wtorek, 4 stycznia 2022

GOSCIE W MOJEJ TAWERNIE

GOŚCIE W MOJEJ KAPITAŃSKIEJ TAWERNIE Uczestnicząc w kursie na dyplom kpt.ż.m. w Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie poznaliśmy i polubiliśmy naszego wykładowcę kmdr Eugeniusza Koczorowskiego. W prywatnej rozmowie poinformował nas, że musi kupić lampę w NRD. Natychmiast zaproponowałem mu, że zawiozę go zagranice moim samochodem. Zawiozłem komandora z kolegą Lechem Katkowskim i kupiliśmy piękną Lampę, jakiej w Polsce nie było. I tak się zaczęła nasza długoletnia przyjaźń. Przez następne 45 lat był moim Guru i przyjacielem. Bywał często u mnie w domu, a ja u niego w Sopocie. Był Komandorem w Marynarce Wojennej, ale zachwycał swoimi obrazami i książkami. Kiedy zapraszał mnie do swojego Atelier na poddaszu swojego domu w Sopocie, malował i cudownie opowiadał historie o swoich podróżach po świecie. A ja mu się rewanżowałem swoimi przygodami. Często wyjeżdżałem od Niego z podarowanym przepięknym obrazem żaglowca w morzu. Jako wiceprezes ZG LM spotykał się z młodzieżą, malował piórkiem i węglem i opowiadał. Jeździłem z nim na te spotkania, aż pewnego razu ogłosił młodzieży: „a teraz opowie kapitan Grycner” i tak mnie wciągnął do LMiR i na spotkania z młodzieżą. Zazdrościłem mu Jego Atelier, gdzie było tak wiele zbiorów i atmosfera dalekiego świata. A przecież ja od lat pływając zbierałem pamiątki z całego świata, nie miałem jednak gdzie tego godnie prezentować. Aż wreszcie po trzyletnim pływaniu u niemieckich armatorów, kupiłem dom, w którym był duży wolny pokój. Przyjechał Gieniu i posadziłem go na środku 30m2 pokoju i poprosiłem: „ Geniu, proszę namaluj jak ma wyglądać moja Tawerna”. Gieniu wziął arkusz brystolu i narysował moją „Kapitańską Tawernę”, a na drugim arkuszu węglem namalował „Dar Pomorza”. Tak powstała moja tawerna, dokładnie jak namalował Gieniu, a pierwszym zawieszonym na suficie eksponatem był namalowany na brystolu „Dar Pomorza”. Przez lata przybywało eksponatów i opowieści. To Gieniu „za całokształt” nagrodzony Nagrodą Conrada nominował mnie do Międzynarodowej Nagrody Conrada „Indywidualności Morskie” i potem w 2014 roku w Gdańsku mi ją wręczał. Potem przez wiele lat Gieniu z rodziną odwiedzał mnie, przywoził obraz w prezencie, zasiadaliśmy w Tawernie i długo ucztowaliśmy! W 2019 roku Gieniu odszedł „na wieczną wachtę”, a ja wygłosiłem na Jego grobie przyjacielskie „ostatnie pożegnanie”, ale w moim domu przypominają o Nim obrazy, wspomnienia i Kapitańska Tawerna. Cześć Jego Pamięci! Nigdy nie dogonię mojego Mistrza( twórcy 3000 obrazów i 7000 rysunków), bo malować nie potrafię. Napisał ponad 30 książek o tematyce historycznej marynistycznej ilustrowanych Jego rysunkami, ale ja zaraziłem się od Niego i zacząłem pisać książki, zacząłem opisywać moje marynarskie życie. W mojej Kapitańskiej Tawernie opowiadałem gościom o morzu i eksponatach (a każdy eksponat to opowieść), które zebrałem przez 45 lat mojego pływania po morzach i oceanach. Wielu przyjaciół, kolegów, zaproszonych stowarzyszeń i innych chętnych odwiedzało mnie, żeby posłuchać morskich opowieści i pooglądać eksponaty. Przyjaciel Kpt.ż.w. Lech Katkowski grał na gitarze i śpiewał, bywali też sławni lekarze, grający na gitarach i śpiewający. Odbywały się, wywiady i uroczystości, które filmowała telewizja. Jak na przykład, gdy kapitanowie śpiewali mi „Sto Lat” z okazji otrzymania przeze mnie Międzynarodowej Nagrody „Conrady Indywidualności Morskie”. Był u mnie w Tawernie mój Przyjaciel Prezydent RP Bronisław Komorowski, który przeczytał moje książki i kiedy w 2010 roku w Pucku na rynku, jako Marszałek RP i zarazem Prezes ZG LMiR wręczał mi „Pierścień Hallera”, to przedstawiając mnie Prezydentowi RP Lechowi Kaczyńskiemu powiedział: „ Kpt.ż.w. pisze piękne książki”. W mojej Kapitańskiej Tawernie leży podarowane mi przez Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego pióro wieczne z napisem Prezydent Rzeczypospolitej Polski Bronisław Komorowski Jest też oprawiony w złotej ramce list: Bronisław Komorowski Z gratulacjami i podziękowaniami Bronisław Komorowski To przysłany prezent po wręczeniu mi Międzynarodowej Nagrody „Conrady Indywidualności Morskie”. Najweselej skwitował moją Tawernę mój przyjaciel słynny satyryk Tadeusz Drozda. Stanął na środku Tawerny i stwierdził: -Wiesz znałem jednego milicjanta, co zrobił sobie bar w kształcie aresztu! Były też i poważne rozmowy, gdy zasiadali u mnie z kolegami z PSM moi przyjaciele Rektorzy WSM kpt.ż.w Eugeniusz Daszkowski, prof. dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak, nasi wykładowcy kpt.ż.w. Lech Jasiński, kpt.ż.w. Andrzej Fiderkiewicz, kpt.ż.w. Jan Pruffer, kpt.ż.w. Józef Gawłowicz, kpt.ż.w. Stefan Lewandowski, kpt.ż.w. Wiktor Czapp i inni. Najczęstszymi gośćmi oczywiście byli przyjaciele z Peesemki: Lech Katkowski, Andrzej Surmacki, Bronisław Jany, Bogusław Fiuk z małżonkami. Często bywali sąsiedzi przyjaciele Elżbieta Marszałek i Bogdan Marszałek. Z Elą organizowaliśmy przecież Flisy Odrzańskie. Kiedyś balowaliśmy w Tawernie często z Elżbietą i Ryszardem Stalińskimi i z wielu wielu innymi. Na pogrzebach naszych kolegów z Peesemki stypa była w mojej Tawernie i wtedy bywało nas więcej, bywali: Andrzej Surmacki, Lech Katkowski, Bronisąw Jany, Kazimierz Jawor, Andrzej Robaczyk, Józef Gabiński, Wojciech Klimaszewski, Michał Sadłowski, Krzysztof Poninski, Wojciech Wyganowski, Jacek Chudecki, Zbigniew Zdrowski, Światosław Kuźniecow i inni. Ale najlepszym moim przyjacielem, z którym przeżyłem długie lata był Bogdan Bakuła z małżonka Elżbietą. Często na pogawędkę i małego koniaczka wpadał do Tawerny sąsiad mój przyjaciel, nauczyciel, promotor Rektor WSM prof. dr Aleksander Walczak. A najczęściej na winko przychodził mój przyjaciel sąsiad Rektor WSM pisarz marynista kpt.ż.w. Eugeniusz Daszkowski z którym dyskutowałem o literaturze Jego i moich książkach. Z Eugeniuszem byłem w bardzo przyjacielsko związany, aż do ostatnich chwil Jego życia. Bardzo ważnymi moimi gośćmi w Tawernie byli Flisacy, którzy przyjmowani byli co roku na „Flisach Odrzańskich” w mojej Tawernie. Zawsze przynosili prezent, zwykle kawałek tratwy, a raz to nawet przytargali 40-to kilowy „Tron Retmana”. Bywał u mnie wielokrotnie żeglarz Niemiec Horst Scholz z małżonką, ten którego w 1997 roku uratowałem z na Zatoce Meksykańskiej z tonącego jachtu. Horst przypływał jachtem, czasami go remontował w Szczecinie, spał u mnie w Tawernie a potem razem z Grażynką płynęliśmy z nim do Niemiec. Były też w Tawernie opowieści żeglarskie „Braci Wybrzeża”, którym opowiedziałem jak uratowałem trzy jachty. Były liczne spotkania ze stoczniowcami- przyjaciółmi z dawnych lat i stowarzyszeniami Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Bywał u nas przyjaciel żeglarz Tomek Włoch, który wiele pomagał mi na „Skwerze Kapitanów”, z którym kiedyś budowałem mój jacht „Mamuśka”. Był ze mną wiecznie teraz na „Skwerze Kapitanów”. Bywali u nas przyjaciele Maria i Tadeusz Standowiczowie, a z Tadeuszem Chiefem Mechanikiem mogłem wreszcie pogadać jak z prawdziwym marynarzem. Tym bardziej, że byłem odznaczony przez Stowarzyszenie Starszych Mechaników Morskich. Znaczy, że mnie lubili. Wszystkie uroczystości rodzinne odbywały się oczywiście w mojej „Kapitańskiej Tawernie”. Bardzo ważne spotkania zorganizowałem u mnie w Tawernie ze studentami AMS. Na pierwsze spotkanie ze studentami zaprosiłem Rektorów kpt.ż.w. Eugeniusza Daszkowskiego i prof. dr kpt.ż.w. Aleksandra Walczaka, oraz kpt.ż.w. Józefa Gawłowicza. Poparty tymi autorytetami tłumaczyłem wtedy 10-ciu studentom i studentkom, jakie są korzyści i chwała z przynależności do LMiR. Wynikło z tego wstępne porozumienie i powstało pierwsze w historii Koło Ligi Morskiej i Rzecznej w AMS, do którego należy ponad 300 studentów, Wszystkim moim gościom wręczałem w prezencie moje książki, obligując ich do przeczytania. Spotkania filmowałem i umieszczałem ku pamięci na YouTube i na Facebooku. Czasy się zmieniły. Ludzie się zmienili. Pandemia przestraszyła ludzi i pozamykali się w domach! Moja Kapitańska Tawerna stoi pusta

FLAMENCO

Flamenco Słyszysz flamenco i myślisz Hiszpania! Słusznie! Jednym z najbardziej znanych zjawisk kulturowych w południowej Hiszpanii, a właściwie w Andaluzji, jest fenomenalne flamenco. Każdy, kto był w Andaluzji i mógł zobaczyć na własne oczy i poczuć niepowtarzalny klimat flamenco, usłyszeć muzykę, śpiew, zobaczyć taniec, czy podziwiać wspaniałe stroje, na pewno tego nie zapomni. Flamenco to taniec ognisty, zmysłowy, pełen energii i temperamentu. Na flamenco składa się taniec, ale też charakterystyczna muzyka i śpiew. Flamenco jest tańcem żywiołowym, w którym dozwolona jest improwizacja. Jego stałym elementem jest rytm oraz palos (style flamenco, które wyróżnia się w zależności od muzyki). Reszta układu zależy od tancerza i jego siły wyrazu oraz chęci zaakcentowania poszczególnych fragmentów tańca. Charakterystycznymi elementami są także dynamiczne zwroty nie tylko całego ciała, ale też samej głowy, typowy dla flamenco skręt ciała oraz szczególny ruch ramion, dłoni oraz palców, zwłaszcza u tańczących kobiet, dzięki którym tancerka może wyrażać najskrytsze emocje. Rytm wybiją zarówno tańczący jak i śpiewacy przez: Palmas - uderzenia dłonią o dłoń, Pitos pstrykanie palcami, podkreślające wykonywane ruchy, Cajón uderzenia otwartymi dłońmi o pudła, na których siedzą śpiewacy. Często, zarówno tańczący, jak i muzycy używają kastanietów. Rytm wybijają też stopami, a takie miarowe tupanie nazywa się Zapateado, natomiast zaakcentowanie wybranego elementu śpiewu lub muzyki nosi nazwę Punteado. Zarówno kobieta, jak i mężczyzna tańczący flamenco są pełni ekspresji, zmysłowi, potrafią wyrazić całą gamę uczuć, od radości po wielki smutek. Profesjonalni tancerze flamenco potrafią połączyć perfekcyjną technikę z łatwością wyrażania emocji, dzięki czemu są w stanie opowiedzieć tańcem całą historię, która poruszy widownię. Taniec jest tak ekspresyjny, że można dodatkowo wyrzucić z siebie wszystkie negatywne emocje. Flamenco dodaje przy tym energii i pobudza do działania. Jest to taniec wykonywany solo, w duecie, grupowo lub składa się z kolejnych „solówek”, wykonywanych przez poszczególnych tancerzy. Strój tancerek to przede wszystkim szeroka, kolorowa falbaniasta spódnica lub suknia (często w kolorze czerwonym, czarnym lub czerwono-czarnym) -wykorzystywana w tańcu, falbaniasty gorset i kolorowa chusta, uzupełnieniem czasem bywa wachlarz, grzebień lub kwiat. Strój tancerzy – przeważnie czarny, granatowy lub ciemnobrązowy – to obcisłe spodnie, biała koszula, obcisła kamizelka, mała apaszka pod szyją, buty wzorowane na butach do jazdy konnej z wysokimi obcasami, by lepiej wybijać rytm i charakterystyczny płaskodenny kapelusz. Kamizelka i kapelusz bywają wykorzystywane, jako element choreografii. Charakterystycznym elementem flamenco jest muzyka, do której tańczą tancerze. Wykonuje się ją przede wszystkim na gitarze. Wyróżnia się liczne style flamenco, te najpopularniejsze to m.in. solea (dość wolne tempo), zambra (bardziej zmysłowa), alegria (szybkie tempo), petenera (melancholijna), buleria (żywiołowa). Muzyka wykonywana jest przede wszystkim na gitarze (choć zdarzają się przypadki użycia fletu, skrzypiec, wiolonczeli). Z punktu widzenia charakteru wykonywanego śpiewu (muzyki) rozróżnia się następujące rodzaje flamenco: • cante jondo (cante grande): siguiriyas, soleá, tientos • cante intermedio: bulerías • cante chico: alegrías, fandango, farruca, sevillana Taniec flamenco ma swoje korzenie w religijnych tańcach orientalnych, prawdopodobnie pochodzi od katak, – czyli hinduskiego tańca. Początki flamenco datuje się na I wiek naszej ery, był to okres panowania Cesarstwa Rzymskiego. Wpływ na rozwój flamenco miał na pewno fakt wymieszania się przez wieki wielu kultur, mauretańskiej, arabskiej, perskiej czy żydowskiej. Koniec XV wieku, to okres, w którym do Hiszpanii dotarli Cyganie. Sam termin „flamenco” został wprowadzony dopiero pod koniec XIX wieku, ale jego pochodzenie nie jest do końca jasne. Wiele źródeł wspomina o „flaman” w starocygańskim zwrocie oznaczającym „dobroć”, ale również „sprośność”. Tradycja flamenco wywodzi się właśnie z Andaluzji i można tu podziwiać jego fenomenalne wykonanie na pokazach, w klubach, restauracjach i na placach Sewilli. Flamenco to nie tylko taniec czy śpiew, to całe życie. Flamenco można podziwiać tu również na ulicy. Często na Plaza de Espana – Placu Hiszpańskim, czy w okolicach placu Puerta de Jerez tańczą tancerze. Można też wybrać się na taki pokaz, do jednego z sewilskich tabalos. Klubów czy eleganckich restauracji gdzie odbywają się pokazy flamenco na przykład do Los Gallos na Plaza Santa Cruz. Kiedyś sercem flamenco była dawna dzielnica cygańska Triana. Obecnie bije ono po drugiej stronie rzeki, przy calle Castellar , lub w uliczce Macareny Peña Flamenca Torres Macarena i inne. Można wybrać jeden z darmowych, często amatorskich występów, w jednej z knajpek Sewilli. Jednym z takich miejsc jest La Carboneria. Wielokrotnie oglądałem występy Flamenco na całym świecie, ale zobaczyć występy w Sevilli w sercu jej powstania, to była wielka okazja, zwłaszcza, że nasz Powstaniec Listopadowy wyładowywał w Huelva- blisko Sevilli. Załatwiłem więc samochód od agenta i pojechaliśmy z Matką Chrzestną statku. Od agenta, z prospektów i z Internetu dowiedzieliśmy się wiele. Najpierw zwiedziliśmy Sewillę, a wieczorem zjawiliśmy się pod jednym z sewilskich tabalos. Chciałem kupić bilety, a tu pech-zarezerwowane. Staliśmy rozczarowani, gdy nagle zajechały dwa autobusy i wysypał się z nich tłum Niemców. To oni zarezerwowali nasze wymarzone tabalo. Nagle zadecydowałem. Złapałem Elę za rękę i wciągnąłem w ten tłumek szwargocących. Wyrywała się, przestraszona, ale w końcu weszliśmy razem z Niemcami, przez nikogo niepytani, kto my i dlaczego się dołączyliśmy do nie naszej wycieczki. Bez jakiegokolwiek pytania zasiedlmy na widowni. Czerwone stoliki, zielone krzesła pomalowane w kwiaty, ustawione wokół sceny, na ścianach plakaty z torreadorami – po wejściu od razu zanurzyliśmy się w świat andaluzyjskiego folkloru. Po sali chodził jakiś mesero i zbierał zamówienia. Usłyszałem jak zamawia obok siedzący Niemiec i bez namysłu zamówiłem to samo: ”zwei gin und tonic –bitte. Byłem przygotowany, żeby zapłacić, ale okazało się, że to poczęstunek w ramach wycieczki. W ten sposób na koszt Niemców nie dość, że oglądnęliśmy wspaniałe występy, ale jeszcze się napiliśmy. Występ był piękny i poruszający – trzy młode piękne bailaoras i trzech ognistych bailaoros mieli zaraźliwą energię, smutek przeplatał się w ich tańcu z radością, a śpiew był rozdzierający, a wyrażany w tańcu ból rozdzierał serca widzów. - Jezu!- oni chyba przeżywają orgazm- szepnąłem do Eli. Podświetlone od dołu tancerki rzucały dramatyczne cienie na białą ścianę, co skutkowało pięknym efektem wizualnym. Niezwykłą atmosferę poczuliśmy szczególnie pod koniec występu, podczas tzw. fin de fiesta, kiedy na scenę wyszli wszyscy tancerze a energia tej sytuacji była niesamowita. Rozgrzana do białości publika wyła ze szczęścia, a ja z Elą chyba najgłośniej. Nagle jedna z pięknych bailaoras wręczyła mi w prezencie swój wachlarz, czyżby zwróciła na mnie uwagę, chyba bo biłem najgłośniej brawo? Na dodatek piękny tancerz podarował mi kastaniety. Czy i jemu się spodobałem? To te pamiątki, teraz wiszą na ścianie w mojej tawernie i przypominają gorące rytmy flamenco i piękną tancerkę. Niemcy szaleli, a my z nimi. Podczas wyjścia przyglądali nam się z zaciekawieniem, ale nikt nie zapytał, kto jesteśmy i skąd my się tu wzięliśmy? A ja zażartowałem do przerażonej sytuacją Eli: -To było za reparacje wojenne!

CORRIDA

CORRIDA Podczas mojego 40-to letniego pływania po morzach i oceanach wielokrotnie zawijałem do Hiszpanii. Pokochałem ten kraj, jego atmosferę, kulturę, przyjaznych ludzi i mariscos. Uczyłem się hiszpańskiego, co bliżej pozwalało mi poznać ludzi, a szczególnie Señoritas. Na dodatek w Ameryce południowej, środkowej i Północnej też można było pogadać po hiszpańsku. Wszystkiego co piękne w Hiszpanii nie dam rady w jednym opowiadaniu opowiedzieć, ale chciałbym przybliżyć Corridę i Flamenco. Corrida hiszpańska to obok flamenco jeden z elementów podkreślających romantycznego ducha mieszkańców tego kraju. Jedni doszukują się w Corridzie alegorii mężczyzny pałającego do kobiety namiętnym lecz zgubnym uczuciem. Opowieści gdzie on, poddany okrutnej zabawie ponosi śmierć z rąk obiektu swojego pożądania. Inni dopatrują się w corridzie spektaklu, w którym widzowie przeżywają wraz z matadorem momenty jego brawurowej odwagi, dumy, podniecenia, drwiny oraz niekiedy strachu i cierpienia. Niektórzy z kolei twierdzą, że jest to krwawe, bezsensowne widowisko gdzie człowiek najzwyczajniej w świecie udowadnia swoją przewagę nad niebezpiecznym, chociaż podstępnie osłabionym zwierzęciem. Jedno jest pewne, corrida de toros to tradycja nierozerwalnie złączona z kulturą Hiszpanii. Toreador (torero) to zawód cieszący się od wieków wielkim szacunkiem w społeczeństwie Hiszpanii. Są to postaci niemalże wielbione przez społeczności wsi, miast i miasteczek z których się wywodzą. Najsłynniejsi stają się wielkimi celebrytami. Kariera wielu toreros zakończyła się przedwcześnie na skutek ran odniesionych w walkach na arenach corridy. Podczas widowisk noszą barwny, lśniący mieniącymi się w słońcu cekinami i złocistym materiałem strój nazywany traje de luces. Pierwszoplanową postacią wśród toreadorów oczywiście jest matador. Jednak droga każdego torero na sam szczyt jest długa, pełna ciężkiej pracy, balansowania na granicy życia i śmierci. Wielokrotnie oglądałem hiszpańską corridę na żywo, jest to teatralne widowisko podzielone na swoiste akty (tercios). Nie jest to do końca wyreżyserowane przedstawienie, gdyż nigdy nie można przewidzieć jak potoczy się każda z jego scen. Publiczność daje aplauz ale potrafi również wyrazić w żywiołowy sposób swoje rozczarowanie a nawet oburzenie. Wiadome jest natomiast, że jest to jedno z najstarszych widowisk na świecie, które odbywa się po dzisiejsze czasy. Mówi się o tym, że ma swoje korzenie w starożytności, a nawet sięga jeszcze dalej, do epoki brązu. Pewne jest, że byki były zwierzętami, które brały udział w charakterze bestii na arenach starożytnych Rzymian tocząc krwawe walki z lwami, niedźwiedziami oraz z ludźmi (wg. niektórych przekazów konno miał z nimi walczyć sam Juliusz Cezar). W niektórych regionach Hiszpanii odchodzi się od tej tradycji. Przykładem jest Katalonia, gdzie zgodnie z uchwałą autonomicznego parlamentu zabrania się publicznych pokazów walk byków. Obecnie corrida praktykowana jest w podobnej formie w wielu krajach Ameryki Łacińskiej, Portugalii oraz na południu Francji. Kiedy mój statek zawinął do Huelva w Andaluzji wybrałem się na to widowisko na słynną Plaza de Toros Real Maestranza de Caballería w Sewilli i zasiałem w ławce (tendido)w cieniu (sombra). Bilety na corridę kosztują od kilku do nawet kilkuset euro. Ich cena jest zależna od wielu rzeczy: miejscowości w której znajduje się dana arena, dnia w którym się odbywa czy typu miejsca przeznaczonego na widowni najdroższe miejsca dla VIP, potem kategoria 1, kategoria 2 / sol, sol y combra i sombra). Miejsca na owalnej arenie, zapełnione były po brzegi, podzielone na cztery kategorie. Widzowie zasiedli w ławkach (tendidos) i na balkonach (palcos). Można było wybrać miejsca w słońcu (sol) lub bardziej komfortowe z uwagi na hiszpańskie warunki pogodowe miejsca w cieniu (sombra), ewentualnie zmieniające zacienienie w trakcie widowiska (sol y sombra). W honorowym miejscu trybun znajdowała się loża gdzie siedział przewodniczącego corridy (presidencia), jakiś dygnitarz reprezentujący urząd miasta. W samym centrum plaza de toros na ruedo (potocznie zwane także albero lub redondel), było ubite piaszczyste podłoże, na którym miały toczyć się walki. Na całym obwodzie otaczała je drewniana, wysoka na 1,5 m ścianka nosząca nazwę barrera. Od środka wkomponowane były w nią parkany burladeros, za którymi w razie nieprzewidzianych kłopotów może schronić się torero. Za barrerą znajdował się otaczający ją korytarz callejón, w którym czekali na swoją kolej aktorzy spektaklu, pomocnicy oraz obsługa reagująca na dziejące się na arenie zdarzenia (poprzez jedne z drzwiczek mogą błyskawicznie pomóc będącemu w opałach toreadorowi). Do piaszczystego placu prowadziły dwa wejścia. Jedno dla matadora wraz z jego zespołem (puerta de cuadrillas) oraz drugie dla byków (arrastre de toros lub puerta de toriles). Byki biorące udział w walkach w trakcie pokazów corridy to autochtoniczna, hiszpańska odmiana toro bravo. Cechuje je przede wszystkim ognisty temperament, agresywność, potężna siła, masywna budowa ciała oraz duże, skierowane do przodu rogi. To co odróżnia męskie osobniki toro bravo od innych podgatunków bos taurus primigenius to jego reakcje w obliczu niebezpieczeństwa ze strony innych stworzeń (w tym człowieka). Hiszpańskie byki atakują stanowiący zagrożenie obiekt, podczas gdy pozostałe odmiany uciekają. Gotowe do stoczenia walki byki osiągają masę ciała wynoszącą około pół tony. Byki bitewne hodowane są na specjalnych fermach w całej Hiszpanii, chociaż za ojczyznę toro bravo uznaje się rozległe łąki (dehesy) w Andaluzji. Wkrótce po kończących ich żywot walkach, mięso zwierząt trafia na stoły hiszpańskich restauracji i domostw. Uważa się, że wyzwalająca się wtedy adrenalina nadaje mu niepowtarzalny, ostry smak (a za największy rarytas uznaje się ogon byka). Utarte w świadomości ludzi wyobrażenie iż byk reaguje agresją na kolor czerwony jest podobno mitem. W rzeczywistości zwierzęta te nie rozróżniają barw (daltonizm). Podczas corridy uśmiercanych jest sześć byków (przypadają po dwa na każdego matadora). Corrida to swoisty rytuał, mieszanka doskonale zaaranżowanego spektaklu z wielką dawką grożącą śmiercią improwizacją. Widowisko rozpoczęło paseíllo na arenę wkroczyło dumnym krokiem trzech toreadorów i dwóch rejoneadores walczących z bykami konno wraz z ich zespołami złożonymi z banderilleros, jadących na koniach picadores oraz pozostałych pomocników tzw. mozos. Na samym czele pochodu jechali alguacilillos (dawni namiestnicy), którzy prosili przewodniczącego (presidente) o symboliczne klucze do wrót za którymi oczekują waleczne byki. Towarzyszyły temu donośne dźwięki muzyki pasodoble. Dumny pochód przemaszerował dookoła ruedo przedstawiając się publiczności. Później rozpoczęła się pierwsza seria pokazów walk podzielona na trzy tzw. tercios, w których skład wchodzą także dwie tzw. suertes. Pierwsza część widowiska o nazwie corrida de toros to tercio de varas. Podczas niej matador wykonał zgrabne manewry kolorową płachtą zwaną capote. Rozdrażnił byka i spowodował jego wyjątkowo niebezpieczną szarżę. Największy aplauz publiczności wywołał sytuacją, w której atakujący toreadora byk został wytrącony z równowagi i padł na kolana. Pierwszą "tercio" zakończyło suerte de capote, podczas której matador wykonał ten jeden z najtrudniejszych manewrów będących świadectwem jego odwagi. Później na arenę wjechali konno picadores zaopatrzeni we włócznie. Jeden z nich zadał bykowi z góry głębokie dźgnięcie lancą w okolice karku. Publika wyła, gdy szarżujący byk prawie nie powalił konia (osłoniętego szczelnie zbroją przypominającą materace) z którego atakował pikador. Rozpoczęła się tercio de banderillas, piesi banderilleros usiłowali wbić bykowi w garb parę krótkich włóczni zakończonych wstążkami oraz haczykowatym grotem. Udawało im się odskoczyć w odpowiednim momencie sprzed rogów szarżującego na nich byka. Tercio zakończyło się gdy wszystkie sześć banderillas znalazło się w karku byka. Wreszcie na arenę dumnie wkroczył Matador to była ostatnia część pojedynku to tercio de muerte-śmierci. Pomimo że byk był już znacznie osłabiony i mocno wykrwawiony jednak dalej był niebezpieczny dla życia matadora. Matador wyposażony był w znacznie mniejszą niż w pierwszej tercji płachtę nazywaną muleta. Matador wykonał wiele ryzykownych manewrów (suerte de muleta), sprawiających wrażenie tańca wyjątkowo zuchwałego, a nawet stojąc odwrócony do bestii plecami, przy ogólnym gorącym aplauzie szalejącej publiczności. Kiedy już poczuł, że zwierzę nie stanowi wielkiego zagrożenia zadał mu śmiertelny cios trafiając precyzyjnie szpadą o nazwie estoque w miejsce wielkości monety znajdujące się w okolicach karku byka. Udało mu się to za pierwszym razem i znowu otrzymał donośny aplauz publiczności. Byk padł na kolana. Chwilę tak trwali, on zwycięzca i byk pokonany. Widownia zamilkła… A może jeszcze wstanie?- chyba myśleli. Nagle, jednak runął na bok i skonał, a tłum zwycięsko zawył. W nagrodę Matador mógł wziąć określone trofeum w postaci uszu zabitego byka lub jego ogona. Obciął więc uszy byka i i dumnie wzniósł do góry pokazując zachwyconej publiczności. Tłum znowu zawył i zaczął rzucać na arenę prezenty dla zwycięscy. A On szedł dumnie wokoło areny i zbierał dary, ale czasami niektóre z nich odrzucał na widownię. A ja ! Ja rzuciłem mu mój bukłak napełniony winem „Sangria”- bycza krew. Podniósł go wysoko nad głowę i strumykiem lał prosto do gardła. Wypił sporego łyka, a następnie odrzucił mi bukłak i pozdrowił dziękując. To ten bukłak, który teraz wisi na ścianie mojej Tawerny i przypomina mi tego wspaniałego matadora i Jego mrożącą krew w żyłach walkę z bykiem. Z niego to pijemy z kolegami Sangrię i krzyczymy Olé! Brawo!

MIĘDZYNARODOWA NAGRODA "CONRADA"

MIĘDZYNARODOWA NAGRODA „CONRADA” „INDYWIDUALNOŚCI MORSKIE” W mojej tawernie stoi sześciokilowa statuetka z brązu Josepha Conrada Korzeniowskiego. W świecie jest 107-miu laureatów tej nagrody z całego świata, a wśród nich jest aktualny król Norwegii Harald V. Nagroda ta była przyznawana za wybitne osiągnięcia w dziedzinie żeglarstwa, kultury morskiej, nauki, gospodarki morskiej i popularyzacji problematyki morskiej. Dnia 08.marca 2014 r. wręczono mi ją w Gdańsku w XVII-to wiecznej Tawernie „Zejman”. Tą Międzynarodową Nagrodę Conrada „Indywidualności morskie”, wręczył mi mój nauczyciel kmdr Eugeniusz Koczorowski laureat tej nagrody, który mnie do niej nominował. W obecności laureatów i zaproszonych gości komandor Eugeniusz Koczorowski wygłosił laudację. Zostać Kapitanem Żeglugi Wielkiej to wyzwanie dla młodego człowieka. Do osiągnięcia tego celu, czeka przed nim drabina, po której będzie się wspinał. Uczelnia, praktyka, kursy, pozyskiwanie patentów i dalsza kariera zawodowa, która będzie uzależniona od zdolności zawodowych i kolejnych kursów udoskonalających. Tak więc kapitanem staje się dzięki wykształceniu, doświadczeniu i rutynie. Natomiast Indywidualnością Morską w tym zawodzie się bywa. Decyduje o tym dodatkowo osobowość, charyzma, wrażliwość postrzegania innego od lądowego środowiska morskiego. Grycner oddał morzu 46 lat swojego życia. To inna kultura, obyczaje, ceremonia, historia, tworzą otoczkę kulturową tego zawodu. Prowadząc wykłady na kursach kapitanów żeglugi małej i wielkiej zauważyłem niezwykłe zainteresowanie Włodzimierza Grycnera morską tematyką. Połknął bakcyla. Uczestniczył w moich spotkaniach autorskich w szkołach szczecińskich. A następnie sam także występował na spotkaniach z młodzieżą. Zaczął wykazywać niezwykłą aktywność społeczną w Lidze Morskiej, zwłaszcza w organizacji Flisów Odrzańskich, pełniąc przez 18 lat funkcję Komodora. Pisał również opowiadania zamieszczane w prasie, a następnie książki. Włodzimierz Grycner będąc bowiem szalenie barwną postacią, obdarzony poczuciem humoru, optymistycznie nastawiony do świata i ludzi, obdarzony cechą wspaniałego gawędziarza, przelewa na karty stron równie barwne opowiadania. To niewydumane opowieści powstałe z potrzeby pisania. To oryginalne autentyki! Ambitny, zarówno pierwszy wśród równych, zaczął mnie fascynować swoją osobowością i stał się, nie ukrywam, moim serdecznym oddanym przyjacielem. Zatem z ogromną satysfakcją w imieniu kapituły, wręczam statuetkę CONRADA, którą równie dobrze można nazwać Morskim Oskarem. Kmdr Eugeniusz Koczorowski Nagle zauważyłem siedzącą w pierwszym rzędzie Panią Dyrektor mojego Liceum Ogólnokształcącego. -Skąd oni się tu wzięli?- pomyślałem zdziwiony. Okazało się, że jest ich cała delegacja z Chełmży. Nagle wystąpili na scenę i Pani Janina Nowacka Dyrektor Zespołu Szkół Chełmża złożyła mi gratulacje, wręczyła obraz mojej szkoły w Chełmży i kwiaty (co wywołało uśmiechy, bo był 8-my marca- Dzień Kobiet) Piękny obraz mojej 100-letniej szkoły był podpisany: „Kapitanowi Włodzimierzowi Grycnerowi absolwentowi Liceum Ogólnokształcącego w Chełmży gratulacje z okazji otrzymania Międzynarodowej Nagrody „CONRADY Indywidualności Morskie” oraz Nagrody POZŻ im. Conrada składa Społeczność Zespołu Szkół w Chełmży i napisanie dziewięciu książek w tym jedna w siedmiu językach (o tematyce morskiej), oraz e-booki i audiobooki książki: „Życie marynarskie”. Gdańsk, 8 marca 2014 roku.” Zaprosiłem na tę uroczystość do Gdańska moich przyjaciół ze Szczecina kpt.ż.w. Lecha Katkowskiego i kpt.ż.w. Bogusława Fiuka, przyjechał też z Ulanowa Retman Mieczysław Łabęcki. Oczywiście asystowali mi podczas wręczania w kapitańskich mundurach, a Retman w bogatym stroju Flisaka. Potem już było bogate przyjęcie, piliśmy, jedliśmy i śpiewaliśmy razem z Komandorem Eugeniuszem Koczorowskim i delegacją z Chełmży. A grał na gitarze i śpiewał nam kpt.ż.w. mój przyjaciel Lech Katkowski. Po powrocie do Szczecina dostałem list od Pani Dyrektor: Serdecznie witam Pana Kapitana! Bardzo dziękuję za to, że mogłam uczestniczyć w tak wspaniałej i ważnej dla Pana oraz dla nas – społeczności szkolnej uroczystości. Jesteśmy dumni z Pana dokonań i cieszymy się, że zostały one docenione tak bardzo wysokim wyróżnieniem jakim jest nagroda Conrady. Było nam bardzo miło, że zostaliśmy w tak piękny sposób przez Pana powitani. Słowa, które wypowiedziałam i tak nie ukazały naszej wdzięczności i dumy, że jest Pan naszym absolwentem. Jeszcze raz serdecznie gratulujemy. Część nieoficjalna zostanie nam również na długo w pamięci. Było nam z Panem i wszystkimi Pana gośćmi wspaniale. Prosimy pozdrowić od nas wszystkich, również rodzinę i życzyć „Tak trzymać” (to przecież Pana słowa). Dziękuję za przesłane zdjęcia. Pragnę poinformować, że w naszym szkolnym Multimedialnym Centrum Informacji, na każdej przerwie uczniowie oglądają prezentację multimedialną z dostępnych nam materiałów i film z uroczystości emitowany na stronie YouTube. W miesiącu kwietniu, na zakończenie roku szkolnego dla absolwentów, zostanie wszystkim wręczone czasopismo szkolne „Ogólniak”, a w nim artykuły związany z Pana osobą. W kronice szkolnej chciałabym również umieścić artykuł tematycznie związany z Międzynarodową Nagrodą Conrady Indywidualności Morskie – 2014, który na pewno ukaże się w Waszych wydawnictwach. Proszę o niego. W moim gabinecie została powieszona rzeźba żaglowca, za którą jeszcze raz dziękuję. Bardzo serdecznie pozdrawiam, liczę na kolejne spotkania w naszej Chełmży. Janina Nowacka – Dyrektor A u mnie w tawernie zjawili się w mundurach Kapitanowie koledzy z PSMKI, moi nauczyciele i przyjaciele: Lech Katkowski, Andrzej Surmacki, Bronisław Jany, Bogusław Fiuk, Andrzej Robaczyk, Michał Sadłowski, Krzysztof Poniński, Wojciech Klimaszewski, Kazimierz Jawor, Bogdan Bakuła i moi wykładowcy Lech Jasiński i Andrzej Fiderkiewicz. Przybyła też telewizja szczecińska i nagrywała, nagrywała, a najbardziej wzruszająco było jak moi koledzy i nauczyciele śpiewali mi „Sto lat! Sto lat!. Sto lat! Niech żyje, żyje nam!

CHRZEST MORSKI

CHRZEST MORSKI Na suficie mojej Kapitańskiej Tawerny jest wiele certyfikatów i dyplomów. Są dyplomy moje nagrody z konkursów literackich i wiele innych. Wśród nich są morskie dyplomy potwierdzające odbyte rejsy mojej rodziny- żony Krystyny, córki Magdaleny i syna Radosława. Ale jest też Certyfikat „Chrztu Morskiego” mojej żony Krystyny. W 1975 roku na m/s „Generale Świerczewskim” popłynęliśmy do Brazylii Mangaratiba i była wycieczka do Rio de Janeiro. Płynęła ze mną wtedy moja małżonka Krystyna. Przecinaliśmy więc równik i nadarzyła się okazja, żeby Ją ochrzcić. Ja byłem już dawno ochrzczony w 1967 roku na m/s „Szczawnicy” w podróży do portów Afryki, dlatego teraz mogłem, to ja między, innymi dokonać tego tradycyjnego obrzędu. Albowiem zgodnie z odwieczną marynarską tradycją, przekraczając równik należy ochrzcić tych, którzy go po raz pierwszy przekraczają, czyli Neofitów. Do dziś pamiętam smak cuchnącej borowinki, gdyż do beczki wsadzono mnie dwa razy i w dodatku głową w dół. Zadbano, abym zassał kilka łyków. Pamiętam ból umęczonego brzucha, gdy ściągnięto mnie z masztu. Wisiałem tam dłuższy czas na pasie strażackim, przełamany jak scyzoryk, zażywając „górskiego powietrza”. Jednak teraz z dumą noszę nadane mi wtedy morskie imię Orion. Potem wiele razy sam chrzciłem innych, a będąc kapitanem organizowałem Chrzty Morskie. Tym razem jednak na „Generale Świerczewskim” byłem drugim oficerem i pełniącym obowiązki lekarza. Dlatego na Chrzcie Morskim wystąpiłem jako lekarz, a sanitariuszem był steward. A było jak tradycja ceremoniału nakazuje: Już na tydzień przed równikiem po ogłoszeniu, że odbędzie się Chrzest Morski, załoga podzieliła się na dwie grupy - już ochrzczonych, czyli prawdziwych marynarzy, oraz Neofitów pozbawionych czci i honoru kandydatów na marynarzy. Dla tych ostatnich rozpoczął się teraz gorący okres przygotowań do doniosłej w marynarskiej karierze ceremonii. Neofici dręczeni byli wizjami okrutnych prób, jakich mogą oczekiwać, a które załamałyby niejednego Rambo. Na szotach pojawiła się bogato ilustrowana i wierszowana korespondencja między Neofitami a Świtą Neptuna. Diabły Neptuna opisywały, co to zrobią ze Wstrętnymi Neofitami. Oni zaś odpowiadali butnie, że niczego się nie boją, chociaż w gaciach mają już pełno. Wszyscy uczestniczyli w przygotowaniu stosownych strojów, dekoracji i narzędzi tortur. Świta tworzyła reżyserię ceremonii, rozdzielała role, które każdy sam musi przygotować. Neofici, przykładając się przy produkcji insygniów władzy Neptuna, czy też garderoby Lucyfera i diabłów, mieli cichą nadzieję zjednania sobie łask. Starali się ocieplić koleżeńskie stosunki z Lekarzem, Fryzjerem, Diabłami niespotykaną dotychczas grzecznością i uczynnością. Wszystkie te starania okazują się jednak daremne i niezauważane przez nikogo ze Świty Neptuna. Status Wstrętnego Neofity czyni płonnymi nadzieje na odrobinę choć protekcji z ich strony. Zatrważające wizje okrutnych zabiegów „lekarskich” i „kosmetycznych”, jakie czekają Neofitów, czy też perspektywa degustacji „specjałów” ze stołu biesiadnego Neptuna, przyprawia ich o swędzenie skóry, odruchy wymiotne i palpitacje serca. Strach pogłębia zbiórka gipsu przez Lekarza, który jakoby szykowany jest na ewentualne złamania, które - jak wieść niesie – zdarzają się podczas chrztów bardzo często. Neofici zaczynają jeść posiłki samotnie, z dala od Diabłów, niekiedy przenoszą się nawet na polerek. Niestety, odwrotu nie ma. Chcąc wejść do grona Braci Marynarskiej i stać się jej godnym, trzeba poddać swą osobę wyszukanym zabiegom, hartującym Duszę Marynarza i przysposabiającym jego ciało do trudów morskiego żywota. Chrzest Morski, uświęcony tradycją ceremoniał marynarski, uczył i uczy świeżo przybyłych na morze respektu i pokory wobec nieokiełznanych sił przyrody i pozwala zrozumieć, jak w obliczu potęgi żywiołu marnym okruchem jest człowiek, nawet ze swym nowoczesnym, stalowym i nafaszerowanym elektroniką statkiem! Ale oto zbliża się już czas Wielkiej Próby. Opowieści, jak to bywało podczas innych chrztów, umiejętnie podwyższają napięcie i tak już sięgające zenitu. Wcześniej nadano Neofitom brzydkie imiona, które – wywieszone na korytarzach napawają czytających prawdziwym obrzydzeniem. Są tak wstrętne, że nie sposób ich tu przytoczyć. Zhańbieni w ten sposób Neofici, dostępują jednak zaszczytu stawienia się przed oblicze Świty Neptuna, w celu złożenia podań i prezentów, które powinny wyjednać zmianę brzydkiego imienia na godniejsze. Ubiegający się podpiera podanie prezentem, mającym dopomóc w przekonaniu Neptuna i jego wysłanników - Pirata, Trytona i Diabłów - o jego zasadności. Jednocześnie Czcigodne Gremium poddaje Neofitów sprawdzianowi z wiedzy ogólnej oraz znajomości marynarskiego fachu, a także bada jego uzdolnienia artystyczne. Podania bywają więc i takie jak np. było moje: - „Dostojny Rexie i Najczcigodniejsza Świto! Zwracam się do Was, a szczególnie do Ciebie Najjaśniejszy z Jasnych, Najpotężniejszy z Potężnych, Najmądrzejszy z Mądrych. Wejrzyj łaskawie swym wszystko widzącym okiem na mą nędzną kreaturę Wstrętnego Neofity. Tenże Wstrętny Neofita, najniższy ze sług Twoich, jakże jednak Ci wierny i oddany, na korabiu tym rzucony gdzieś pośród bezmiaru Twego Królestwa, ma czelność błagać Cię...O Wielki wybacz! Zechciej łaskawie z mej marnej persony, hańbiące piętno Wstrętnego Neofity zetrzeć, przychylając się do prośby o zmianę imienia mego „Gwiazdo Jebek”, szlachetnego wprawdzie – bo nadanego przez Twą Wspaniałą Świtę – na szlachetniejsze i jeszcze głośniej sławiące Twe Wielkie Imię. Dostojny Rexie, imię Orion - rycerz nieba - godnie bym nosił i dzielnie bronił Twego Królestwa. Upraszając Twej łaski o zaliczenie do Grona Braci Marynarskiej, wiedz zarazem, jak głębokim szacunkiem darzę Ciebie i Twą małżonkę Prozerpinę, czego wyrazem niech będzie ten skromny Bukiet, jaki składam za Twoim przyzwoleniem i pośrednictwem u jej stóp. Twój uniżony sługa Wstrętny Neofita „Gwiazdo Jebek”. Tak zredagowane podanie oraz wyskokowy prezent (bukiet)– buteleczka! – Bukiet, składa się u stóp Prozerpiny, gdyż serce kobiet zawsze jest łaskawsze dla marynarzy. W ten sposób delikwent zjednuje sobie Neptuna i Świtę, dostępując zaszczytu stemplowania. Wieczorem, po zachodzie słońca, Neofici zostają zebrani na pokładzie pod siatką i ochłodzeni morską wodą z węża pożarowego. Przy akompaniamencie dzwonów, gongów i statkowej syreny, ze siatki za burtą wyłania się Orszak Świty Neptuna. Idzie pokładem głównym od dziobu, pod przewodnictwem Trytona, w blaskach niesionych pochodni. A diabły, pod dowództwem Lucyfera, straszliwie wtedy wyją! One właśnie i Pirat wyciągają z pod siatki kolejnych Neofitów, rzucając ich na kolana, a potem ciągną przed oblicze Trytona. Diabły chłoszczą nieszczęśników ogonami, odbywając czasem krótką przejażdżkę na ich grzbietach. Stempel, stanowiący dowód dopuszczenia do chrztu, przystawia Pirat na czole, piersiach, plecach, no i tam, na czym zwykle się siedzi. Każdy ostemplowany Neofita otrzymuje jednocześnie zadanie do wykonania na noc. W zależności od dotychczasowego sprawowania, Neofici otrzymują polecenia o zróżnicowanym stopniu trudności. Począwszy od spania na podłodze z butem przy policzku, aż po sen na kolanach w łazience ze sraczykiem pod głową. Zlekceważenie poleceń jest uznane za brak czci należnej Świcie Neptuna. Sprawdzaniem tego wszystkiego zajmują się w nocy Diabły. Nazajutrz nadchodzi wreszcie tak „upragniony” przez Neofitów dzień. Na pokładzie, przy ryku syreny statkowej, pojawia się Neptun z Małżonką i Świtą, a także Kapitan statku. Następuje uroczyste przekazanie władzy w ręce Neptuna, po czym Kapitan w dowód uznania zostaje odznaczony Wielkim Krzyżem Morskim. Pamiętam, gdy już byłem Kapitanem, Neptun odznaczając mnie stwierdził: - Słyszałem, że załoga Cię chwali, bo się dobrze trzymasz na fali. Kapitan częstuje winem, wita Neptuna, całuje rączki Prozerpiny i zaprasza wszystkich na statek. Wysokie Gremium zasiada za honorowym stołem, a Diabły gonią Neofitów pod rozpostartą na pokładzie siatkę – czyli do Piekła- polewają ich tam morską wodą, podrzucając zgniłe jaja, żeby im „uprzyjemnić” oczekiwanie przed chrztem. Diabły kolejno wyciągają Neofitów z pod siatki, rzucają na kolana, zakładając im na szyję dwudziestokilową szaklę. Potem jadą na nich wierzchem, waląc ogonami. W ten sposób docierają do kolejnych stanowisk torturowania. Najpierw Neofitę musi przebadać Lekarz. Wyleczyć go, żeby całkowicie zdrowy mógł stanąć przed obliczem Neptuna. Lekarz z Sanitariuszem rzucają pacjenta na Madejowe Łoże, z którego sterczą śruby i kapsle po piwie. Tam wiążą go łańcuchami i rozpoczynają badanie. W jego trakcie rozpoznają u pacjenta wiele chorób i aplikują mu natychmiastową terapię. Garbusów wałkują kanciastym, obitym kapslami, wałkiem, żeby im wyrównać garba. Głuchych podłączają do rogu mgłowego, żeby im przedmuchać bębenki. Taka próba poruszyłaby przysłowiowy pień drzewa, a co dopiero człowieka. Erotomanom aplikują tabletki antykoncepcyjne, ciężko je przełknąć, bo są śmierdzące, ale jest przecież napój do popicia, też zresztą cuchnący. Płyn ten, w połączeniu z tabletką, może doprowadzić trzewia Neofity do wywrócenia na lewą stronę, co tym samym gwarantuje usunięcie źródeł zakażenia, nabytych wraz z pokarmem mniej więcej w okresie niemowlęcym. Oczywiście, nie może obejść się bez baniek, które jak wiadomo są sprawdzonym przez ludową medycynę środkiem leczniczym. Jednak w wydaniu morskim bańki różnią się nieco kształtem od lądowych. Są to po prostu gumowe przepychaczki do zlewów i kanalizacji, dodatkowo maczane w różnokolorowych farbach olejnych. Niedorozwiniętym aplikują inhalacje odświeżające mózg, zarzucając im na głowę specjalnie skonstruowany inhalator. Wielu ma choroby weneryczne i hemoroidy, więc smaruje się ich z przodu i z tyłu towotnicą. Nerwowym sanitariusz aplikuje krótkie wstrząsy elektryczne, podłączając do induktora. Dobry Lekarz rozpoznaje jak najwięcej chorób, wszystkie wyleczy, a na kurację kieruje do sanatorium. Należy dodać gwoli rzetelności, że jak przystało na Gabinet Lekarski, wszystkie zabiegi przeprowadzane są przy zastosowaniu znieczulenia. Ma ono kształt pokaźnych rozmiarów młota, którym sanitariusz uspokaja cierpiącego w ten sposób, że wali go potężnie w łeb. Wiadomo, że w sanatorium aplikuje się borowinki, więc Diabły ciągną delikwenta do beczki z borowinką i zanurzają po szyję w czarnej, cuchnącej cieczy. Płyn ten spełnia jednocześnie kilka funkcji. Usuwa oznaki reumatyzmu, dezynfekuje, oczyszcza organizm z niedawno zjedzonego obiadu i oczywiście, hartuje ogólnie Neofitę. Kiedy już odmoknie, Diabły zabierają go do Rekina. W tym siedmiometrowym worku, uszytym z brezentu, czekają go niespodzianki: ślizga się w czarnym smarze oraz jeździ na rozrzuconych śrubach i kapslach od piwa. Diabły utrudniają mu przeczołganie się przez Rekina, dosiadając go i lejąc z węży strumienie wody, kierowane z obu stron worka. Oblepionego czarną mazią i opitego morską wodą, wyciągają potem pół żywego na maszt, ażeby dotlenił się „górskim powietrzem”. Wisi tam na strażackim pasie i bywa, że Diabły o nim zapominają. Zdrowy nareszcie Neofita może już zostać skierowany do Salonu Piękności. Tam Fryzjer ma go wypięknić, aby mógł stawić się przed obliczem Neptuna. Bywa jednak, że Neofita nagle zasłabnie i Lekarz zabiera go na powtórne leczenie. W końcu całkowicie już zdrowy Neofita zasiada wygodnie w fotelu fryzjerskim, wyposażonym w sterczące śruby. Mistrz fryzjerstwa, wspierany przez pomocnika, na wszelki wypadek przywiązuje klienta do fotela, zarzucając mu na szyję deskę klozetową. Potem moczą mu nogi w specjalnym płynie do usuwania odcisków i pozostałości reumatyzmu, który gwarantuje powodzenie pedicure. Klient ma też możliwość lektury licznych haseł reklamowych Salonu Piękności. Są tu między innymi takie: - Od dziś golę na dole, Gdy się zjawisz u Fryzjera, będziesz piękny jak cholera. Klient nasz pan, dlatego Fryzjer aplikuje mu pełny zestaw zabiegów, a więc pedicure, manicure, masaż, a także fryzurę na życzenie, łącznie z punkową. Utrwalają jej kształt szampony ze zgniłych jaj. Zaś cerę poprawiają różnorakie maseczki pudrowane mąką. Przyszli kapitanowie otrzymują gratisowo cztery paski, malowane na ciele farbą olejną. Tak wypiękniony Neofita musi jeszcze zjawić się u Astrologa, gdzie należy wykazać się umiejętnością liczenia gwiazd, mając głowę wsadzoną do wiadra z wodą. Astrolog odczytuje w gwiazdach przyszłość Neofity i stawia mu Horoskop. Wysłuchawszy przepowiedni Astrologa, Neofita z dwudziestokilową szaklą na szyi, rusza na kolanach do stóp małżonki Neptuna Prozerpiny. Oddając wyrazy szacunku, całuje Wielki Palec jej stopy oraz artystycznie wykonaną niewątpliwą oznakę kobiecości. Ci z delikwentów, którzy szczególnie przypadną Prozerpinie do gustu, dostają w nagrodę do wylizania patelnię ze starym, zjełczałym tłuszczem. Wreszcie Neofita staje przed obliczem Jego Wysokości Neptuna Rexa, który zaprasza go do degustacji specjalnie przyrządzonych kanapeczek i napojów wyrywających wnętrze żołądka. Niejednemu Neoficie kanapeczka powraca. Niezbędna jest wtedy interwencja Lekarza, który chorego zabiera znowu do Gabinetu Lekarskiego. Jednakże nieprzyjęcie poczęstunku mogłoby być poczytane za obrazę Czcigodnej Świty. Zdesperowany, przełamując odruchy obronne organizmu, Neofita przełyka więc kanapkę i jednym haustem wypija zalatującego śledziem drinka. Ostatnią próbą zmaltretowanego Neofity jest wykazanie się przed Wysoką Świtą pokazanie zdolnościami artystycznymi. Musi zaśpiewać, powiedzieć wierszyk bądź zatańczyć. Wydawałoby to się proste, ale nie dla kogoś, który przeszedł tyle prób i nie widzi, gdyż oczy zalewa mu czarna maź, nie słyszy po próbie słuchu, żołądek wyrywa mu się za burtę i jest zupełnie wyprany z sił. W moim przypadku, udało mi się wydukać jakiś wierszyk i odpowiedzieć na pytania Świty. Wreszcie poczułem uderzenie Trójzębem i usłyszałem słowa Neptuna - Widząc Lico twe zmartwione, zwię Cię Bratku więc Orionem. W chwilę później żołądek dokonał samooczyszczania i w ten sposób na własne oczy ujrzałem opuszczające mój organizm szczątki Wstrętnego Neofity. Całe szczęście, było to już na osobności i umknęło uwadze Lekarza. W przeciwnym przypadku z pewnością wylądowałbym znowu w Gabinecie Tortur. Uroczystość dobiegła końca Gdy wreszcie moja małżonka dotarła do Astrologa, wyjął lupę, spojrzał w gwiazdy, po czym wiele nie dumając, ryknął Jej w ucho. Dumnie patrzysz w niebo Bądź Boginią miłości Wenus Twoje imię Ku męża radości! Radości w małżeństwie nie było przez następne trzy dni, bo moja małżonka była na mnie obrażona, za okrutne (wg niej) traktowanie. Co prawda, miała rany na kolanach po przejściu rekina i nie mogła zdrapać czarnej farby ze skóry, ale przecież nie siedziała w beczce i nie wisiała na górskim powietrzu, a kanapkę i popitkę po znajomości dostała zjadliwą. Trzeba jednak przyznać, że dzielnie z zaciśniętymi zębami przeszła wszystkie tortury. Tego samego dnia po zachodzie słońca na rufie odbywa się uroczystość wręczenia dyplomów tym wszystkim, którzy przetrwali wszelkie próby i zostali prawdziwymi Wilkami Morskimi. Przy stole biesiadnym zasiedli wszyscy jedząc, pijąc i swawoląc. Ja też tam byłem. Trochę zjadłem i wypiłem, Ważne, że się zabawiłem, Wszystko co widziałem, Szczerze Wam opowiedziałem. A żona nabrała do mnie większego szacunku i rozchmurzyła się! Dumna była, że przeszła „Chrzest” jest teraz prawdziwym marynarzem, cieszyła się podróżą jak marynarz, a szczególnie ucieszyła się wycieczką do Rio de Janeiro.

BULAJ

BULAJ Zamustrowałem jako kapitan na małego cementowca, na którym nieszczęścia „chodziły parami”. Odebrałem, m/s „Cemmo” na doku w Gdyni, gdzie leczył rany w dziurawym dnie po mieliźnie na angielskiej rzece Humber. Po remoncie ruszyliśmy znowu na morze i rozsypał się worek nieszczęść. Najpierw duński pilot w Ålborgu wpakował statek na róg nabrzeża i zrobił dziurę w lewej burcie na dziobie. Później ładowaliśmy cement, który sypano wężem prosto z cementowni. W pewnej chwili urządzenie pękło. Rozległ się huk, a nasz statek został pokryty trzydziestoma tonami szarego proszku. Załoga rzuciła się do spłukiwania, bo gdy cement stwardnieje, trudno go usunąć. Zajęło to trochę czasu, więc zabrałem się do reperowania dziury i wymiany zardzewiałych wręgów, których nie wymieniono w Gdyni. Potem popłynęliśmy do Anglii, na tę słynną rzekę Humber, która miała nas zaprowadzić do Goole. Załadowani byliśmy cementem do pięć i pół metra zanurzenia, bo na tyle pozwalała rzeka. Dostałem angielskiego pilota, który zaczął robotę od poprawiania mojej mapy. - Captain – powiedział, pukając palcem w mapę – Na tej rzece nigdy niczego nie można być pewnym. Proszę, tej oto wyspy już nie ma! Powstała nowa! Nie wiemy też, jaki naprawdę jest stan wody. O, teraz miało być tutaj sześć metrów, a jest pięć i pół. Możemy więc zaryć w dno... Włosy stanęły mi dęba. Dobrze bowiem pamiętałem krzyki starego kapitana w Gdyni, który wołał, że nigdy już nie popłynie na rzekę Humber. Tymczasem szorowaliśmy dnem po mule, a „Cemmo” źle słuchało steru. Bałem się coraz mocniej, zwłaszcza że przed śluzą w Goole trzeba było rzucić kotwicę na silnym prądzie, obrócić statek i rufą płynąć w górę rzeki. Pilot nadal narzekał. - To właśnie tu „Cemmo” wpadło wcześniej na mieliznę. Popękało dno i woda dostała się do ładowni z cementem. Myśleliśmy, że statek jest stracony. Mieliśmy przechył ponad trzydziestu pięciu stopni na burtę. Okropnie to wyglądało...- opowiadał Chief Oficer. Tym razem jednak się upiekło. Szczęśliwie zacumowaliśmy, wyładowaliśmy cement, a potem przeholowaliśmy na inne nabrzeże, pod załadunek. Trudno uwierzyć, ale tym ładunkiem okazał się znowu cement do Danii, przecież przywieźliśmy tu cement z Danii. Teraz mieliśmy go zawieźć do Korsør w Danii, gdzie miał być użyty do budowy słynnego mostu przez Wielki Bełt. Ruszyliśmy w powrotną podróż i wszystkie strachy powróciły. Znowu byliśmy załadowani do pięć i pół metra, a statek szorował dnem po mule. I, oczywiście, nie chciał słuchać steru. Celowaliśmy w otwartą śluzę, a statek popędził w prawo, prosto na wrota śluzy. - Cała wstecz! – ryczał pilot. - Odbijacze! – krzyczałem na dziób. W efekcie pogięliśmy sztyce relingu na tych wrotach. Musiałem potem załatwiać sprawę z kapitanem śluzy, co kosztowało mnie butelkę whisky. Przed północą zaczęliśmy opuszczać śluzę. „Cemmo” znowu szorowało brzuchem po dnie i nie przejmowało się sterem. Tuż za śluzą złapał nas silny prąd i pognał bokiem rzeki. Chciałem statek wyprostować, ale się nie udawało. Maszyna dyszała na full i nie mogła sobie poradzić z prądem. Próbowałem przytrzymać dziób rzuconą kotwicą, lecz też nie pomogła. Po kilku minutach utknęliśmy na mieliźnie. Pilot usiłował z niej zejść, ale bez sukcesów. Silny prąd wpychał statek coraz dalej na piach. Odpływ zabierał spod brzucha te resztki wody, jakie tam jeszcze pozostały. Po godzinie stało się jasne, że utknęliśmy na dobre. Mieliśmy pewną szansę na wysokiej wodzie, ale ona miała nadejść dopiero za dwanaście godzin. Holownika w tych stronach nie było i nikt nam nie mógł pomóc. Wezwałem Chiefa. - Trzeba mierzyć balasty i zęzy, żeby znowu nam nie popękało dno – powiedziałem przygaszony. – Gdy woda dostanie się do cementu, zostaniemy tu na zawsze… - Na szczęście przechył jest tylko siedem stopni – odrzekł Chief... - Oby tylko się nie zwiększył... Nad ranem wróciła nadzieja. Woda zaczęła przybierać, a nawet przypłynął holownik z dalekiego Hull. Natychmiast przywiązaliśmy go do rufy. Szarpnął tak ostro, że omal nie wyrwał polerów. Woda rosła, a holownik ciągnął. W ten sposób znowu dopisało nam szczęście. Kiedy znaleźliśmy się na głębokiej wodzie, nareszcie odetchnąłem. Ale też poczułem, że tej nocy przybyło mi wiele lat. Wyczerpany i zdruzgotany usiadłem w kabinie nad papierami. Nagle zapukał superintendent armatora, kapitan George. - Nie martw się, captain! – zawołał wesoło. – Kiedyś pływałem na tym statku po tej cholernej rzece. I trzy razy siedziałem na mieliźnie! Bez kłopotów wyładowaliśmy cement w Korsør. Byłem dumny, że mamy swój udział w budowie tak niezwykłego mostu przez Bełt. Z tym uczuciem pojawiliśmy się w Ålborgu, gdzie załadowaliśmy cement. A tam okazało się, że „Cemmo” znowu popłynie rzeką Humber. Kiedy pojawiliśmy się w jej pobliżu, na pokład weszło dwóch pilotów. Od razu powiedzieli, że w Goole jest za mało wody i dlatego wyładujemy cement w Immingham. Nie powiem, żeby mnie to zmartwiło. Potem szczęśliwie przeszliśmy wszystkie śluzy i już odtrąbiłem zwycięstwo. Niestety, rzeka Humber wyraźnie nam nie służyła. Otóż jeden z pilotów był uczniem i jego przełożony uczył go zawodu. Tak manewrowali statkiem przed zacumowaniem w Immingham, że manewr trzeba było powtarzać. Skląłem ich zdrowo. Przepraszali i obiecywali poprawę. Podeszli znowu, no i walnęli dziobem „Cemma” w nabrzeże. Myślałem, że nic się nie stało, ale jednak kamienny blok nabrzeża lekko się przesunął. Po godzinie zapukał do mojej kabiny Kapitan Portu z listem obciążającym. Zatuszowanie sprawy kosztowało mnie kolejną butelkę whisky. No i trzysta funtów. Następna podróż zapowiadała się spokojniejsza. Popłynęliśmy do Boulogne po cement dla szwedzkiego Ahus. Po drodze, jeszcze we Francji, skierowano nas do maleńkiego porciku rybackiego. Było ciasno, ale jakoś się zmieściliśmy. Odetchnąłem z ulgą i poszedłem zwiedzić okolicę. Było pięknie, słonecznie. Czułem, że odpoczywam. Ledwie jednak wróciłem na statek, okazało się, że Pierwszy Mechanik miał atak kamieni nerkowych i trzeba go było wysłać karetką do szpitala. Rano wyszliśmy w morze, bez mechanika i usłyszałem przez radio, że gdzieś tu sterczy na dnie nowy wrak, a wody nad nim tylko trzy i pół metra. Rzuciłem się do ukaefki i poprosiłem stację Gris Nez o podanie pozycji wraku. Nagle zrozumiałem, że ów wrak jest tuż przed dziobem „Cemma”! Dałem w ostatnim momencie „lewo na burtę” i jakoś przeszliśmy. Spocony z emocji, zawołałem Chiefa. - No i co jest, panie Chiefie!? – zacząłem go rugać. – Miał pan sprawdzić ostrzeżenia nawigacyjne! O mały włos wleźlibyśmy na wraka! - Sorry, panie Kapitanie - tłumaczył się Chief. – Miałem dużo roboty, koniec załadunku, rozliczanie, manewry, rozumie pan? Nie dość było emocji jeszcze sztorm na Morzu Północnym rozbił nam drzwi do nadbudówki i woda zalała kabiny. Załoga w dolnych kabinach pływała i wybierała wodę wiadrami. W Ahus dostaliśmy nowego Mechanika. Okazał się nim Mirek. Znał ten statek, pływał na nim i wszystko wiedział. Na początek jednak musiał odwiedzić tutejszy szpital, ponieważ właśnie przyjechał po operacji palca u nogi. A „Cemmo” czuwało. Przy rozładunku walnął jeden z łańcuchów i nie można było wyładować drugiej ładowni. W pośpiechu zajrzeliśmy tam, nic nie widać, w powietrzu unosił się cement. I jak tu działać? - Panowie! – powiedziałem do marynarzy. – Sytuacja jest poważna. Aby oczyścić tor łańcucha, musimy przerzucić łopatami około stu ton cementu. Nikt za nas tego nie zrobi. Damy radę? - Damy! – krzyknęli marynarze, a ja z trudem zachowałem wzruszenie, bo wiedziałem jak długo będą musieli oddychać cementem. - Pracujemy na zmianę – orzekłem. - Po dziesięciu minutach piątka wychodzi na powietrze, a wchodzi drugi zespół. Zgoda? Potem kopaliśmy cement w ciemnościach przez dwadzieścia godzin bez przerwy, a ja razem z załogą. Mimo papierowych maseczek, mieliśmy płuca zacementowane na amen. Temperatura w ładowni sięgała czterdziestu stopni ciepła. Po dwudziestu godzinach mieliśmy naprawdę dosyć. I wówczas odkopaliśmy zerwany łańcuch, a mechanicy mogli go wreszcie zreperować. Armator podziękował na piśmie, ale o pieniądzach jakoś zapomniał. Dobrze chociaż, że kupił do mesy nowy telewizor. Miesiące wspólnych niebezpieczeństw przywiązywały mnie do tej dzielnej załogi. Marynarze również jakoby mnie polubili. Podczas pożegnania w mesie dostałem od nich prezent. Przydźwigał go Pierwszy Mechanik, Mirek. - Co to jest? – zapytałem. - Odwiń papier... Był to wspaniały, stary bulaj, który został odpucowany przez załogę do pierwotnego koloru. Stałem olśniony i – co tu gadać – silnie wzruszony. - Skąd go macie? – zapytałem, aby coś powiedzieć. - Wycięliśmy z „Cemma”. Zaspawaliśmy, zamalowaliśmy i nic nie widać…, Armator w ogóle nie zauważy! - O Boże! – jęknąłem – Armator wypieprzy nas na pysk... Wróciłem do domu, do Szczecina, a ten bulaj z „Cemmy” ze mną. Powiesiłem go w mojej Tawernie. W ten sposób miałem znowu wspomnienie mojego statku przez cały czas. Najwyraźniej nie było mi sądzone pełne rozstanie z „Cemmą”. Bo po dwóch tygodniach zadzwonił telefon. Dzwoniła żona Starszego Marynarza Zbyszka z „Cemmy”. Płacząc wydukała, że jej mąż jest w szpitalu. - Dlaczego!? Co się stało!?-wykrzyknąłem. - Na „Cemmie” był wybuch. Mirek zginął. Mój mąż jest ranny... Proszę dzwoń do szpitala w Holandii. Znowu byłem z moją załogą, lekarzami i rodzinami. Na telefonie starałem się pomóc, tłumaczyć, przekazywać informacje. Na pogrzebie Mirka pojawiło się kilku marynarzy z „Cemmo”. Ze łzami w oczach kładłem wieniec na grobie. Okazało się, że w holenderskim porcie nagle pod bakiem zapaliły się kompresory. Wchodzili tam w stroju strażaka dwa razy, aby odciąć paliwo. Próbowali gasić. Ale nie wyszło. Wtedy Mirek ze Zbyszkiem wskoczyli na bak i zakrywali odpowietrzenia, aby odciąć dopływ powietrza. Mirek zamykał klapę włazu, Zbyszek zakrywał odpowietrzenia. Wybuch był tak potężny, że wywalił w burcie wielometrową dziurę. Mirek zginął na miejscu, Zbyszek wyrzucony w powietrze, spadł na windę kotwiczną i został inwalidą. Wychodząc ze cmentarza pomyślałem, że gdybym nadal był kapitanem na „Cemmie”, z pewnością byłbym wtedy z Mirkiem, bo zawsze przebywałem z załogą w trudnych chwilach. Czy przeżyłbym? Czy też leżałbym teraz pod ziemią? Później dowiedziałem się, że „Cemmo” już nie pływa po rzece Humber. W ogóle nie pływa. Także dla statku wybuch okazał się śmiertelny. Armatorowi nie opłacał się remont starej jednostki i zmienił ją na magazyn. A teraz Bulaj w mojej Tawernie przypomina dzielną załogę i nieszczęśliwy statek.

BRAZYLIA

BRAZYLIA Za bulajem wabiło nas Recife, czyli dawne Pernambuco. Tak na oko, trzy miliony mieszkańców plus kilkukilometrowa panorama hoteli, ciągnących się nad plażą Praia Boaviajem, czyli Dobrej Podróży. Plaża rzeczywiście piękna, zaś hotele przeważnie czterogwiazdkowe. W nich to niezliczona ilość barów i restauracji, zapraszających turystów świetną muzyką. Gdzieniegdzie nocne lokale ze stripteasem, macumbą i lambadą. Żyć nie umierać. W dzielnicy portowej pozytywnie zaszokowała nas odrestaurowana stara dzielnica, zbudowana w połowie XVIII wieku przez Holendrów. Było to kiedyś centrum handlowe, przekształcone z czasem w dzielnicę burdeli. Aż wreszcie miasto zdecydowało się wygonić panienki i odbudować stylowe, bogato zdobione, czteropiętrowe kamienice. Kiedy wszystko było gotowe, domy zostały przekazane biznesmenom. W ten sposób zagościły tu liczne urzędy, zmieściło się też biuro naszego Agenta. Najwidoczniej jednak jakieś echa dawnych dobrych czasów w odrestaurowanych murach pozostały, bo któregoś wieczoru - wracając na Rataja – wpadliśmy na mały bar San Francisco, brudniejszy od Brudnego Wacka. Dziewczyny były tam brzydkie, jak noc. Ostatni sort. Pijane i nabuzowane narkotykami tańczyły wprost na ulicy, a wśród nich jedna z gołym brzuchem, chyba w dziewiątym miesiącu ciąży. Wszystkie te czarownice natrętnie namawiały nas na miłość. Z dużym wahaniem usiedliśmy przy stolikach na ulicy, aby wypić po piwie. Ale strach nam jeżył włosy, bo nawet pić ze szklanki było tam niebezpiecznie. AIDS latał w powietrzu! Nagle zauważyliśmy, że w stronę tego całego bałaganu zezuje z daleka brazylijska policja konna. Szybko złapaliśmy taksówkę i – myk, myk! - na statek. Lepiej być z daleka od takich zdarzeń. Któregoś upalnego popołudnia odwiedzili nas żeglarze z polskiego jachtu Antica, stojącego w marinie lokalnego Klubu Żeglarskiego. Był wśród nich Jerzy Wąsowicz, dowódca i właściciel jachtu oraz Andrzej, mechanik a zarazem kucharz. Pływali już po świecie cztery lata. Wyruszyli z Gdańska. Potem zaliczyli całe Morze Śródziemne i ruszyli na Stany. Następnie rzekami – Mississippi! - dotarli do Zatoki Meksykańskiej i dalej – na Karaiby. Potem mieli Kanał Panamski i oceaniczną Polinezję, gdzie spędzili dwa lata. Dopłynęli do Australii, a następnie Papui i Indonezji, miejsca dzikie, że aż strach. W końcu tego gigantycznego żeglowania pojawił się Ocean Indyjski i południowoafrykański Kapsztad. Jeszcze skok przez Atlantyk i – Recife! W Kapsztadzie zabrali na jacht małżeństwo Anglików, przygotowujące się do rejsu dookoła świata, swoim własnym jachtem. Polacy zaprosili nas na Anticę, stary kuter rybacki, który w kraju przysposabiali do dalekich podroży aż przez dziesięć lat. Poszliśmy. Atmosfera spotkania była przepiękna. Popijaliśmy, tańcowaliśmy, opowieści nie chciały się kończyć. Na widok polskiego chleba i kiełbasy, jakie przynieśliśmy w darze, gospodarze ucieszyli się, jak dzieci. W spotkaniu brał udział Klemens Grzegorski, kapitan Bona Terry, szczecińskiego jachtu, zacumowanego w tej samej marinie. Zasiedzieliśmy się, bo mrożących krew w żyłach opowieściom nie było końca. Przy pożegnaniu, zaprosiliśmy gościnnych gospodarzy na Macieja Rataja. Następnego dnia urządziliśmy na pokładzie tak zwany uroczysty szaszłyk. Były żeglarskie piosenki i ponownie niekończące się opowiadania. Marynarze i żeglarze to przecież jedna brać, rozumieją się zawsze. Więc żeglarze, ujęci nastrojem szaszłykowego spotkania, wpisali się do naszej księgi pamiątkowej. W finale pozostawili nam swojego kolegę Jana Borowika, artystę malarza, który dotychczas z nimi płynął, a teraz zapragnął wrócić do Europy naszym Maciejem Ratajem. Kiedy dzielni żeglarze z Antiki wypływali, pożegnaliśmy ich syrenami. Antica wypłynęła na Karaiby, a my też się wreszcie ruszyliśmy, zmierzając na południe - do Rio Grande, a potem wreszcie do domu, a malarz po drodze z wdzięczności wymalował mi mój portret. Trochę na nim jestem czerwony, ale to widocznie od Smirnowa, którego piliśmy gdy mu pozowałem. Ten portret wiszący teraz w mojej Tawernie przypomina mi piękne chwile spędzone w Brazylii. Kapitan Jerzy Wąsowicz po 14-tu latach w 2009 roku podarował mi w Gdańsku w swoją książkę: „ ANTICA SPEŁNIONE MARZENIA” , w której tak napisał: „Jacht „Antica” wchodzi do portu. Szukamy dogodnej mariny i trafiamy do Cabanga Yate Club. Wypatrując dla siebie miejsca, manewrujemy w basenie. Na jednym z jachtów widać ożywiony ruch. Okazuje się, że to jest „Bona Terra” ze Szczecina, gdzie kapitanem jest Klemens Grzegorski, mój kolega z Piły. Podczas odprawy wejściowej dowiadujemy się, że oczekiwany jest w Recife polski statek „ Maciej Rataj”. Cieszy mnie ta wiadomość, być może uda się wykupić miejsce dla Janka na powrót do kraju. Następnego dnia widzimy na redzie „Macieja Rataja”. Wołamy go przez radio i umawiamy się w porcie. Wieczorem spotykamy się na „Macieju Rataju” z kapitanem Włodzimierzem Grycnerem ze Szczecina. Pierwsze rozmowy od razu okazały się owocne. Janek dostaje miejsce na statku i wygląda na to, że zwiedzi jeszcze kawałek Brazylii, ponieważ przed powrotem do kraju statek płynie po ładunek na południe, prawdopodobnie do Paranagui. Po tym spotkaniu jest rewizyta na „Antice” i kolejna na statku, gdzie gościnny kapitan wydaje pożegnalna kolację, są nawet płonące kabanosy. Szczęśliwie dla nas na statku odbywa swój „matczyny” rejs chrzestna m/s „Maciej Rataj”. Pani Krystyna Krzemińska”. Prosimy ją o opiekę nad naszym Jankiem w czasie podróży powrotnej do domu. Jankowi wyraźnie poprawiają się warunki socjalne. Otrzymuje obszerną kabinę po lekarzu okrętowym. Kamień spadł mi z serca, kiedy wszystko tak dobrze udaje się załatwić”. Ogarnął mnie melancholijny nastrój, bo właśnie szły święta Bożego Narodzenia, moje ósme kolejne święta na morzu! Wyliczyłem, że Wigilia wypadnie gdzieś na wysokości Rio de Janeiro. W pobliżu miał być w tym czasie polski żaglowiec Iskra, właśnie kończący wtedy swój rejs dookoła świata. Zamierzałem wywołać go na ukaefce, ponieważ miałem do niego sentyment. Otóż swego czasu płynąłem na pokładzie Iskry w charakterze opiekuna grupy dzieci, które znalazły się na morzu w nagrodę za zwycięstwa w rozmaitych morskich konkursach i olimpiadach. Sympatyczny Komendant Iskry, komandor Czesław Dyrcz, wpisał mi wtedy do książeczki żeglarskiej stanowisko - Dubler Kapitana, czym zawsze się szczycę. W Wigilię załoga zasiadła przy wspólnym, bogato zastawionym stole. Szef kuchni zaserwował aż ćwierć setki wspaniałych potraw. Była też – jakżeby inaczej? – statkowa choinka. Po moich życzeniach, skierowanych do marynarzy i ich rodzin, motorzysta Łukasz odczytał fragment Ewangelii według Świętego Łukasza. Wzruszające życzenia złożyła nam mama chrzestna statku, pani Krzemińska, wręczając nam w prezencie Biblię. Wielkie zdziwienie wszystkich wywołało pojawienie się na wieczerzy Świętego Mikołaja. Skąd na statku Święty Mikołaj? Przyleciał helikopterem? Czy też przyniosły go anioły? Wszystko się wyjaśniło, gdy zauważono przy stole brak mamy chrzestnej... Mikołaj złożył pod choinką prezenty, po czym zasiadł – zasiadła? – Do ucztowania. We wspanialej atmosferze, obżerając się delikatesami, śpiewaliśmy kolędy do późnej nocy. Tuż przed Sylwestrem dowiedziałem się od shipchandlera, nawiasem mówiąc Polaka, że w Rio Grande działa Polski Związek i Klub Orzeł Biały. Z jego pomocą, zaprosiłem więc reprezentantów klubu na nasz statek, który już stał wówczas w porcie. Na przyjęcie przybyło sześć osób, w tym dwóch prezydentów klubu z małżonkami. Jeden z nich, Polak, mówił słabo po polsku, a drugi, Brazylijczyk, był z kolei mężem Polki. Oprócz shipchandlera, który był panem w wieku 75 lat, a wyemigrował z Polski mając tych lat trzynaście - wszyscy pozostali goście urodzili się już w Brazylii. Mimo trudności w porozumiewaniu się, spotkanie przebiegło w nadzwyczaj sympatycznej atmosferze. Goście byli wręcz wzruszeni naszą gościnnością. Prezydent zaprosił załogę Rataja na bal sylwestrowy, jaki miał się odbyć w salach klubu Orzeł Biały. Bal zaczynał się po północy, bo zwyczajowo wszyscy najpierw witali Nowy Rok w domu, a potem dopiero wybierali się na ów bal. Witaliśmy więc Nowy Rok trzy razy. Najpierw krajowy o dwudziestej pierwszej, potem brazylijski o północy, a trzeci już na balu, z całym tutejszym hałasem i ceremoniałem. Do klubu wybrała się połowa załogi. Dech nam wszystkim zaparło, gdy ujrzeliśmy, że w olbrzymiej sali, nad którą królował Orzeł Biały, tańczyło dwa i pół tysiąca młodzieży. Prezydent, ten mówiący po polsku, z dumą oprowadzał nas potem po klubie, pokazując na piętrze wspaniale wyposażoną kręgielnię i klubowe biura. W gabinecie prezydenta, na czołowej ścianie królował obraz Matki Boskiej, z błędnym napisem – Matka Boska Czenstochowska. Okazaliśmy taki takt wobec błędu, bo nie wypadało zwracać uwagi sympatycznemu gospodarzowi. Bo może taki właśnie sposób pisowni powodował, że łatwiej było im wymawiać? Dlatego całą uwagę skupiliśmy na galerii stuletnich portretów pionierów, którymi obwieszone były ściany. Owi dzielni Polacy w odległej przeszłości zakładali klub! Zwiedziliśmy również starą bibliotekę, zawierającą prawdziwe białe kruki, były to książki przywiezione sto lat temu przez polskich osadników. A potem już zanurzyliśmy się w szampańskiej sylwestrowej zabawie i suto zastawionym stole. Przyjmowano nas wszędzie bardzo gościnnie, a tańczyliśmy do białego rana. Wszakże najwięcej radości sprawił mi tej upojnej nocy pewien młody chłopak, który przyszedł do nas uściskać nas, powtarzając cały czas - Ja szczęśliwy bardzo mówić po polsku, ja Jaśniewicz! Następne dni spędziłem na przyjęciach w pięknym domu reprezentacyjnego brazylijskiego piłkarza, no i oczywiście na rewanżowych przyjęciach na statku. Poznałem piękną wdowę Margaritę, która usilnie namawiała mnie na pozostanie w Brazylii. Serce jednak nie sługa, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.