wtorek, 4 stycznia 2022
KAPELUSZE
Kapelusze
W mojej Kapitańskiej Tawernie znajduje się wiele pamiątek, które zbierałem podczas 45-letniego pływania po morzach i oceanach i rzekach.
Każda rzecz to osobna historia i opowieść. Zbieram ciekawe kapelusze, a mam ich 30. Opowiem o niektórych z nich. Wśród nich jest kapelusz podarowany mi przez piękną Kolumbijkę na plaży w Kartagenie, podczas uroczystości „Dni Morza”. Kapelusz specjalny na tę uroczystość, zrobiony z liści palmowych, a na wpiętej w nim gałązce leci palmowy gołąbek.
W słomkowym kapeluszu chińskim chodziłem po najniebezpieczniejszych dzielnicach Tajwanu i Szanghaju. Zsuwałem go na oczy tak, że nie było widać mojej twarzy i nikt mnie nawet nie zaczepił.
Kapelusz Mandżurski materiał bogato strojony kolorowymi kamieniami, jako koronę założyła mi na głowę i posadziła na tron moja chińska załoga podczas moich 65 urodzin. Gdy tak siedziałem jak „Maharadża”, podchodziło do mnie 25 Chińczyków z laurkami (jedna wisi na suficie mojej tawerny) i składało mi życzenia po chińsku. Na szocie z obu stron mojego „Tronu” wielkimi czerwonymi „chińskimi znakami” były wypisane dla mnie życzenia (jeden taki „Krzak” wisi u mnie w tawernie na suficie). Mój pierwszy oficer, który jedyny mówił po angielsku wytłumaczył mi, że te życzenia to poemat, który ma 5 tysięcy lat i znają go prawdopodobnie wszyscy Chińczycy. A brzmi on tak:
壽 比 南 山 不 老 松, 福 如 東 海 長 流 水
FU RU DONG HAI CHANG LIU SHUI
SHOU BI NANG SHANG BU LAO SONG
A znaczy:
Szczęścia tak wiele, jak wielkie żółte morze chińskie (Dong Hai),
i wszystkie do niego wpływające rzeki (nieustannie zasilające to szczęście).
Długiego życia, jak długie są chińskie góry (Nang Szang)
wiecznego odradzania się, jak wiecznie odradza się natura,
jak wiecznie rosnąca sosna.
Potem wielokrotnie sprawdzałem znajomość tego poematu w Singapurze, innych krajach, a nawet w Szczecinie i faktycznie na moje FU RU DONG HAI, z uśmiechem Chińczycy kończyli ten poemat.
Jest też u mnie egipski kapelusz w kształcie ściętego stożka z bordowego filcu. Zwany, jako „Fez” i kojarzony z dostojeństwem. Nosiłem go w krajach arabskich, a w Egipcie nawet celnicy mnie szanowali i nie przeszukiwali, tytułując „Pasza”, „Pasza”.
Są u mnie tradycyjne nakrycia głowy oraz ust używane przez Arabów na pustyni, w takim nakryciu chodziłem też w Turcji. Ale na pustynię mam kapelusz składany, materiał taki jak aluminiowy, odbijający promienie słoneczne, a tym samym chłodzący głowę, który z Egiptu przywiózł mi przyjaciel Andrzej Surmacki.
Nie mogłoby zabraknąć oczywiście u mnie kapelusza kowbojskiego, który szczególnie nosiłem w Texasie. A raz w Houston chodziłem w nim na „Rodeo” i byłem zaproszony na „Barbecue”, w którym uczestniczyło 30 tysięcy kowboi w kowbojskich kapeluszach i strojach.
Są też inne meksykańskie kapelusze, ale ten najpiękniejszy oddałem w prezencie przyjacielowi Krzysiowi Matysiakowi.
W nim to zasiadałem w Vera Cruz na placu Zocalo, popijałem Tequilę i paliłem cygara!
A przy moim stoliku stał jak zwykle mój znajomy meksykański gitarzysta i grał mi:
Yo no soy marinero, soy capitan, soy capitan!
Bamba La Bamba!
Mam też cały zabytkowy zbiór dawnych żołnierskich i marynarskich rosyjskich czapek. Ale jest też hełm policjanta angielskiego „BOBBY” i wiele innych kapeluszy.
Ale najdroższy jest bardzo drogi kapelusz góralski, który drogo mnie kosztował, bo kupiłem go z głowy właściciela „Zbójnickiej Karczmy” w Zakopanym.
A fundowałem wtedy całej Karczmie!
JAMAJKA
JAMAJKA
Jamajka zwana „Wiosenną Wyspą”, to podobno Perła Karaibów. A my, z tego
naszego zardzewiałego statku, przez całe dnie oglądaliśmy tylko rurę, jaka ładowała
nam aluminę. Wszelkie piękne widoki zasłaniała gęsta chmura, która stale wisiała
w powietrzu i w dodatku gryzła w oczy.
W Rocky Point nikt z załogi na ląd nie zszedł. Do najbliższego miasteczka Eaquivel, mieliśmy około pięćdziesięciu kilometrów, a żadnej komunikacji nie było.
Spacerów Agent nie polecał, bo w przydrożnych gąszczach jakoby czaiły się krokodyle.
W Eaquivel też, jak twierdził, nie było bezpiecznie. Zresztą, na dalekie wycieczki nie
mieliśmy czasu, ponieważ co kilka godzin należało przeciągać wzdłuż kei naszego
grata, aby rura załadunkowa mogła trafić do kolejnej ładowni. Ciężkie było zatem życie
Felka Marynarza! A przecież w piosence „marynarz w noc się bawi, w hamaku we dnie
śpi”, czyż nie? Podczas kolejnego postoju wreszcie straciłem cierpliwość.
- Agent! – powiedziałem stanowczym tonem. - Zabieram się z tobą do Kingston.
Muszę przecież w końcu zobaczyć, jak wygląda osławiona Perła Karaibów! Odkryję ją
teraz ja!
- Okay, Captain! – odrzekł bez większego entuzjazmu. - Muszę cię jednak ostrzec,
że w Kingston jest bardzo niebezpiecznie.
Jamaica ma ze wschodu na zachód 152 km długości, a jej maksymalna szerokość
z północy na południe wynosi 82 km, możesz ją zwiedzić całą.
W kraju, gdzie mieszkają niecałe 3 miliony ludzi, w ostatnim roku doszło do ponad
tysiąca stu morderstw, tysiąca trzystu strzelanin, prawie ośmiuset gwałtów, ponad trzech
tysięcy kradzieży i trzech i pół tysiąca włamań.
Kingston, stolica Jamajki, to w dużej części slumsy zdominowane przez narkotykowe gangi. Morderstwa i wojny gangów są tam na porządku dziennym. Jamajka jest krajem o jednym z najwyższych wskaźników liczby zabójstw na mieszkańca.
- Nie ma sprawy jedziemy do Kingstone, wielokrotnie bywałem w niebezpiecznych
miejscach i dotychczas żyję...
Wsiedliśmy do jego Calibry i popędziliśmy lewą stroną krętej, wyboistej i wąskiej drogi. Od czasu do czasu dziura w nawierzchni wyrzucała auto w powietrze, a wówczas Agent klął siarczyście. Wzdłuż drogi spacerowały krowy i kozy, ale zachowywały się tak, jakby wiedziały, że nie wolno nam przeszkadzać w jeździe. Agent powiedział, że tutejsze zwierzęta w ogóle mają zakaz spacerowania wzdłuż dróg. Widocznie jednak nie wiedziały o zakazie, albo go lekceważyły.
- Jak duża jest wasza stolica? – zapytałem, aby zabić monotonię podróży.
- Jamajka to mała wyspa, więc stolica też nie jest za wielka. Wyspę zamieszkuje około trzy miliony ludzi, połowa tego w Kingston.
- Wiesz, Agent – rzekłem. – Niekiedy mówisz takim angielskim, że niewiele rozumiem...
- Bo to nie jest czysty angielski, a jego nasza odmiana, czyli „ patio”- czyta się „ patła”! To język, który powstał z pomieszania hiszpańskiego, angielskiego, afrykańskiego oraz indiańskiego.
- Jezus, Maryja! Ładna mieszanka!
- Ya Man - odpowiedział Agent typowym jamajskim zwrotem. - Czy zrozumiałbyś coś, kapitanie, gdybym na przykład powiedział:
Mi wa fi go dung di road n´buy likle food fi naym?
- Wow! Zrozumiałem kilka słów, ale nie pojmuję całości...
- No to przetłumaczę. I want to go down the road and buy little food to eat!
Teraz rozumiesz?
Potem Agent opowiedział o prapoczątkach wyspy. Najpierw mieszkali na niej Indianie z plemienia Arawak. Nazywali wyspę Yayamaca, co znaczy Wyspa drzew i wody, bo Jamajka słynie z pięknych rzek i wodospadów, które wypływają z wysokich gór, gęsto porośniętych lasami. A te góry to Blue Mountains. Ich najwyższy szczyt sięga 7400 stóp, czyli około dwóch i pół kilometra. Nawiasem mówiąc, nie ma osobnej nazwy, a nazywa się po prostu – Szczyt.
Kiedy opowiadał, rozglądałem się wokoło. Widziałem odległy łańcuch niebieskawych gór, pokrytych tropikalnymi lasami, wśród których perliście błyszczały w słońcu białe domki osiedli. To tam, na zboczach, ulokowali swe piękne wille najbogatsi ludzie Jamajki.
A dlaczego? Bo na zboczach Blue Mountains temperatura nigdy nie przekracza dwudziestu pięciu stopni, podczas gdy u podnóża sięga czterdziestu. To tam, wysoko na zboczach gór, ciągną się rezerwaty przyrody, łagodnie szumią mineralne wodospady i śpiewa kolorowe ptactwo. W licznych jaskiniach można jeszcze znaleźć ślady koczujących tu kiedyś Indian, piratów i zbiegłych z plantacji niewolników.
Tymczasem wzdłuż naszej drogi rozlewał się całkowicie inny pejzaż. Usadowiły się tu bowiem wille biedoty. Zbite z desek i zardzewiałej blachy, porażały swą brzydotą. Może właśnie dlatego niekiedy wisiał na nich szyld Beauty Saloon? Agent zatrzymał Calibrę przy przydrożnym straganie. Właścicielem tego cuda był jakiś nieprawdopodobnie czarny typ, u którego Agent kupił torebkę orzeszków. Nie chciałem jednak ich jeść, gdyż obawiałem się jakiejś nieznanej tropikalnej zarazy.
Potem ruszyliśmy dalej i zauważyłem, że hojna natura rekompensowała wszechobecne tu brzydotę i brud, które wyprodukował człowiek. Wszędzie bowiem rosły przepiękne krzewy, na ogół obsypane wielobarwnymi kwiatami. W powietrzu tańczyły olbrzymie motyle o tęczowych skrzydłach. W przydrożnych kąpieliskach baraszkowały dzieciaki, rozkoszując się błękitną wodą, spływającą tu prosto z gór. Nad głowami przelatywały nam niebywale delikatne ptaki, białe, o długich szyjach, a ponad nimi szybował czarny jastrząb. Istny raj!
I nagle z sielanki wyrwały mnie dwa sępy na drodze, brutalnie szarpiące martwe ciało przejechanego kota! Zaś mój kierowca, Agent, niczym niezrażony nadal ciągnął swą opowieść.
- W 1494 roku wylądował na Jamajce Kolumb. Ogłosił wyspę terytorium hiszpańskim. Hiszpanie jednak jej nie zasiedlali, bo nie znaleźli tu złota. Stworzyli jedynie plantacje, które miały zaopatrywać ich statki, zdążające do Europy. Choroby, które przynieśli oraz niewolnicza praca, zdziesiątkowały tutejszych Indian już w połowie XVII wieku.
Z braku lokalnych rąk do pracy, zaczęto więc na plantacje sprowadzać niewolników z Afryki. Niebawem jednak na Jamajkę nabrali apetytu angielscy piraci. Dowiedzieli się o zgromadzonym tu bogactwie i kilka razy złupili ówczesną stolicę, St. Jago de la Vego, która obecnie nosi nazwę Spanish Town. W 1655 roku admirałowie Penn i Venables podbili Jamajkę i ogłosili ją brytyjską kolonią. W reakcji na te wydarzenia uciekło w wyższe rejony gór bardzo wielu niewolników. Przez lata górskiej izolacji wytworzyli własną kulturę, opartą na afrykańskich tradycjach. Anglicy nazywali tych ludzi Maroons. Chcieli ich wyłapać i zniszczyć, ale nie potrafili dać sobie z tym rady.
W 1739 roku musieli wreszcie przyznać im autonomię.
- Nie sądzisz, Agent, że mimo wszystkich okropieństw, były to jednak piękne czasy? – zapytałem.
- Bo ja wiem? – odparł powątpiewająco. – Byłbym wówczas niewolnikiem...
Z pewnością były to czasy ciekawe. Anglicy kontrolowali Jamajkę przez prawie trzysta lat. Tacy piraci, jak sir Henry Morgan, późniejszy gubernator wyspy, wykorzystywali ją jako bazę wypadową do kolejnych korsarskich wypraw.
Najważniejszym celem morskich rabusiów były hiszpańskie statki, przewożące złoto
do kraju. Na skutek tych wszystkich praktyk Jamajka została nazwana Perłą Karaibów,
a Port Royal – najbardziej niegodziwym miastem świata. W 1833 roku zniesiono
niewolnictwo. Ale prawdziwą niepodległość uzyskaliśmy dopiero w 1962 roku...
Przelecieliśmy przez rynek Spanish Town z szybkością sześćdziesięciu mil na godzinę. Policjantka, oparta o zegar z hiszpańskich czasów, najpierw oniemiała, a potem pogroziła nam palcem.
- Jaki tu macie limit szybkości? – zapytałem Agenta.
- W mieście trzydzieści mil na godzinę, ale w praktyce nikt tym się nie przejmuje!
- Widzę, że macie tu sporo kościołów – zmieniłem nagle temat.
- O tak! – odrzekł żywo. - Mamy największe zagęszczenie kościołów na świecie, ale powiadają, że barów jest dwa razy więcej...
- A jakie religie są tu obecne? – chciałem jeszcze wiedzieć.
- Znajdziesz kościoły katolickie, anglikańskie, metodystów, prezbiteriańskie, baptystów, adwentystów Siódmego Dnia, ale też żydowskie synagogi, muzułmańskie meczety oraz siedziby najróżniejszych sekt. Spotkasz tu, Captain, afrykańską Pokuminę i Czarną Magię. Wszystko, czego sobie tylko życzysz...
- A ty, Agent, wierzysz w tę Czarną Magię?
- Myślę, że jeśli ktoś w coś mocno wierzy, to mu się to w końcu sprawdzi...
Tymczasem wpadliśmy już do centrum Kingston, mijając po drodze kilka samochodów najpiękniejszej na świecie marki Lada. Śródmieście stolicy prezentowało się nieźle. Wszystko tu wyglądało bogato - banki, wieżowce, domy handlowe, no i oczywiście KFC, z Mac Donaldem. Poza centrum czaiły się jednak dzielnice biedoty, brudu i gwałtu.
- Captain, zawiozę cię do hotelu, a odbiorę jutro rano, gdy będę jechał na statek.
Może tak być? Tylko pamiętaj, nigdzie nie chodź piechotą, bo tutaj jest naprawdę niebezpiecznie... Ale niebezpieczeństwo zawsze mnie kusi i kusiło…
I odjechał. Za jedyne siedemdziesiąt dolarów wynająłem ładny, klimatyzowany pokój z dużym łóżkiem, wanną i telewizorem. Hotelowy boy oprowadził mnie po hotelu i poczułem się, jak na wczasach. Potem zasiadłem przy barze, ulokowanym nad basenem. Powoli sączyłem zimne piwko, przysłuchując się ożywionej dyskusji międzynarodowego bractwa na temat tutejszego sportu. Rzeczywiście, mała Jamajka wydała wielu wspaniałych sportowców, szczególnie lekkoatletów. Ale najbardziej zadziwiły mnie ich osiągnięcia w bobslejach. Przecież tu nie ma śniegu, ani torów bobslejowych! Okazało się, że trenują na stromych uliczkach, pchając w dół stare samochody. W telewizorze, jaki wisiał nad barem, kończył się właśnie mecz piłki nożnej z Brazylią. Jamajka przegrała tylko 1: 0, a wcale nie była gorsza! Na drugim ekranie leciały czterodniowe zmagania w krykiecie. Był to już setny mecz z Anglią i podobno Jamajczycy większość spotkań wygrali.
W końcu miałem dość dyskusji Anglików z Niemcami na temat jamajskiego sportu.
Powędrowałem więc kwietnymi alejkami na zwiady. W hotelowej restauracji było znacznie ciekawiej, bo odbywało się tam weselne przyjęcie! Wszakże klimatyzowane wnętrza, sztuczny hotelowy światek i kwietne kompozycje mniej mnie pociągały, aniżeli nieznane niebezpieczeństwa, jakie rzekomo miały na mnie czyhać na ulicach Kingston. Długo zwalczałem pokusę, ale w końcu jej uległem. Pamiętałem jednak, że Agent ostrzegał, abym nie pokazywał dolarów, bo natychmiast mnie okradną.
Wymieniłem więc nieco amerykańskiej waluty na jamajki i spacerkiem ruszyłem na
spotkanie przygody.
Szybko zauważyłem, że Agent miał rację. Tu było rzeczywiście niebezpiecznie.
Spacerując po centrum miasta, nieustannie byłem zaczepiany. A to oferowano mi narkotyki, a to dziewczynę. Oto jakiś czarnuch z czupryną jak kopka słomy domagał się pieniędzy. Odganiałem się od natrętów, jak tylko umiałem, nieustannie z dłonią w kieszeni, aby myśleli, że mam w niej pistolet. Jednak prawdziwy strach ogarnął mnie, gdy jakiś typ szedł mi tuż za plecami i coś tam wykrzykiwał groźnym tonem.
Wszakże udawałem, że jestem panem sytuacji i wcale go się nie lękam. Policji na ulicach nie było. Z rzadka tylko, przed jakimś bankiem lub hotelem, pokazywał się strażnik. W pewnej chwili nieoczekiwanie wpadłem na grupę czarnych obdartusów, tarasujących chodnik. Wyglądali groźnie. Zwisały im do pasa strąki brudnych włosów, długie noże ostrzyli na kamieniach chodnika, a w oczach mieli morderstwo. I znowu zastosowałem wypróbowaną uprzednio taktykę, ruszając prosto na nich. Zdziwieni, rozstąpili się i mnie przepuścili. Coś tam potem za mną pokrzykiwali, ale udawałem, że się tym wcale nie przejmuję. Pomyślałem jednak, że następnym razem moja sztuczka może już nie wypalić i w końcu oberwę długim nożem w plecy. Postanowiłem zatem znaleźć jakiś bezpieczny bar. Trafiłem na jakieś ciemne podwórko, skąd dolatywała muzyka. Tam, w rozlatującej się budzie stała lodówka i grało radio, a wokół kiwało się kilku silnie nabuzowanych czarnuchów. Na ułamek sekundy otwarli pijane oczy, które natychmiast zrobiły im się wielkie, kiedy zobaczyli białego. Ale zanim zdołali jakoś nieprzyjaźnie zareagować, obróciłem się na pięcie i odszedłem.
No, ale wszystko w końcu może człowiekowi się znudzić. Miałem już dość poszukiwań na ulicach miasta. Złapałem zatem taksówkę i zapytałem, gdzie mają w centrum Kingston jakiś porządny bar, w którym da się spokojnie wypić piwo.
- Idź do hotelu – odrzekł taksówkarz. - Tylko tam jest bezpiecznie..
- Właśnie stamtąd wyszedłem...
Ale skorzystałem z jego rady i ruszyłem na poszukiwanie jakiegoś bliskiego hotelu. Idąc tak ulicami, natknąłem się w pewnej chwili na oszklone drzwi, prowadzące do dużej sali, a tam właśnie modliła się spora grupa ludzi. Na ścianie sali wisiał krzyż, a nad nim umieszczono napis Jesus Christi Lord. Lubię wszelkie niezwykłości, więc natychmiast zapomniałem o piwie i wszedłem do środka. A tam dwóch młodych jakby księży, biegało w kółko, krzycząc do mikrofonu W imieniu Pana pozbądźcie się szatana!
Przez chwilę ulegałem błogiemu złudzeniu, że nie zostałem zauważony. Tyle się tam bowiem działo! Oto grupa wiernych trzymała się za czarne głowy, przy okazji trzęsąc się, jak w chorobliwym transie. Co pewien czas ów ksiądz dopadał którejś ze swoich owieczek i przewracał ją na ziemię. Łypnął okiem i już był przy mnie. I też chciał mnie przewrócić, wcześniej wciągając w tłum wiernych, który tymczasem wył nabożne pieśni! Naturalnie, nie pozwoliłem mu na to. Powiedziałem, że przyszedłem tylko popatrzeć. Przyjrzał mi się i skinął przyzwalająco głową. I teraz nie wiem, czy szatan wyszedł z podrygujących w sali wiernych. Ale wiem, że wyszedł ze mnie, bo natychmiast uciekłem do knajpy.
Hotel był pięciogwiazdkowy. W barze tkwiło kilku białych, a na dużej sali siedziało wiele mieszanych par. Doszedłem do wniosku, że tak właśnie musi wyglądać śmietanka towarzyska stolicy. Ciemne dziewczyny ubrane były wieczorowo i wszystkie, jakby je specjalnie wybrano - zgrabne i śliczne. Przypomniałem sobie nagle, że dziś mamy Walentynki, a więc dziewczyny przyszły tu ze swoimi nadzianymi forsą ukochanymi, aby uczcić ten dzień wytworną kolacją. Na pianinie przygrywał stary, łysy Jamajczyk, a na gitarze akompaniował chudy, czarny drągal z włosami, jak strąki; grali bluesa i reggae.
Wsłuchiwałem się potem samotnie w owe reggae, muzykę, która jest – jak mówią - płaczem serca ludu. Opowiadając o duchowych, fizycznych i życiowych problemach, przesyła jednak ludziom nadzieję. Ukazuje ból i smutek, lecz daje też otuchę, pod postacią naturalnej miłości do życia. Reggae to bijące serce Jamajki!
Tak sobie dumałem, popijając jamajski rum appleton, który oparty o skałki lodu, smakował
mi wybornie. Romantyczna atmosfera Walentynek dokonała reszty i przypomniała, że przecież daleko w mroźnej Polsce gdzieś tam balują. Tylko ja tu sam jak kołek!
- Gdzie tu balują, gdzie tu tańcują? - zapytałem barmana.
- Tuż za rogiem działa dyskoteka Asylum, tam jest wesoło...
Nie dałem sobie dwa razy powtarzać. Rzeczywiście Asylum działała zaraz za rogiem. Przed wejściem stała długa kolejka chętnych, a bilet kosztował 200 dolarów jamajskich, czyli około sześciu amerykańskich. Podstemplowali mi rękę, a potężny bramkarz przepuścił bez obmacywania, mimo że wszystkich innych przeszukiwał dokładnie. Na schodach przywitały mnie dziewczęta, wciskając mi jakieś T-shirts.
Podziękowałem, myśląc, że chcą mi je sprzedać. A to był tylko strój organizacyjny obecnych, bowiem niektórzy na sali podrygiwali ubrani w takie koszulki.
- Cholera! Od progu strata! – zakląłem i usadowiłem się w jednym z barów wielkiej sali tanecznej. Zamówiłem, oczywiście appleton z lodem. Potem siedziałem dwie godziny, obserwując tłum, który podrygiwał w rytm muzyki, popijając to i owo.
W powietrzu unosił się upojny zapach marychy. Trudno ukryć - byłem zdenerwowany.
Co to za dyskoteka?
- Barman! – zawołałem, przekrzykując muzykę. – Czy tu w ogóle ktoś tańczy?
- Nie martw się – odpowiedział z przyjacielską życzliwością, bo już mnie polubił za wysokie napiwki. - Zaraz się zacznie!
Naszemu dialogowi przysłuchiwały się skąpo ubrane czarne błyskawice, które obsiadły bar wokoło i przyglądały mi się z ciekawością. Nic dziwnego - byłem tu jedynym białym. Kręciły się przy nich jakieś typy z kolczykami w uszach, złotymi łańcuchami na szyjach i pierścieniach na palcach.
- Postaw mi piwo, man! – nieoczekiwanie zaatakował mnie jeden z tych typów.
Zwykle nie reaguję na bezceremonialne zaczepki, ale teraz byłem sam, otoczony przez nabuzowanych czarnuchów. Doszedłem więc do wniosku, że lepiej będzie facetowi piwo postawić. Tak na wszelki wypadek. A kiedy już stało przed nim te piwo, zaczął ze mną pogawędkę.
- Co tu robisz? – zapytał.
- Siedzę i piję - odpowiedziałem grzecznie.
- Nie o to chodzi. Co robisz na Jamajce?
- Business - stwierdziłem krótko.
- Jaki business? – zapiszczała jedna z błyskawic za moimi plecami.
- Alumina...- wyjaśniłem, zresztą zgodnie z prawdą.
Potem już nie było mowy na mój temat, ale Czarna stojąca obok, wyraźnie zdradzała
zainteresowanie moją skromną osobą. Przedstawiła mnie swoim przyjaciołom i po chwili miałem już towarzystwo. Postawiłem Czarnej coca-colę, bo silniejszych trunków nie pijała, po czym ustąpiłem stołka przy barze. Jak prawdziwy biały dżentelmen!
- Dlaczego tu nikt nie tańczy? – zapytałem.
- Czekamy na naszą muzykę – odrzekła, ukazując w uśmiechu rząd perlistych zębów.
Nie zdążyłem jeszcze zapytać, o jaką muzykę chodzi, kiedy zagrali reggae i wszyscy runęli na parkiet. Czarna chwyciła mnie za rękę i pociągnęła do tańca.
W kilka sekund później parkiet dosłownie oszalał. Nigdy wcześniej nie widziałem niczego podobnego, a widziałem już w swym życiu wiele. Otóż na parkiecie odbywał się na moich oczach zbiorowy szał miłości. Po prostu - wszyscy „kopulowali” w tańcu.
To był sexy dance, czy też dirty dance. Dziewczyny kręciły tyłkami ósemki, a faceci atakowali je z różnych stron. Potem dziewczyny skakały facetom na biodra i zaczynał się szalony pokaz figurowego stosunku miłosnego. Niektóre pary schodziły do parteru i w tej pozycji imitowały figury miłosnego uniesienia. Niebawem wiele par poczęło się zbierać w grupy i wtedy zaczęła się prawdziwa zbiorowa orgia. Wszystko, naturalnie, w rytmie reggae!
Czarna też demonstrowała co nieco. Wypięła na mnie swoją dupcię i celowała nią w moje krocze. Trzymałem ją za biodra od tyłu, cokolwiek bezradnie, ponieważ nie bardzo wiedziałem, co z tym fantem zrobić. Po godzinie byłem nieomal cały spocony i właściwie wykończony. Wtedy Czarna postawiła mnie pod ścianą, zaś sama tańczyła nadal, napierając na moje przyrodzenie. Z boków atakowały mnie dwie inne błyskawice, mniejsze, w kolorze kawa z mlekiem. Zemocjonowany, zdołałem jednak dostrzec, że pod sufitem wisiały telewizory, właśnie pokazujące reportaż z ostatniego karnawału, kiedy to identyczny sex dance tańczono na ulicach. Po dwóch godzinach szaleństwa Czarna nagle stwierdziła, że już musi iść do domu, bo czeka tam na nią małe dziecko.
Powiedziała bye bye i znikła w tłumie. A mnie znowu poniosło do baru. Niemal natychmiast pojawił się mój body guard, któremu kilka godzin wcześniej postawiłem piwo. Teraz stwierdził, żebym się niczego nie obawiał, bo on mnie pilnuje. Na wszelki wypadek, postanowiłem pilnować się jego. I wówczas, jak w kiepskiej powieści, dostrzegłem w tłumie białego człowieka. Co za ulga! Poczułem się nagle tak, jakbym spotkał dawno niewidzianego przyjaciela. Rzuciłem się w tamtym kierunku, a on też zmierzał ku mnie. Bez słów padliśmy sobie w ramiona, po czym natychmiast poszliśmy do baru. Miał na imię Ivan. Okazał się Anglikiem, szefem jakiejś tam firmy, samotnie mieszkającym od pół roku w hotelu w Kingston. Przedstawiłem mu się jako Charlie, aby nie łamał sobie angielskiego języka Włodzimierzem. Od razu przypadliśmy sobie do gustu. Potem fundowaliśmy sobie na zmianę drinki, czując się, jak starzy przyjaciele. Ivan, między nami mówiąc, wcale nie wyglądał na szefa jakiejś tam firmy. Był młodym, szczupłym blondynem, mającym na usługach Jamajczyka, o którym powiadał, że pracuje w jego firmie.
- Wiesz, Charlie, przyszedłem tutaj, żeby coś wyrwać na noc. Około czwartej nad ranem robi się już pusto, a te, które pozostają, są do wyrwania...
- Mnie już jedna wyrwała – powiedziałem - ale poszła do domu...
Na sali zjawił się Pakistańczyk, jeszcze jeden przyjaciel mojego Anglika.
Uścisnęliśmy się wylewnie, jakbym ja także był jego przyjacielem. Piliśmy teraz we trójkę, obstawiani przez dwóch Jamajczyków. Nie było źle.
W pobliżu godziny czwartej istotnie sala cokolwiek opustoszała. Ale kilka dziewczyn można było jeszcze od biedy wybrać. Jednak zanim Anglik zdążył oderwać się od piwa i ruszyć we właściwym kierunku, wszystkie dziewczyny były już obstawione przez spragnionych miejscowych. Ivan spojrzał na ten pejzaż z rezygnacją, po czym machnął ręką.
- Chodź, Charlie – powiedział - Idziemy do German Eye, tam jest ich pełno.
Jednak ledwo wyszliśmy z dyskoteki, natychmiast kilku czarnuchów rzuciło się na
nas. Gdybym był sam, nie miałbym szans. Ale teraz miałem do pomocy Ivana, a także
mojego body guarda, który nagle wyrósł, jak spod ziemi i szybko wepchnął mnie
do taksówki. Napastnicy walili w szyby, domagając się pieniędzy, ale teraz do akcji
włączył się też taksiarz i drugi nasz Jamajczyk, ten od Anglika. Po krótkiej szarpaninie
wszystkim udało się znaleźć w środku i wówczas auto ruszyło z piskiem opon, sterując
prosto w tłum wrzeszczących czarnuchów. Było po wszystkim.
Dumni i bladzi wparowaliśmy do German Eye. Już w wejściu skoczyła mi na biodra jakaś dziewczyna, oplatając nogami i tańcząc znany mi już taniec, który omal nie wykończył mnie w dyskotece Asylum. Była w skąpym bikini, zgrabna, młoda i ładna, w kolorze bardziej mleka, niż kawy. No i nie było rady. Z powieszoną u szyi laską, ruszyłem w stronę baru. Moi koledzy też targali do baru zawieszone na szyjach gołe laski. Okrągły bar stał na środku sali, a wkoło ustawiono kilka niewielkich scen, na których właśnie tańczyły na rurach dziewczyny. Cała ta akcja odbijała się w licznych lustrach, co potęgowało wrażenie.
Ledwo usiadłem przy barze, już następna tancerka siedziała na mnie. Poprosiła o piwo, a po chwili jej koleżanka zrobiła to samo. Nagle rozchyliła czerwone koronkowe majteczki, chwyciła mojego Anglika za czuprynę i wcisnęła mu głowę miedzy swoje uda. Sądziłem, że Ivan zacznie się teraz gwałtownie wyrywać, ale nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego dostaliśmy sporą porcję starego, dobrego porno, a faceci wokoło mocno dopingowali aktorów. Gdy było po wszystkim, Ivan wydał dziki okrzyk i popił go piwem.
Zrobiła się piąta rano. Show się kończył. Byłem mocno zmęczony, miałem tylko ochotę walnąć się na koję i spać.
- Jak na jedną noc, to starczy tych wrażeń – powiedziałem do Pakistańczyka, prosząc, aby zawiózł mnie do hotelu.
Moi przyjaciele też już mieli dość. Zgodnie stwierdzili, że AIDS lata tu w powietrzu.
W ten sposób wszyscy wsiedliśmy do auta. Podgrzany Pakistańczyk jechał wężykiem, ale miał jeszcze tyle przytomności i sił, aby wyrzucić na jezdnię mojego body guarda, twierdząc, że ten chciał mnie okraść. Po drodze mijaliśmy rozebrane dziewczynki, demonstrujące wszystko to, co miały nam do zaoferowania.
Ivana wysadziliśmy pod jego hotelem. Dopiero wtedy, jak szedł do hotelu, zauważyłem, że zgubił jeden but. Pożegnaliśmy się, jak starzy przyjaciele, czyli - padliśmy sobie w ramiona. Umówiliśmy się na jutro. Nie powiedziałem mu jednak, że jutro już będę w drodze do Kanady.
Bramę mojego hotelu Four Seasons otwarła ochrona. Podziękowałem Pakistańczykowi za wszystko, po czym poczłapałem do swojego pokoju. Miałem naprawdę dosyć, a za godzinę Agent miał mnie wieźć na statek. Zamówiłem więc budzenie i zapadłem w czeluść snu. Dobry był ten rum, ale trochę za mocno kopnął mnie w głowę.
Cholernie męcząca jest ta Jamajka...
GOSCIE W MOJEJ TAWERNIE
GOŚCIE W MOJEJ KAPITAŃSKIEJ TAWERNIE
Uczestnicząc w kursie na dyplom kpt.ż.m. w Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie poznaliśmy i polubiliśmy naszego wykładowcę kmdr Eugeniusza Koczorowskiego.
W prywatnej rozmowie poinformował nas, że musi kupić lampę w NRD. Natychmiast zaproponowałem mu, że zawiozę go zagranice moim samochodem. Zawiozłem komandora z kolegą Lechem Katkowskim i kupiliśmy piękną Lampę, jakiej w Polsce nie było.
I tak się zaczęła nasza długoletnia przyjaźń. Przez następne 45 lat był moim Guru i przyjacielem. Bywał często u mnie w domu, a ja u niego w Sopocie. Był Komandorem w Marynarce Wojennej, ale zachwycał swoimi obrazami i książkami. Kiedy zapraszał mnie do swojego Atelier na poddaszu swojego domu w Sopocie, malował i cudownie opowiadał historie o swoich podróżach po świecie. A ja mu się rewanżowałem swoimi przygodami. Często wyjeżdżałem od Niego z podarowanym przepięknym obrazem żaglowca w morzu. Jako wiceprezes ZG LM spotykał się z młodzieżą, malował piórkiem i węglem i opowiadał. Jeździłem z nim na te spotkania, aż pewnego razu ogłosił młodzieży: „a teraz opowie kapitan Grycner” i tak mnie wciągnął do LMiR i na spotkania z młodzieżą. Zazdrościłem mu Jego Atelier, gdzie było tak wiele zbiorów i atmosfera dalekiego świata.
A przecież ja od lat pływając zbierałem pamiątki z całego świata, nie miałem jednak gdzie tego godnie prezentować.
Aż wreszcie po trzyletnim pływaniu u niemieckich armatorów, kupiłem dom, w którym był duży wolny pokój. Przyjechał Gieniu i posadziłem go na środku 30m2 pokoju i poprosiłem: „ Geniu, proszę namaluj jak ma wyglądać moja Tawerna”. Gieniu wziął arkusz brystolu i narysował moją „Kapitańską Tawernę”, a na drugim arkuszu węglem namalował „Dar Pomorza”. Tak powstała moja tawerna, dokładnie jak namalował Gieniu, a pierwszym zawieszonym na suficie eksponatem był namalowany na brystolu „Dar Pomorza”.
Przez lata przybywało eksponatów i opowieści. To Gieniu „za całokształt” nagrodzony Nagrodą Conrada nominował mnie do Międzynarodowej Nagrody Conrada „Indywidualności Morskie” i potem w 2014 roku w Gdańsku mi ją wręczał.
Potem przez wiele lat Gieniu z rodziną odwiedzał mnie, przywoził obraz w prezencie, zasiadaliśmy w Tawernie i długo ucztowaliśmy!
W 2019 roku Gieniu odszedł „na wieczną wachtę”, a ja wygłosiłem na Jego grobie przyjacielskie „ostatnie pożegnanie”, ale w moim domu przypominają o Nim obrazy, wspomnienia i Kapitańska Tawerna.
Cześć Jego Pamięci!
Nigdy nie dogonię mojego Mistrza( twórcy 3000 obrazów i 7000 rysunków), bo malować nie potrafię. Napisał ponad 30 książek o tematyce historycznej marynistycznej ilustrowanych Jego rysunkami, ale ja zaraziłem się od Niego i zacząłem pisać książki, zacząłem opisywać moje marynarskie życie.
W mojej Kapitańskiej Tawernie opowiadałem gościom o morzu i eksponatach (a każdy eksponat to opowieść), które zebrałem przez 45 lat mojego pływania po morzach i oceanach.
Wielu przyjaciół, kolegów, zaproszonych stowarzyszeń i innych chętnych odwiedzało mnie, żeby posłuchać morskich opowieści i pooglądać eksponaty. Przyjaciel Kpt.ż.w. Lech Katkowski grał na gitarze i śpiewał, bywali też sławni lekarze, grający na gitarach i śpiewający. Odbywały się, wywiady i uroczystości, które filmowała telewizja. Jak na przykład, gdy kapitanowie śpiewali mi „Sto Lat” z okazji otrzymania przeze mnie Międzynarodowej Nagrody „Conrady Indywidualności Morskie”.
Był u mnie w Tawernie mój Przyjaciel Prezydent RP Bronisław Komorowski, który przeczytał moje książki i kiedy w 2010 roku w Pucku na rynku, jako Marszałek RP i zarazem Prezes ZG LMiR wręczał mi „Pierścień Hallera”, to przedstawiając mnie Prezydentowi RP Lechowi Kaczyńskiemu powiedział:
„ Kpt.ż.w. pisze piękne książki”.
W mojej Kapitańskiej Tawernie leży podarowane mi przez Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego pióro wieczne z napisem
Prezydent Rzeczypospolitej Polski
Bronisław Komorowski
Jest też oprawiony w złotej ramce list:
Bronisław Komorowski
Z gratulacjami i podziękowaniami
Bronisław Komorowski
To przysłany prezent po wręczeniu mi
Międzynarodowej Nagrody „Conrady Indywidualności Morskie”.
Najweselej skwitował moją Tawernę mój przyjaciel słynny satyryk Tadeusz Drozda.
Stanął na środku Tawerny i stwierdził:
-Wiesz znałem jednego milicjanta, co zrobił sobie bar w kształcie aresztu!
Były też i poważne rozmowy, gdy zasiadali u mnie z kolegami z PSM moi przyjaciele Rektorzy WSM kpt.ż.w Eugeniusz Daszkowski, prof. dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak, nasi wykładowcy kpt.ż.w. Lech Jasiński, kpt.ż.w. Andrzej Fiderkiewicz, kpt.ż.w. Jan Pruffer, kpt.ż.w. Józef Gawłowicz, kpt.ż.w. Stefan Lewandowski, kpt.ż.w. Wiktor Czapp i inni.
Najczęstszymi gośćmi oczywiście byli przyjaciele z Peesemki: Lech Katkowski, Andrzej Surmacki, Bronisław Jany, Bogusław Fiuk z małżonkami. Często bywali sąsiedzi przyjaciele Elżbieta Marszałek i Bogdan Marszałek. Z Elą organizowaliśmy przecież Flisy Odrzańskie.
Kiedyś balowaliśmy w Tawernie często z Elżbietą i Ryszardem Stalińskimi i z wielu wielu innymi.
Na pogrzebach naszych kolegów z Peesemki stypa była w mojej Tawernie i wtedy bywało nas więcej, bywali: Andrzej Surmacki, Lech Katkowski, Bronisąw Jany, Kazimierz Jawor, Andrzej Robaczyk, Józef Gabiński, Wojciech Klimaszewski, Michał Sadłowski, Krzysztof Poninski, Wojciech Wyganowski, Jacek Chudecki, Zbigniew Zdrowski, Światosław Kuźniecow i inni.
Ale najlepszym moim przyjacielem, z którym przeżyłem długie lata był Bogdan Bakuła z małżonka Elżbietą.
Często na pogawędkę i małego koniaczka wpadał do Tawerny sąsiad mój przyjaciel, nauczyciel, promotor Rektor WSM prof. dr Aleksander Walczak.
A najczęściej na winko przychodził mój przyjaciel sąsiad Rektor WSM pisarz marynista kpt.ż.w. Eugeniusz Daszkowski z którym dyskutowałem o literaturze Jego i moich książkach. Z Eugeniuszem byłem w bardzo przyjacielsko związany, aż do ostatnich chwil Jego życia.
Bardzo ważnymi moimi gośćmi w Tawernie byli Flisacy, którzy przyjmowani byli co roku na „Flisach Odrzańskich” w mojej Tawernie. Zawsze przynosili prezent, zwykle kawałek tratwy, a raz to nawet przytargali 40-to kilowy „Tron Retmana”.
Bywał u mnie wielokrotnie żeglarz Niemiec Horst Scholz z małżonką, ten którego w 1997 roku uratowałem z na Zatoce Meksykańskiej z tonącego jachtu. Horst przypływał jachtem, czasami go remontował w Szczecinie, spał u mnie w Tawernie a potem razem z Grażynką płynęliśmy z nim do Niemiec.
Były też w Tawernie opowieści żeglarskie „Braci Wybrzeża”, którym opowiedziałem jak uratowałem trzy jachty. Były liczne spotkania ze stoczniowcami- przyjaciółmi z dawnych lat i stowarzyszeniami Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Bywał u nas przyjaciel żeglarz Tomek Włoch, który wiele pomagał mi na „Skwerze Kapitanów”, z którym kiedyś budowałem mój jacht „Mamuśka”. Był ze mną wiecznie teraz na „Skwerze Kapitanów”.
Bywali u nas przyjaciele Maria i Tadeusz Standowiczowie, a z Tadeuszem Chiefem Mechanikiem mogłem wreszcie pogadać jak z prawdziwym marynarzem. Tym bardziej, że byłem odznaczony przez Stowarzyszenie Starszych Mechaników Morskich. Znaczy, że mnie lubili.
Wszystkie uroczystości rodzinne odbywały się oczywiście w mojej „Kapitańskiej Tawernie”.
Bardzo ważne spotkania zorganizowałem u mnie w Tawernie ze studentami AMS.
Na pierwsze spotkanie ze studentami zaprosiłem Rektorów kpt.ż.w. Eugeniusza Daszkowskiego i prof. dr kpt.ż.w. Aleksandra Walczaka, oraz kpt.ż.w. Józefa Gawłowicza.
Poparty tymi autorytetami tłumaczyłem wtedy 10-ciu studentom i studentkom, jakie są korzyści i chwała z przynależności do LMiR. Wynikło z tego wstępne porozumienie i powstało pierwsze w historii Koło Ligi Morskiej i Rzecznej w AMS, do którego należy ponad 300 studentów,
Wszystkim moim gościom wręczałem w prezencie moje książki, obligując ich do przeczytania.
Spotkania filmowałem i umieszczałem ku pamięci na YouTube i na Facebooku.
Czasy się zmieniły. Ludzie się zmienili.
Pandemia przestraszyła ludzi i pozamykali się w domach!
Moja Kapitańska Tawerna stoi pusta
FLAMENCO
Flamenco
Słyszysz flamenco i myślisz Hiszpania! Słusznie! Jednym z najbardziej znanych zjawisk kulturowych w południowej Hiszpanii, a właściwie w Andaluzji, jest fenomenalne flamenco. Każdy, kto był w Andaluzji i mógł zobaczyć na własne oczy i poczuć niepowtarzalny klimat flamenco, usłyszeć muzykę, śpiew, zobaczyć taniec, czy podziwiać wspaniałe stroje, na pewno tego nie zapomni. Flamenco to taniec ognisty, zmysłowy, pełen energii i temperamentu. Na flamenco składa się taniec, ale też charakterystyczna muzyka i śpiew. Flamenco jest tańcem żywiołowym, w którym dozwolona jest improwizacja. Jego stałym elementem jest rytm oraz palos (style flamenco, które wyróżnia się w zależności od muzyki). Reszta układu zależy od tancerza i jego siły wyrazu oraz chęci zaakcentowania poszczególnych fragmentów tańca.
Charakterystycznymi elementami są także dynamiczne zwroty nie tylko całego ciała, ale też samej głowy, typowy dla flamenco skręt ciała oraz szczególny ruch ramion, dłoni oraz palców, zwłaszcza u tańczących kobiet, dzięki którym tancerka może wyrażać najskrytsze emocje. Rytm wybiją zarówno tańczący jak i śpiewacy przez: Palmas - uderzenia dłonią o dłoń, Pitos pstrykanie palcami, podkreślające wykonywane ruchy, Cajón uderzenia otwartymi dłońmi o pudła, na których siedzą śpiewacy. Często, zarówno tańczący, jak i muzycy używają kastanietów.
Rytm wybijają też stopami, a takie miarowe tupanie nazywa się Zapateado, natomiast zaakcentowanie wybranego elementu śpiewu lub muzyki nosi nazwę Punteado.
Zarówno kobieta, jak i mężczyzna tańczący flamenco są pełni ekspresji, zmysłowi, potrafią wyrazić całą gamę uczuć, od radości po wielki smutek. Profesjonalni tancerze flamenco potrafią połączyć perfekcyjną technikę z łatwością wyrażania emocji, dzięki czemu są w stanie opowiedzieć tańcem całą historię, która poruszy widownię.
Taniec jest tak ekspresyjny, że można dodatkowo wyrzucić z siebie wszystkie negatywne emocje. Flamenco dodaje przy tym energii i pobudza do działania.
Jest to taniec wykonywany solo, w duecie, grupowo lub składa się z kolejnych „solówek”, wykonywanych przez poszczególnych tancerzy.
Strój tancerek to przede wszystkim szeroka, kolorowa falbaniasta spódnica lub suknia (często w kolorze czerwonym, czarnym lub czerwono-czarnym) -wykorzystywana w tańcu, falbaniasty gorset i kolorowa chusta, uzupełnieniem czasem bywa wachlarz, grzebień lub kwiat.
Strój tancerzy – przeważnie czarny, granatowy lub ciemnobrązowy – to obcisłe spodnie, biała koszula, obcisła kamizelka, mała apaszka pod szyją, buty wzorowane na butach do jazdy konnej z wysokimi obcasami, by lepiej wybijać rytm i charakterystyczny płaskodenny kapelusz. Kamizelka i kapelusz bywają wykorzystywane, jako element choreografii.
Charakterystycznym elementem flamenco jest muzyka, do której tańczą tancerze. Wykonuje się ją przede wszystkim na gitarze. Wyróżnia się liczne style flamenco, te najpopularniejsze to m.in. solea (dość wolne tempo), zambra (bardziej zmysłowa), alegria (szybkie tempo), petenera (melancholijna), buleria (żywiołowa). Muzyka wykonywana jest przede wszystkim na gitarze (choć zdarzają się przypadki użycia fletu, skrzypiec, wiolonczeli).
Z punktu widzenia charakteru wykonywanego śpiewu (muzyki) rozróżnia się następujące rodzaje flamenco:
• cante jondo (cante grande): siguiriyas, soleá, tientos
• cante intermedio: bulerías
• cante chico: alegrías, fandango, farruca, sevillana
Taniec flamenco ma swoje korzenie w religijnych tańcach orientalnych, prawdopodobnie pochodzi od katak, – czyli hinduskiego tańca. Początki flamenco datuje się na I wiek naszej ery, był to okres panowania Cesarstwa Rzymskiego. Wpływ na rozwój flamenco miał na pewno fakt wymieszania się przez wieki wielu kultur, mauretańskiej, arabskiej, perskiej czy żydowskiej. Koniec XV wieku, to okres, w którym do Hiszpanii dotarli Cyganie.
Sam termin „flamenco” został wprowadzony dopiero pod koniec XIX wieku, ale jego pochodzenie nie jest do końca jasne.
Wiele źródeł wspomina o „flaman” w starocygańskim zwrocie oznaczającym „dobroć”, ale również „sprośność”.
Tradycja flamenco wywodzi się właśnie z Andaluzji i można tu podziwiać jego fenomenalne wykonanie na pokazach, w klubach, restauracjach i na placach Sewilli. Flamenco to nie tylko taniec czy śpiew, to całe życie. Flamenco można podziwiać tu również na ulicy. Często na Plaza de Espana – Placu Hiszpańskim, czy w okolicach placu Puerta de Jerez tańczą tancerze.
Można też wybrać się na taki pokaz, do jednego z sewilskich tabalos. Klubów czy eleganckich restauracji gdzie odbywają się pokazy flamenco na przykład do Los Gallos na Plaza Santa Cruz.
Kiedyś sercem flamenco była dawna dzielnica cygańska Triana. Obecnie bije ono po drugiej stronie rzeki, przy calle Castellar , lub w uliczce Macareny Peña Flamenca Torres Macarena i inne. Można wybrać jeden z darmowych, często amatorskich występów, w jednej z knajpek Sewilli. Jednym z takich miejsc jest La Carboneria.
Wielokrotnie oglądałem występy Flamenco na całym świecie, ale zobaczyć występy w Sevilli w sercu jej powstania, to była wielka okazja, zwłaszcza, że nasz Powstaniec Listopadowy wyładowywał w Huelva- blisko Sevilli.
Załatwiłem więc samochód od agenta i pojechaliśmy z Matką Chrzestną statku. Od agenta, z prospektów i z Internetu dowiedzieliśmy się wiele. Najpierw zwiedziliśmy Sewillę, a wieczorem zjawiliśmy się pod jednym z sewilskich tabalos.
Chciałem kupić bilety, a tu pech-zarezerwowane. Staliśmy rozczarowani, gdy nagle zajechały dwa autobusy i wysypał się z nich tłum Niemców. To oni zarezerwowali nasze wymarzone tabalo.
Nagle zadecydowałem. Złapałem Elę za rękę i wciągnąłem w ten tłumek szwargocących.
Wyrywała się, przestraszona, ale w końcu weszliśmy razem z Niemcami, przez nikogo niepytani, kto my i dlaczego się dołączyliśmy do nie naszej wycieczki. Bez jakiegokolwiek pytania zasiedlmy na widowni. Czerwone stoliki, zielone krzesła pomalowane w kwiaty, ustawione wokół sceny, na ścianach plakaty z torreadorami – po wejściu od razu zanurzyliśmy się w świat andaluzyjskiego folkloru. Po sali chodził jakiś mesero i zbierał zamówienia. Usłyszałem jak zamawia obok siedzący Niemiec i bez namysłu zamówiłem to samo: ”zwei gin und tonic –bitte. Byłem przygotowany, żeby zapłacić, ale okazało się, że to poczęstunek w ramach wycieczki. W ten sposób na koszt Niemców nie dość, że oglądnęliśmy wspaniałe występy, ale jeszcze się napiliśmy.
Występ był piękny i poruszający – trzy młode piękne bailaoras i trzech ognistych bailaoros mieli zaraźliwą energię, smutek przeplatał się w ich tańcu z radością, a śpiew był rozdzierający, a wyrażany w tańcu ból rozdzierał serca widzów.
- Jezu!- oni chyba przeżywają orgazm- szepnąłem do Eli.
Podświetlone od dołu tancerki rzucały dramatyczne cienie na białą ścianę, co skutkowało pięknym efektem wizualnym.
Niezwykłą atmosferę poczuliśmy szczególnie pod koniec występu, podczas tzw. fin de fiesta, kiedy na scenę wyszli wszyscy tancerze a energia tej sytuacji była niesamowita.
Rozgrzana do białości publika wyła ze szczęścia, a ja z Elą chyba najgłośniej.
Nagle jedna z pięknych bailaoras wręczyła mi w prezencie swój wachlarz, czyżby zwróciła na mnie uwagę, chyba bo biłem najgłośniej brawo? Na dodatek piękny tancerz podarował mi kastaniety. Czy i jemu się spodobałem?
To te pamiątki, teraz wiszą na ścianie w mojej tawernie i przypominają gorące rytmy flamenco i piękną tancerkę.
Niemcy szaleli, a my z nimi. Podczas wyjścia przyglądali nam się z zaciekawieniem, ale nikt nie zapytał, kto jesteśmy i skąd my się tu wzięliśmy?
A ja zażartowałem do przerażonej sytuacją Eli:
-To było za reparacje wojenne!
CORRIDA
CORRIDA
Podczas mojego 40-to letniego pływania po morzach i oceanach wielokrotnie zawijałem do Hiszpanii. Pokochałem ten kraj, jego atmosferę, kulturę, przyjaznych ludzi i mariscos. Uczyłem się hiszpańskiego, co bliżej pozwalało mi poznać ludzi, a szczególnie Señoritas. Na dodatek w Ameryce południowej, środkowej i Północnej też można było pogadać po hiszpańsku. Wszystkiego co piękne w Hiszpanii nie dam rady w jednym opowiadaniu opowiedzieć, ale chciałbym przybliżyć Corridę i Flamenco. Corrida hiszpańska to obok flamenco jeden z elementów podkreślających romantycznego ducha mieszkańców tego kraju.
Jedni doszukują się w Corridzie alegorii mężczyzny pałającego do kobiety namiętnym lecz zgubnym uczuciem. Opowieści gdzie on, poddany okrutnej zabawie ponosi śmierć z rąk obiektu swojego pożądania. Inni dopatrują się w corridzie spektaklu, w którym widzowie przeżywają wraz z matadorem momenty jego brawurowej odwagi, dumy, podniecenia, drwiny oraz niekiedy strachu i cierpienia. Niektórzy z kolei twierdzą, że jest to krwawe, bezsensowne widowisko gdzie człowiek najzwyczajniej w świecie udowadnia swoją przewagę nad niebezpiecznym, chociaż podstępnie osłabionym zwierzęciem. Jedno jest pewne, corrida de toros to tradycja nierozerwalnie złączona z kulturą Hiszpanii.
Toreador (torero) to zawód cieszący się od wieków wielkim szacunkiem w społeczeństwie Hiszpanii. Są to postaci niemalże wielbione przez społeczności wsi, miast i miasteczek z których się wywodzą. Najsłynniejsi stają się wielkimi celebrytami. Kariera wielu toreros zakończyła się przedwcześnie na skutek ran odniesionych w walkach na arenach corridy. Podczas widowisk noszą barwny, lśniący mieniącymi się w słońcu cekinami i złocistym materiałem strój nazywany traje de luces. Pierwszoplanową postacią wśród toreadorów oczywiście jest matador. Jednak droga każdego torero na sam szczyt jest długa, pełna ciężkiej pracy, balansowania na granicy życia i śmierci.
Wielokrotnie oglądałem hiszpańską corridę na żywo, jest to teatralne widowisko podzielone na swoiste akty (tercios). Nie jest to do końca wyreżyserowane przedstawienie, gdyż nigdy nie można przewidzieć jak potoczy się każda z jego scen. Publiczność daje aplauz ale potrafi również wyrazić w żywiołowy sposób swoje rozczarowanie a nawet oburzenie.
Wiadome jest natomiast, że jest to jedno z najstarszych widowisk na świecie, które odbywa się po dzisiejsze czasy. Mówi się o tym, że ma swoje korzenie w starożytności, a nawet sięga jeszcze dalej, do epoki brązu.
Pewne jest, że byki były zwierzętami, które brały udział w charakterze bestii na arenach starożytnych Rzymian tocząc krwawe walki z lwami, niedźwiedziami oraz z ludźmi (wg. niektórych przekazów konno miał z nimi walczyć sam Juliusz Cezar).
W niektórych regionach Hiszpanii odchodzi się od tej tradycji. Przykładem jest Katalonia, gdzie zgodnie z uchwałą autonomicznego parlamentu zabrania się publicznych pokazów walk byków.
Obecnie corrida praktykowana jest w podobnej formie w wielu krajach Ameryki Łacińskiej, Portugalii oraz na południu Francji.
Kiedy mój statek zawinął do Huelva w Andaluzji wybrałem się na to widowisko na słynną Plaza de Toros Real Maestranza de Caballería w Sewilli i zasiałem w ławce (tendido)w cieniu (sombra).
Bilety na corridę kosztują od kilku do nawet kilkuset euro. Ich cena jest zależna od wielu rzeczy: miejscowości w której znajduje się dana arena, dnia w którym się odbywa czy typu miejsca przeznaczonego na widowni najdroższe miejsca dla VIP, potem kategoria 1, kategoria 2 / sol, sol y combra i sombra).
Miejsca na owalnej arenie, zapełnione były po brzegi, podzielone na cztery kategorie. Widzowie zasiedli w ławkach (tendidos) i na balkonach (palcos). Można było wybrać miejsca w słońcu (sol) lub bardziej komfortowe z uwagi na hiszpańskie warunki pogodowe miejsca w cieniu (sombra), ewentualnie zmieniające zacienienie w trakcie widowiska (sol y sombra). W honorowym miejscu trybun znajdowała się loża gdzie siedział przewodniczącego corridy (presidencia), jakiś dygnitarz reprezentujący urząd miasta.
W samym centrum plaza de toros na ruedo (potocznie zwane także albero lub redondel), było ubite piaszczyste podłoże, na którym miały toczyć się walki. Na całym obwodzie otaczała je drewniana, wysoka na 1,5 m ścianka nosząca nazwę barrera. Od środka wkomponowane były w nią parkany burladeros, za którymi w razie nieprzewidzianych kłopotów może schronić się torero. Za barrerą znajdował się otaczający ją korytarz callejón, w którym czekali na swoją kolej aktorzy spektaklu, pomocnicy oraz obsługa reagująca na dziejące się na arenie zdarzenia (poprzez jedne z drzwiczek mogą błyskawicznie pomóc będącemu w opałach toreadorowi). Do piaszczystego placu prowadziły dwa wejścia. Jedno dla matadora wraz z jego zespołem (puerta de cuadrillas) oraz drugie dla byków (arrastre de toros lub puerta de toriles).
Byki biorące udział w walkach w trakcie pokazów corridy to autochtoniczna, hiszpańska odmiana toro bravo. Cechuje je przede wszystkim ognisty temperament, agresywność, potężna siła, masywna budowa ciała oraz duże, skierowane do przodu rogi. To co odróżnia męskie osobniki toro bravo od innych podgatunków bos taurus primigenius to jego reakcje w obliczu niebezpieczeństwa ze strony innych stworzeń (w tym człowieka). Hiszpańskie byki atakują stanowiący zagrożenie obiekt, podczas gdy pozostałe odmiany uciekają. Gotowe do stoczenia walki byki osiągają masę ciała wynoszącą około pół tony.
Byki bitewne hodowane są na specjalnych fermach w całej Hiszpanii, chociaż za ojczyznę toro bravo uznaje się rozległe łąki (dehesy) w Andaluzji. Wkrótce po kończących ich żywot walkach, mięso zwierząt trafia na stoły hiszpańskich restauracji i domostw. Uważa się, że wyzwalająca się wtedy adrenalina nadaje mu niepowtarzalny, ostry smak (a za największy rarytas uznaje się ogon byka). Utarte w świadomości ludzi wyobrażenie iż byk reaguje agresją na kolor czerwony jest podobno mitem. W rzeczywistości zwierzęta te nie rozróżniają barw (daltonizm). Podczas corridy uśmiercanych jest sześć byków (przypadają po dwa na każdego matadora).
Corrida to swoisty rytuał, mieszanka doskonale zaaranżowanego spektaklu z wielką dawką grożącą śmiercią improwizacją.
Widowisko rozpoczęło paseíllo na arenę wkroczyło dumnym krokiem trzech toreadorów i dwóch rejoneadores walczących z bykami konno wraz z ich zespołami złożonymi z banderilleros, jadących na koniach picadores oraz pozostałych pomocników tzw. mozos. Na samym czele pochodu jechali alguacilillos (dawni namiestnicy), którzy prosili przewodniczącego (presidente) o symboliczne klucze do wrót za którymi oczekują waleczne byki. Towarzyszyły temu donośne dźwięki muzyki pasodoble. Dumny pochód przemaszerował dookoła ruedo przedstawiając się publiczności.
Później rozpoczęła się pierwsza seria pokazów walk podzielona na trzy tzw. tercios, w których skład wchodzą także dwie tzw. suertes.
Pierwsza część widowiska o nazwie corrida de toros to tercio de varas. Podczas niej matador wykonał zgrabne manewry kolorową płachtą zwaną capote. Rozdrażnił byka i spowodował jego wyjątkowo niebezpieczną szarżę. Największy aplauz publiczności wywołał sytuacją, w której atakujący toreadora byk został wytrącony z równowagi i padł na kolana.
Pierwszą "tercio" zakończyło suerte de capote, podczas której matador wykonał ten jeden z najtrudniejszych manewrów będących świadectwem jego odwagi.
Później na arenę wjechali konno picadores zaopatrzeni we włócznie. Jeden z nich zadał bykowi z góry głębokie dźgnięcie lancą w okolice karku. Publika wyła, gdy szarżujący byk prawie nie powalił konia (osłoniętego szczelnie zbroją przypominającą materace) z którego atakował pikador.
Rozpoczęła się tercio de banderillas, piesi banderilleros usiłowali wbić bykowi w garb parę krótkich włóczni zakończonych wstążkami oraz haczykowatym grotem. Udawało im się odskoczyć w odpowiednim momencie sprzed rogów szarżującego na nich byka. Tercio zakończyło się gdy wszystkie sześć banderillas znalazło się w karku byka.
Wreszcie na arenę dumnie wkroczył Matador to była ostatnia część pojedynku to tercio de muerte-śmierci.
Pomimo że byk był już znacznie osłabiony i mocno wykrwawiony jednak dalej był niebezpieczny dla życia matadora.
Matador wyposażony był w znacznie mniejszą niż w pierwszej tercji płachtę nazywaną muleta. Matador wykonał wiele ryzykownych manewrów (suerte de muleta), sprawiających wrażenie tańca wyjątkowo zuchwałego, a nawet stojąc odwrócony do bestii plecami, przy ogólnym gorącym aplauzie szalejącej publiczności.
Kiedy już poczuł, że zwierzę nie stanowi wielkiego zagrożenia zadał mu śmiertelny cios trafiając precyzyjnie szpadą o nazwie estoque w miejsce wielkości monety znajdujące się w okolicach karku byka. Udało mu się to za pierwszym razem i znowu otrzymał donośny aplauz publiczności. Byk padł na kolana. Chwilę tak trwali, on zwycięzca i byk pokonany. Widownia zamilkła… A może jeszcze wstanie?- chyba myśleli.
Nagle, jednak runął na bok i skonał, a tłum zwycięsko zawył.
W nagrodę Matador mógł wziąć określone trofeum w postaci uszu zabitego byka lub jego ogona. Obciął więc uszy byka i i dumnie wzniósł do góry pokazując zachwyconej publiczności.
Tłum znowu zawył i zaczął rzucać na arenę prezenty dla zwycięscy. A On szedł dumnie wokoło areny i zbierał dary, ale czasami niektóre z nich odrzucał na widownię.
A ja ! Ja rzuciłem mu mój bukłak napełniony winem „Sangria”- bycza krew. Podniósł go wysoko nad głowę i strumykiem lał prosto do gardła. Wypił sporego łyka, a następnie odrzucił mi bukłak i pozdrowił dziękując.
To ten bukłak, który teraz wisi na ścianie mojej Tawerny i przypomina mi tego wspaniałego matadora i Jego mrożącą krew w żyłach walkę z bykiem.
Z niego to pijemy z kolegami Sangrię i krzyczymy Olé! Brawo!
MIĘDZYNARODOWA NAGRODA "CONRADA"
MIĘDZYNARODOWA NAGRODA „CONRADA”
„INDYWIDUALNOŚCI MORSKIE”
W mojej tawernie stoi sześciokilowa statuetka z brązu Josepha Conrada Korzeniowskiego.
W świecie jest 107-miu laureatów tej nagrody z całego świata, a wśród nich jest aktualny król Norwegii Harald V.
Nagroda ta była przyznawana za wybitne osiągnięcia w dziedzinie żeglarstwa, kultury morskiej, nauki, gospodarki morskiej i popularyzacji problematyki morskiej.
Dnia 08.marca 2014 r. wręczono mi ją w Gdańsku w XVII-to wiecznej Tawernie „Zejman”.
Tą Międzynarodową Nagrodę Conrada „Indywidualności morskie”, wręczył mi mój nauczyciel kmdr Eugeniusz Koczorowski laureat tej nagrody, który mnie do niej nominował.
W obecności laureatów i zaproszonych gości komandor Eugeniusz Koczorowski wygłosił laudację.
Zostać Kapitanem Żeglugi Wielkiej to wyzwanie dla młodego człowieka. Do osiągnięcia tego celu, czeka przed nim drabina, po której będzie się wspinał. Uczelnia, praktyka, kursy, pozyskiwanie patentów i dalsza kariera zawodowa, która będzie uzależniona od zdolności zawodowych i kolejnych kursów udoskonalających. Tak więc kapitanem staje się dzięki wykształceniu, doświadczeniu i rutynie.
Natomiast Indywidualnością Morską w tym zawodzie się bywa.
Decyduje o tym dodatkowo osobowość, charyzma, wrażliwość postrzegania innego od lądowego środowiska morskiego. Grycner oddał morzu 46 lat swojego życia. To inna kultura, obyczaje, ceremonia, historia, tworzą otoczkę kulturową tego zawodu.
Prowadząc wykłady na kursach kapitanów żeglugi małej i wielkiej zauważyłem niezwykłe zainteresowanie Włodzimierza Grycnera morską tematyką.
Połknął bakcyla. Uczestniczył w moich spotkaniach autorskich w szkołach szczecińskich. A następnie sam także występował na spotkaniach z młodzieżą.
Zaczął wykazywać niezwykłą aktywność społeczną w Lidze Morskiej, zwłaszcza w organizacji Flisów Odrzańskich, pełniąc przez 18 lat funkcję Komodora.
Pisał również opowiadania zamieszczane w prasie, a następnie książki.
Włodzimierz Grycner będąc bowiem szalenie barwną postacią, obdarzony poczuciem humoru, optymistycznie nastawiony do świata i ludzi, obdarzony cechą wspaniałego gawędziarza, przelewa na karty stron równie barwne opowiadania.
To niewydumane opowieści powstałe z potrzeby pisania. To oryginalne autentyki!
Ambitny, zarówno pierwszy wśród równych, zaczął mnie fascynować swoją osobowością i stał się, nie ukrywam, moim serdecznym oddanym przyjacielem.
Zatem z ogromną satysfakcją w imieniu kapituły, wręczam statuetkę CONRADA, którą równie dobrze można nazwać Morskim Oskarem.
Kmdr Eugeniusz Koczorowski
Nagle zauważyłem siedzącą w pierwszym rzędzie Panią Dyrektor mojego Liceum Ogólnokształcącego.
-Skąd oni się tu wzięli?- pomyślałem zdziwiony.
Okazało się, że jest ich cała delegacja z Chełmży. Nagle wystąpili na scenę i Pani Janina Nowacka Dyrektor Zespołu Szkół Chełmża złożyła mi gratulacje, wręczyła obraz mojej szkoły w Chełmży i kwiaty (co wywołało uśmiechy, bo był 8-my marca- Dzień Kobiet)
Piękny obraz mojej 100-letniej szkoły był podpisany:
„Kapitanowi Włodzimierzowi Grycnerowi absolwentowi Liceum
Ogólnokształcącego w Chełmży gratulacje z okazji otrzymania
Międzynarodowej Nagrody „CONRADY Indywidualności
Morskie” oraz Nagrody POZŻ im. Conrada składa Społeczność
Zespołu Szkół w Chełmży i napisanie dziewięciu książek
w tym jedna w siedmiu językach (o tematyce morskiej),
oraz e-booki i audiobooki książki:
„Życie marynarskie”.
Gdańsk, 8 marca 2014 roku.”
Zaprosiłem na tę uroczystość do Gdańska moich przyjaciół ze Szczecina kpt.ż.w. Lecha Katkowskiego i kpt.ż.w. Bogusława Fiuka, przyjechał też z Ulanowa Retman Mieczysław Łabęcki. Oczywiście asystowali mi podczas wręczania w kapitańskich mundurach, a Retman w bogatym stroju Flisaka. Potem już było bogate przyjęcie, piliśmy, jedliśmy i śpiewaliśmy razem z Komandorem Eugeniuszem Koczorowskim i delegacją z Chełmży.
A grał na gitarze i śpiewał nam kpt.ż.w. mój przyjaciel Lech Katkowski.
Po powrocie do Szczecina dostałem list od Pani Dyrektor:
Serdecznie witam Pana Kapitana!
Bardzo dziękuję za to, że mogłam uczestniczyć w tak wspaniałej i ważnej dla Pana oraz dla nas – społeczności szkolnej uroczystości.
Jesteśmy dumni z Pana dokonań i cieszymy się, że zostały one docenione tak bardzo wysokim wyróżnieniem jakim jest nagroda Conrady. Było nam bardzo miło, że zostaliśmy w tak piękny sposób przez Pana powitani. Słowa, które wypowiedziałam i tak nie ukazały naszej wdzięczności i dumy, że jest Pan naszym absolwentem.
Jeszcze raz serdecznie gratulujemy.
Część nieoficjalna zostanie nam również na długo w pamięci. Było nam z Panem i wszystkimi Pana gośćmi wspaniale. Prosimy pozdrowić od nas wszystkich, również rodzinę i życzyć „Tak trzymać” (to przecież Pana słowa).
Dziękuję za przesłane zdjęcia. Pragnę poinformować, że w naszym szkolnym Multimedialnym Centrum Informacji, na każdej przerwie uczniowie oglądają prezentację multimedialną z dostępnych nam materiałów i film z uroczystości emitowany na stronie
YouTube.
W miesiącu kwietniu, na zakończenie roku szkolnego dla absolwentów, zostanie wszystkim wręczone czasopismo szkolne „Ogólniak”, a w nim artykuły związany z Pana osobą.
W kronice szkolnej chciałabym również umieścić artykuł tematycznie związany z Międzynarodową Nagrodą Conrady Indywidualności Morskie – 2014, który na pewno ukaże się w Waszych wydawnictwach. Proszę o niego.
W moim gabinecie została powieszona rzeźba żaglowca, za którą jeszcze raz dziękuję.
Bardzo serdecznie pozdrawiam, liczę na kolejne spotkania w naszej Chełmży.
Janina Nowacka – Dyrektor
A u mnie w tawernie zjawili się w mundurach Kapitanowie koledzy z PSMKI, moi nauczyciele i przyjaciele: Lech Katkowski, Andrzej Surmacki, Bronisław Jany, Bogusław Fiuk, Andrzej Robaczyk, Michał Sadłowski, Krzysztof Poniński, Wojciech Klimaszewski, Kazimierz Jawor, Bogdan Bakuła i moi wykładowcy Lech Jasiński i Andrzej Fiderkiewicz.
Przybyła też telewizja szczecińska i nagrywała, nagrywała, a najbardziej wzruszająco było jak moi koledzy i nauczyciele śpiewali mi „Sto lat! Sto lat!. Sto lat! Niech żyje, żyje nam!
CHRZEST MORSKI
CHRZEST MORSKI
Na suficie mojej Kapitańskiej Tawerny jest wiele certyfikatów i dyplomów. Są dyplomy moje nagrody z konkursów literackich i wiele innych. Wśród nich są morskie dyplomy potwierdzające odbyte rejsy mojej rodziny- żony Krystyny, córki Magdaleny i syna Radosława. Ale jest też Certyfikat „Chrztu Morskiego” mojej żony Krystyny.
W 1975 roku na m/s „Generale Świerczewskim” popłynęliśmy do Brazylii Mangaratiba i była wycieczka do Rio de Janeiro. Płynęła ze mną wtedy moja małżonka Krystyna. Przecinaliśmy więc równik i nadarzyła się okazja, żeby Ją ochrzcić. Ja byłem już dawno ochrzczony w 1967 roku na m/s „Szczawnicy” w podróży do portów Afryki, dlatego teraz mogłem, to ja między, innymi dokonać tego tradycyjnego obrzędu. Albowiem zgodnie z odwieczną marynarską tradycją, przekraczając równik należy ochrzcić tych, którzy go po raz pierwszy przekraczają, czyli Neofitów.
Do dziś pamiętam smak cuchnącej borowinki, gdyż do beczki wsadzono mnie dwa razy i w dodatku głową w dół. Zadbano, abym zassał kilka łyków. Pamiętam ból umęczonego brzucha, gdy ściągnięto mnie z masztu. Wisiałem tam dłuższy czas na pasie strażackim, przełamany jak scyzoryk, zażywając „górskiego powietrza”. Jednak teraz z dumą noszę nadane mi wtedy morskie imię Orion.
Potem wiele razy sam chrzciłem innych, a będąc kapitanem organizowałem Chrzty Morskie.
Tym razem jednak na „Generale Świerczewskim” byłem drugim oficerem i pełniącym obowiązki lekarza. Dlatego na Chrzcie Morskim wystąpiłem jako lekarz, a sanitariuszem był steward.
A było jak tradycja ceremoniału nakazuje:
Już na tydzień przed równikiem po ogłoszeniu, że odbędzie się Chrzest Morski, załoga podzieliła się na dwie grupy - już ochrzczonych, czyli prawdziwych marynarzy, oraz Neofitów pozbawionych czci i honoru kandydatów na marynarzy.
Dla tych ostatnich rozpoczął się teraz gorący okres przygotowań do doniosłej w marynarskiej karierze ceremonii. Neofici dręczeni byli wizjami okrutnych prób, jakich mogą oczekiwać, a które załamałyby niejednego Rambo.
Na szotach pojawiła się bogato ilustrowana i wierszowana korespondencja między Neofitami a Świtą Neptuna. Diabły Neptuna opisywały, co to zrobią ze Wstrętnymi Neofitami. Oni zaś odpowiadali butnie, że niczego się nie boją, chociaż w gaciach mają już pełno. Wszyscy uczestniczyli w przygotowaniu stosownych strojów, dekoracji i narzędzi tortur. Świta tworzyła reżyserię ceremonii, rozdzielała role, które każdy sam musi przygotować. Neofici, przykładając się przy produkcji insygniów władzy Neptuna, czy też garderoby Lucyfera i diabłów, mieli cichą nadzieję zjednania sobie łask. Starali się ocieplić koleżeńskie stosunki z Lekarzem, Fryzjerem, Diabłami niespotykaną dotychczas grzecznością i uczynnością.
Wszystkie te starania okazują się jednak daremne i niezauważane przez nikogo ze Świty Neptuna.
Status Wstrętnego Neofity czyni płonnymi nadzieje na odrobinę choć protekcji z ich strony. Zatrważające wizje okrutnych zabiegów „lekarskich” i „kosmetycznych”, jakie czekają Neofitów, czy też perspektywa degustacji „specjałów” ze stołu biesiadnego Neptuna, przyprawia ich o swędzenie skóry, odruchy wymiotne i palpitacje serca. Strach pogłębia
zbiórka gipsu przez Lekarza, który jakoby szykowany jest na ewentualne złamania, które - jak wieść niesie – zdarzają się podczas chrztów bardzo często. Neofici zaczynają jeść posiłki samotnie, z dala od Diabłów, niekiedy przenoszą się nawet na polerek. Niestety, odwrotu nie ma. Chcąc wejść do grona Braci Marynarskiej i stać się jej godnym, trzeba poddać swą osobę wyszukanym zabiegom, hartującym Duszę Marynarza i przysposabiającym jego ciało do trudów morskiego żywota. Chrzest Morski, uświęcony tradycją ceremoniał marynarski, uczył i uczy świeżo przybyłych na morze respektu i pokory wobec nieokiełznanych sił przyrody
i pozwala zrozumieć, jak w obliczu potęgi żywiołu marnym okruchem jest człowiek, nawet ze swym nowoczesnym, stalowym i nafaszerowanym elektroniką statkiem!
Ale oto zbliża się już czas Wielkiej Próby. Opowieści, jak to bywało podczas innych chrztów, umiejętnie podwyższają napięcie i tak już sięgające zenitu.
Wcześniej nadano Neofitom brzydkie imiona, które – wywieszone na korytarzach napawają czytających prawdziwym obrzydzeniem. Są tak wstrętne, że nie sposób ich tu przytoczyć. Zhańbieni w ten sposób Neofici, dostępują jednak zaszczytu stawienia się przed oblicze
Świty Neptuna, w celu złożenia podań i prezentów, które powinny wyjednać zmianę brzydkiego imienia na godniejsze. Ubiegający się podpiera podanie prezentem, mającym dopomóc w przekonaniu Neptuna i jego wysłanników - Pirata, Trytona i Diabłów - o jego zasadności.
Jednocześnie Czcigodne Gremium poddaje Neofitów sprawdzianowi z wiedzy ogólnej oraz znajomości marynarskiego fachu, a także bada jego uzdolnienia artystyczne.
Podania bywają więc i takie jak np. było moje:
- „Dostojny Rexie i Najczcigodniejsza Świto!
Zwracam się do Was, a szczególnie do Ciebie Najjaśniejszy z Jasnych, Najpotężniejszy z Potężnych, Najmądrzejszy z Mądrych. Wejrzyj łaskawie swym wszystko widzącym okiem na mą nędzną kreaturę Wstrętnego Neofity. Tenże Wstrętny Neofita, najniższy ze sług Twoich,
jakże jednak Ci wierny i oddany, na korabiu tym rzucony gdzieś pośród bezmiaru Twego Królestwa, ma czelność błagać Cię...O Wielki wybacz!
Zechciej łaskawie z mej marnej persony, hańbiące piętno Wstrętnego Neofity zetrzeć, przychylając się do prośby o zmianę imienia mego „Gwiazdo Jebek”, szlachetnego
wprawdzie – bo nadanego przez Twą Wspaniałą Świtę – na szlachetniejsze i jeszcze głośniej sławiące Twe Wielkie Imię.
Dostojny Rexie, imię Orion - rycerz nieba - godnie bym nosił i dzielnie bronił Twego Królestwa. Upraszając Twej łaski o zaliczenie do Grona Braci Marynarskiej, wiedz zarazem,
jak głębokim szacunkiem darzę Ciebie i Twą małżonkę Prozerpinę, czego wyrazem niech będzie ten skromny Bukiet, jaki składam za Twoim przyzwoleniem i pośrednictwem u jej stóp. Twój uniżony sługa Wstrętny Neofita „Gwiazdo Jebek”.
Tak zredagowane podanie oraz wyskokowy prezent (bukiet)– buteleczka!
– Bukiet, składa się u stóp Prozerpiny, gdyż serce kobiet zawsze jest łaskawsze dla marynarzy. W ten sposób delikwent zjednuje sobie Neptuna i Świtę, dostępując
zaszczytu stemplowania.
Wieczorem, po zachodzie słońca,
Neofici zostają zebrani na pokładzie pod siatką i ochłodzeni morską wodą z węża pożarowego. Przy akompaniamencie dzwonów, gongów i statkowej syreny, ze siatki za burtą
wyłania się Orszak Świty Neptuna. Idzie pokładem głównym od dziobu, pod przewodnictwem Trytona, w blaskach niesionych pochodni. A diabły, pod dowództwem Lucyfera, straszliwie wtedy wyją! One właśnie i Pirat wyciągają z pod siatki kolejnych Neofitów, rzucając ich na kolana, a potem ciągną przed oblicze Trytona. Diabły chłoszczą
nieszczęśników ogonami, odbywając czasem krótką przejażdżkę na ich grzbietach. Stempel, stanowiący dowód dopuszczenia do chrztu, przystawia Pirat na czole, piersiach, plecach, no i tam, na czym zwykle się siedzi.
Każdy ostemplowany Neofita otrzymuje jednocześnie zadanie do wykonania na noc. W zależności od dotychczasowego sprawowania, Neofici otrzymują polecenia o zróżnicowanym stopniu trudności. Począwszy od spania na podłodze z butem przy policzku, aż po sen na kolanach w łazience ze sraczykiem pod głową.
Zlekceważenie poleceń jest uznane za brak czci należnej Świcie Neptuna. Sprawdzaniem tego wszystkiego zajmują się w nocy Diabły.
Nazajutrz nadchodzi wreszcie tak „upragniony” przez Neofitów dzień. Na pokładzie, przy ryku syreny statkowej, pojawia się Neptun z Małżonką i Świtą, a także Kapitan statku. Następuje uroczyste przekazanie władzy w ręce Neptuna, po czym Kapitan w dowód uznania zostaje odznaczony Wielkim Krzyżem Morskim.
Pamiętam, gdy już byłem Kapitanem, Neptun odznaczając mnie stwierdził:
- Słyszałem, że załoga Cię chwali,
bo się dobrze trzymasz na fali.
Kapitan częstuje winem, wita Neptuna, całuje rączki Prozerpiny i zaprasza wszystkich na statek.
Wysokie Gremium zasiada za honorowym stołem, a Diabły gonią Neofitów pod rozpostartą na pokładzie siatkę – czyli do Piekła- polewają ich tam morską wodą, podrzucając zgniłe jaja, żeby im „uprzyjemnić” oczekiwanie przed chrztem. Diabły kolejno wyciągają Neofitów z pod
siatki, rzucają na kolana, zakładając im na szyję dwudziestokilową szaklę. Potem jadą na nich wierzchem, waląc ogonami.
W ten sposób docierają do kolejnych stanowisk torturowania.
Najpierw Neofitę musi przebadać Lekarz. Wyleczyć go, żeby całkowicie zdrowy mógł stanąć przed obliczem Neptuna. Lekarz z Sanitariuszem rzucają pacjenta na Madejowe Łoże, z którego sterczą śruby i kapsle po piwie.
Tam wiążą go łańcuchami i rozpoczynają badanie. W jego trakcie rozpoznają u pacjenta wiele chorób i aplikują mu natychmiastową terapię. Garbusów wałkują kanciastym, obitym kapslami, wałkiem, żeby im wyrównać garba.
Głuchych podłączają do rogu mgłowego, żeby im przedmuchać bębenki. Taka próba poruszyłaby przysłowiowy pień drzewa, a co dopiero człowieka.
Erotomanom aplikują tabletki antykoncepcyjne, ciężko je przełknąć, bo są śmierdzące, ale jest przecież napój do popicia, też zresztą cuchnący. Płyn ten, w połączeniu z tabletką, może doprowadzić trzewia Neofity do wywrócenia na lewą stronę, co tym samym gwarantuje
usunięcie źródeł zakażenia, nabytych wraz z pokarmem mniej więcej w okresie niemowlęcym.
Oczywiście, nie może obejść się bez baniek, które jak wiadomo są sprawdzonym przez ludową medycynę środkiem leczniczym. Jednak w wydaniu morskim bańki różnią się nieco kształtem od lądowych. Są to po prostu gumowe przepychaczki do zlewów i kanalizacji, dodatkowo maczane w różnokolorowych farbach olejnych.
Niedorozwiniętym aplikują inhalacje odświeżające mózg, zarzucając im na głowę specjalnie skonstruowany inhalator.
Wielu ma choroby weneryczne i hemoroidy, więc smaruje się ich z przodu i z tyłu towotnicą. Nerwowym sanitariusz aplikuje krótkie wstrząsy elektryczne, podłączając do induktora. Dobry Lekarz rozpoznaje jak najwięcej chorób, wszystkie wyleczy, a na kurację kieruje do sanatorium.
Należy dodać gwoli rzetelności, że jak przystało na Gabinet Lekarski, wszystkie zabiegi przeprowadzane są przy zastosowaniu znieczulenia. Ma ono kształt pokaźnych rozmiarów młota, którym sanitariusz uspokaja cierpiącego w ten sposób, że wali go potężnie w łeb.
Wiadomo, że w sanatorium aplikuje się borowinki, więc Diabły ciągną delikwenta do beczki z borowinką i zanurzają po szyję w czarnej, cuchnącej cieczy. Płyn ten spełnia jednocześnie kilka funkcji. Usuwa oznaki reumatyzmu, dezynfekuje, oczyszcza organizm z niedawno zjedzonego obiadu i oczywiście, hartuje ogólnie Neofitę.
Kiedy już odmoknie, Diabły zabierają go do Rekina.
W tym siedmiometrowym worku, uszytym z brezentu, czekają go niespodzianki: ślizga się w czarnym smarze oraz jeździ na rozrzuconych śrubach i kapslach od piwa. Diabły utrudniają mu przeczołganie się przez Rekina, dosiadając go i lejąc z węży strumienie wody, kierowane z obu stron worka. Oblepionego czarną mazią i opitego morską wodą, wyciągają potem pół
żywego na maszt, ażeby dotlenił się „górskim powietrzem”.
Wisi tam na strażackim pasie i bywa, że Diabły o nim zapominają.
Zdrowy nareszcie Neofita może już zostać skierowany do Salonu Piękności.
Tam Fryzjer ma go wypięknić, aby mógł stawić się przed obliczem Neptuna.
Bywa jednak, że Neofita nagle zasłabnie i Lekarz zabiera go na powtórne leczenie.
W końcu całkowicie już zdrowy Neofita zasiada wygodnie w fotelu fryzjerskim, wyposażonym w sterczące śruby.
Mistrz fryzjerstwa, wspierany przez pomocnika, na wszelki wypadek przywiązuje klienta do fotela, zarzucając mu na szyję deskę klozetową. Potem moczą mu nogi w specjalnym płynie do usuwania odcisków i pozostałości reumatyzmu, który gwarantuje powodzenie pedicure.
Klient ma też możliwość lektury licznych haseł reklamowych Salonu Piękności.
Są tu między innymi takie:
- Od dziś golę na dole,
Gdy się zjawisz u Fryzjera,
będziesz piękny jak cholera.
Klient nasz pan, dlatego Fryzjer aplikuje mu pełny zestaw zabiegów, a więc pedicure, manicure, masaż, a także fryzurę na życzenie, łącznie z punkową. Utrwalają jej kształt
szampony ze zgniłych jaj. Zaś cerę poprawiają różnorakie maseczki pudrowane mąką. Przyszli kapitanowie otrzymują gratisowo cztery paski, malowane na ciele farbą olejną.
Tak wypiękniony Neofita musi jeszcze zjawić się u Astrologa, gdzie należy wykazać się umiejętnością liczenia gwiazd, mając głowę wsadzoną do wiadra z wodą. Astrolog
odczytuje w gwiazdach przyszłość Neofity i stawia mu Horoskop.
Wysłuchawszy przepowiedni Astrologa, Neofita z dwudziestokilową szaklą na szyi, rusza na kolanach do stóp małżonki Neptuna Prozerpiny. Oddając wyrazy szacunku, całuje Wielki Palec jej stopy oraz artystycznie wykonaną niewątpliwą oznakę kobiecości.
Ci z delikwentów, którzy szczególnie przypadną Prozerpinie do gustu, dostają w nagrodę do wylizania patelnię ze starym, zjełczałym tłuszczem. Wreszcie Neofita staje przed obliczem Jego Wysokości Neptuna Rexa, który zaprasza go do degustacji specjalnie przyrządzonych kanapeczek i napojów wyrywających wnętrze żołądka.
Niejednemu Neoficie kanapeczka powraca. Niezbędna jest wtedy interwencja Lekarza, który chorego zabiera znowu do Gabinetu Lekarskiego.
Jednakże nieprzyjęcie poczęstunku mogłoby być poczytane za obrazę Czcigodnej Świty. Zdesperowany, przełamując odruchy obronne organizmu, Neofita przełyka więc kanapkę i jednym haustem wypija zalatującego śledziem drinka.
Ostatnią próbą zmaltretowanego Neofity jest wykazanie się przed Wysoką Świtą pokazanie zdolnościami artystycznymi. Musi zaśpiewać, powiedzieć wierszyk bądź zatańczyć.
Wydawałoby to się proste, ale nie dla kogoś, który przeszedł tyle prób i nie widzi, gdyż oczy zalewa mu czarna maź, nie słyszy po próbie słuchu, żołądek wyrywa mu się za burtę i jest zupełnie wyprany z sił.
W moim przypadku, udało mi się wydukać jakiś wierszyk i odpowiedzieć na pytania Świty.
Wreszcie poczułem uderzenie Trójzębem i usłyszałem słowa Neptuna
- Widząc Lico twe zmartwione,
zwię Cię Bratku więc Orionem.
W chwilę później żołądek dokonał samooczyszczania i w ten sposób na własne oczy ujrzałem opuszczające mój organizm szczątki Wstrętnego Neofity.
Całe szczęście, było to już na osobności i umknęło uwadze Lekarza. W przeciwnym przypadku z pewnością wylądowałbym znowu w Gabinecie Tortur.
Uroczystość dobiegła końca
Gdy wreszcie moja małżonka dotarła do Astrologa, wyjął lupę, spojrzał w gwiazdy, po czym wiele nie dumając, ryknął Jej w ucho.
Dumnie patrzysz w niebo
Bądź Boginią miłości
Wenus Twoje imię
Ku męża radości!
Radości w małżeństwie nie było przez następne trzy dni, bo moja małżonka była na mnie obrażona, za okrutne (wg niej) traktowanie. Co prawda, miała rany na kolanach po przejściu rekina i nie mogła zdrapać czarnej farby ze skóry, ale przecież nie siedziała w beczce i nie wisiała na górskim powietrzu, a kanapkę i popitkę po znajomości dostała zjadliwą.
Trzeba jednak przyznać, że dzielnie z zaciśniętymi zębami przeszła wszystkie tortury.
Tego samego dnia po zachodzie słońca na rufie odbywa się uroczystość wręczenia dyplomów tym wszystkim, którzy przetrwali wszelkie próby i zostali prawdziwymi Wilkami Morskimi. Przy stole biesiadnym zasiedli wszyscy jedząc, pijąc i swawoląc.
Ja też tam byłem. Trochę zjadłem i wypiłem, Ważne, że się zabawiłem, Wszystko co widziałem, Szczerze Wam opowiedziałem.
A żona nabrała do mnie większego szacunku i rozchmurzyła się!
Dumna była, że przeszła „Chrzest” jest teraz prawdziwym marynarzem, cieszyła się podróżą jak marynarz, a szczególnie ucieszyła się wycieczką do Rio de Janeiro.
Subskrybuj:
Posty (Atom)