie na Bermudach. Miałem jednak do żeglugi dobrą rękę, bo „Azalei”
udało się ominąć wszystkie huragany i szczęśliwie dotrzeć do Mayaguez na Puerto
Rico. Pomyślałem sobie wtedy, że jeszcze tylko skok do Houston po zboże dla Afryki,
a potem już wracam do domu.
I wówczas dostałem teleks z Mami z propozycją pracy u Seaboarda na stałe. Miałbym
znowu wrócić na m/v „African Azalię”. Długo biłem się z myślami. Wracać na ten statek, czy też nie? A może powrócić do bankrutującej PŻM? Po załadunku w Houston, Armator porosił mnie do swego biura na Florydzie. Udało się wylądować na Miami w szalejącym huraganie. W biurze przemaglowali mnie znowu, mimo szalejącego nad głowami huraganu Irena. W końcu zaproponowali pracę na stałe. Zgodziłem się, ale uczucia miałem tak zwane mieszane. Postanowiłem więc w duchu, że ostateczną decyzję podejmę w kraju.
Może tymczasem PŻM stanie na nogi? Byłem przywiązany do szczecińskiego armatora.
Nie wszystko da się przeliczyć na dolary.
BYTOM ODRZAŃSKI
BYTOM ODRZAŃSKI
Jak zwykle zatrzymywaliśmy się w Bytomiu Odrzańskim. To najpiękniejsze miasteczko nad Odrą, co jest w ogromnej mierze zasługą burmistrza Jacka Sautera, rządzącego już czwartą kadencję.
- Aż tak mieszkańcy cię kochają? - zapytałem. - Czwarta kadencja! A może, po prostu, nie ma chętnych na twój stołek?
- Brak konkurencji – żartował burmistrz Jacek. - Raz namówiłem jednego, żeby wystartował, bo już głupio wyglądało, tak ciągle wygrywać. Ale dostał chyba z pięć głosów. Rodzinę ma liczniejszą!
Jacka rzeczywiście chyba wszyscy w tym pięciotysięcznym Bytomiu kochają, ponieważ w któryś wyborach uzyskał drugi wynik w kraju! A kochają go za to, co dla Bytomia robi. Darzą go uczuciem za jego podejście do mieszkańców, za częsty uśmiech na twarzy. Ot, weźmy przepiękny rynek Bytomia Odrzańskiego. Jest teraz prawdziwą wizytówką burmistrza i miasteczka. Wyremontowany ratusz, podświetlane fasady kamieniczek, balkony ustrojone kwiatami, wszystko to razem tworzy niepowtarzalną atmosferę tego miasta. A trzeba szybko dorzucić, że do aktywów Bytomia Odrzańskiego należy jeszcze efektowne nabrzeże i przystań w porcie, czyli te rzeczy, o które wspólnie tam walczyliśmy.
Na scenie owego rynku występują chyba wszyscy mieszkańcy i także my. Jak wszędzie, występ zaczynamy od powitania, po czym odczytuję kolejny Memoriał. Oczywiście owe Memoriały się zmieniają. Właściwie co roku są inne. Po prostu, polskie życie znakomicie je aktualizuje. My, uczestnicy i organizatorzy Flisów chcielibyśmy, aby na Odrze wszystko poszło szybko i sprawnie. To by nas cieszyło i – myślę – cieszyłoby też lokalne społeczności. Niestety, nasze szlachetne intencje swoje, a życie swoje.
W tym Memoriale walczymy o Środkowoeuropejski Korytarz Transportowy. Jednak, czy to się uda? Czy zyskamy wpływowych sojuszników? Czy polskim politykom zechce się ruszyć palcem? Chropowata rzeczywistość i swego rodzaju zniechęcenie nie przeszkadza nam jednak bawić się na pięknym rynku w Bytomiu Odrzańskim. Nasze występy kwitowane są oklaskami. Ale przy okazji propagujemy nasze idee, czyli bezpieczna Odra, transportowa Odra i turystyczna.
Przyszli do nas Alfred Gąsior i Józek, którzy swego czasu pływali z nami na Flisach, dołączając do flotylli swoimi jachtami. Alfred to historia żeglarstwa i zarazem Nowej Soli. Z kolei Józek był tak wspaniały, że popłynął na Flisie swoim jachtem Conrad z żoną na inwalidzkim wózku.
Burmistrz Bytomia Odrzańskiego Jacek Sauter, permanentnie przez nas przyciskany do muru, w końcu doprowadził do budowy portu. Powstało efektowne nabrzeże i pontonowe stanowiska dla jachtów, które chrzciliśmy i otwieraliśmy podczas Flisu.
A przecież tu było ruinka nabrzeże. A nagle powstało oprócz nabrzeża jeszcze piękna, piękna skarpa. Skarpa prowadząca do nabrzeża mieniąca się w różnych kwiatach, zrobiło się na nabrzeżu pięknie kolorowo i jachty cumują wreszcie w Bytomiu Odrzańskim.
A to dzięki Wam- zawsze krzyczał do nas Burmistrz, bo Wy dusiliście mnie, a na początku postawiłem tylko tablicę, że tu będzie port. A teraz jest przepięknie i wszyscy nad Odrą się cieszą.
CIGACICE
CIGACICE
Płyniemy dalej do Cigacic. Dwadzieścia cztery lata temu witał nas w Cigacicach jedynie sołtys Józef Gałązka. Przyniósł buteleczkę wina własnej roboty i pogadaliśmy. Teraz Józef Gałązka oddał sołtysostwo swojej żonie, ale ciągle jest aktywny.
Nasze flisowanie przyniosło jednak efekty, a zaczęło się właśnie od sołtysa Józka i burmistrza Sulechowa Tadeusza Szulawskiego. Burmistrz był kiedyś marynarzem i serce ciągnęło go do wody. To on i jego grupa wodniaków najpierw zorganizowała Wodne Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe w Cigacicach, potem kupiła motorówki i zaczęła szkolić wodniaków. Gdy przypływał Flis, odbywały się tam huczne Dni Odry. Sponsorzy rozdawali jakieś makarony, na ogniu pieczono dzika, a na scenie córka sołtysa tańczyła taniec brzucha.
Na koniec imprezy, po raz pierwszy w historii miasteczka, wystrzeliły w niebo fajerwerki. Efektowniejsze, niż w Szczecinie – stwierdził autorytatywnie sołtys Gałązka.
Potem tak się tam wszystko rozkręciło, że przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Powstały kluby motorowodniaków, marina, a na koniec nowe nabrzeże, które do szczęśliwego finału doprowadził kolejny burmistrz Sulechowa Edward Odważny, wielki orędownik turystyki na Odrze, którego wspomagała rzesza wodniaków. Burmistrz Odważny naprawdę jest odważny!
Jak zauważyliśmy, tutejsi ludzie potrzebowali nie tylko rozrywki. Rozpierała ich chęć pożytecznego działania. Spontanicznie przyłączali się do nas, aby wspólnie wcielać w życie własne pomysły.
Na przykład, poprosił nas o pomoc ksiądz ze wsi (Klępska), leżącej niedaleko Cigacic. Miał pomysł, ale brakowało mu pomocników. Oto przygotował inscenizację, która miała upamiętnić przymusową repatriację półtorej setki mieszkańców wsi, luteran, do Australii, co miało miejsce 170 lat wcześniej. Ksiądz przebrał się za Pastora, a cała wieś za luteran.
Stroje, bagaże mieli jak ich emigrujący przodkowie. Odprawili mszę świętą, a potem ruszyli wozami do portu w Cigacicach, skąd kiedyś ich przodkowie wyemigrowali najpierw do Hamburga i dalej do Australii. Można powiedzieć – poszli na całość. Zmienili nawet nazwy okolicznych wsi na przydrożnych tablicach, a podobnych działań było znacznie więcej. Wszystko po to, aby uzyskać efekt maksymalnego realizmu. Nakręcali film i chcieli, aby plenery wypadły autentycznie. Wszystko miało wyglądać, jak prawie dwieście lat temu. Z czego, nawiasem, wynikła potem afera, ponieważ niektórzy z mieszkańców owych pozmienianych wsi, nie mieli pojęcia, co się święci i poszli do burmistrza z protestami...
A do czego im była potrzebna nasza pomoc? Otóż posiadaliśmy statek, którym mieli popłynąć do Australii ich emigranci! Kiedy więc emigranci przybyli do Cigacic i wsiedli już na ów statek, musieliśmy go przechrzcić na Prince George.
Mnie przypadła rola niemieckiego kapitana, który witał emigrantów po niemiecku i sprawdzał ich oryginalne paszporty. Następnie Prince George ruszył na Odrę, naturalnie żegnany przez tłumy. Zrobiliśmy rundkę i wrócili na nabrzeże, które tymczasem zyskało wielką tablicę z nazwą Hamburg, wywieszoną na magazynie. W 2009 roku odpływaliśmy z niby Hamburga, statkiem który przemianowaliśmy na The Catherine…, albowiem tak w rzeczywistości nazywał się jeden ze statków, które przewoziły emigrantów i znowu wypłynęliśmy na Odrę, tym razem do...Australii. Pastor czytał wielgachną Biblię, zaś ja gawędziłem po angielsku, ponieważ teraz taka właśnie bandera zawisła tymczasem na rufie.
Co najciekawsze, w tej oryginalnej inscenizacji uczestniczyli prawdziwi potomkowie prawdziwych emigrantów sprzed prawie dwustu lat, którzy na tę okoliczność przybyli specjalnie aż z dalekiej Australii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)