środa, 5 stycznia 2022

MAKUMBA

MAKUMBA Podczas ponad 40-to letniego mojego pływania po morzach i oceanach, poznałem wiele Religi, zwyczajów, wierzeń, obrzędów i czarów. W Brazylii Szaman na Amazonce nauczył mnie Makumby. Wpłynąłem wtedy na Amazonkę, jako kapitan na m/s „Kopalnia Ziemowit” bez mapy i bez GPS na „marynarskiego nosa”. Płynęliśmy 12 godzin w górę rzeki bez pilota, dopiero w Macapa weszli piloci i płynęliśmy jeszcze trzy dni zmieniając pilotów do portu załadunkowego w buszu Itaquatiara. To tam spotkałem Szamana, który nauczył mnie Makumby. Makumba –Candoble, Umbanda lub spirytyzm – rodzaj opętania przez bóstwa. W busz do szamana zaprowadziła mnie jedna z „mrówek”, czyli dziewczynek, które rozlazły się po statku. Mój Makumbista sprzedał mi swoją oryginalną maskę, miecz do obcinania głów i sztylet do zabijania. Nauczył mnie też najważniejszego uścisku czarownika- „Um abraco do Macumbeiro”, który stawiał wszystkich Brazylijczyków na baczność ze strachu, gdy ich obejmowałem. -Kapitan ty znasz Makumbę ?- pytali. Co sobie życzysz? I natychmiast spełniali moje życzenia. Myślę, że ten uścisk znał Breżniew, kiedy czule witał Jaruzelskiego, bo u nas nazywaliśmy go uściskiem „Na misia”. Obejmowało się gościa ramionami raz i dwa i podporządkowywało całkowicie. To tutaj w amazońskim buszu kupiłem rurkę (dmuchawkę) ze strzałkami namoczonymi w Kurarze (truciźnie z kory kilku gatunków kulczyby, z cebuli trój żeńca lub korzeni – porażającej nerwy mięśni-, która kiedy dostaje się do krwi- powoduje natychmiastowe wiotczenie mięśni. Nazwa Kurara wywodzi się od Indian Makuszi z Brazylii na Amazonce. Dowiedziałem się też, że spożycie Kurary jest nieszkodliwe, gdyż nie dostaje się ona do krwi, bo nie jest wchłaniana przez przewód pokarmowy. Nawet spożycie zwierzęcia z Kurarą też jest nieszkodliwe. Niweluje się działanie Kurary niewielkimi dawkami neostygminy. Stosuje się ją też leczniczo. Indianie południowo amerykańscy do strzał łuków i dmuchawek używali rury bambusowej długości do ok 4.5m. Filipińczycy do 1m na Borneo 1.8m, Paragwajczycy 4, 5m /strzałka 7, 5cm do 45cm, nawet stosowano takie dmuchawki w Japonii (fukidade). Faktycznie była to straszna broń. W Maceio byłem uczestnikiem modlących się. Podczas mojej inicjacji tańcząc na plaży z grupą wiernych wpadłem w trans, a może to było od jakiegoś proszku, który rozsiewał w powietrzu Szaman. Kapłan (Pai) rozpoznał u mnie, jakie bóstwo mnie opętało, rozpoznał mojego „ducha opiekuńczego” – był to Jaguar, z którym Pai się komunikował. Bębny i inne instrumenty wprawiały tancerzy w szaleńczy trans. Kobiety ubrane w długie białe suknie z turbanami na głowach tańczyły kręcąc się w kółko i śpiewając wokoło wieńca kwiatów z zamocowaną na nim figurą Matki Boskiej „Nossa Sehnora” (Nasza Pani). Wieniec kwiatów z bogato przystrojoną lalką (Naszej Pani), otoczony był palącymi się świecami i dziwnymi liturgicznymi przedmiotami. Nagle dziewczyny zaczęły tarzać się po piasku, a po wyjściu z transu nie pamiętały, co się działo. Szaman komunikował się z duchami, a te przemawiały przez jego usta. Śpiewał swoją pieśń, obejmował tańczących, trzymał ich głowy w dłoniach, kropił jakimś pachnącym płynem. Potrafił przewidywać przyszłość, leczyć, i diagnozować choroby… Czułem się oszołomiony, ale szczęśliwy! Szaman przekazał mi łaskę ducha. Potem nieustannie tańcząc z wieńcami kwiatów i stateczkami udekorowanymi laleczkami Matki Boskiej ruszyliśmy w morze. Weszliśmy do morza i spławiliśmy wieńce śpiewając i tańcząc ku chwale Bóstwa Oceanu, prosząc o łaskę i dobre połowy ryb. To była Quimbanda –magia sympatyczna, naturalna i szamańska magia. Wieczorne niebo rozświetliły fajerwerki i sztuczne ognie. Na plażach tańczyły tłumy. Czarni tancerze w rytm Berimbau tańczyli Capoeirę – taniec walki. To od nich zakupiłem ten instrument i nauczyłem sie na nim grać. Po napiętej na łuku strunie uderzałem pałeczką, rytmicznie przyciskając do brzucha pustą skorupę kokosa, a małym kamieniem dotykałem struny i potrząsałem instrumentem dodając do muzyki szelest z zawieszonego koszyczka. To było Jahodo… Tak słyszało się tradycyjne rytmy muzyki afro-brazylijskiej. Ale laleczkami można leczyć, czynić dobro i zło. Makumba afrykańska z kultury Bantu – imię afrykańskiego bóstwa afro - brazylijska z Rio de Janeiro to praktyki religijne- obrzędy czarnej magii. Istnieje Makumba biała „ Magia branca”, która leczy, błogosławi, oraz makumba czarna „Magia nera”, która zabija, sprowadza śmierć, ale również leczy. Symbolem Makumby jest dłoń z palcem do góry -jak nasza figa. Wywar z konopi indyjskich daje silne doznania emocjonalne, silniejsze od marihuany, które trwają od 8-24 godzin w zależności ile się tego weźmie. Brazylijczycy boją się makumby (Szamani-Espiritas) Mówią wierzę w Nossa Senhora”, a o Makumbie lepiej nie wspominać. Jednak wielokrotnie rozmawiałem z Brazylijczykami o Makumbie, którzy twierdzili, ze 90% Brazylijczyków wierzy w Makumbę z różnych powodów. Kiedyś starszy Pan Polak, profesor opowiedział mi, dlaczego? -Otóż przyszedł do mnie do domu Makumbista i zaoferował mi hamak za 100 dolarów, a ja wiedziałem, że mogę kupić taki hamak za 5 dolarów. No i natychmiast kupiłem go za 100 dolarów. -Dlaczego?- spytałem zdziwiony. -Bo gdybym nie kupił, to on przed moim domem odprawiłby Makumbę i zostałbym wyrzutkiem społeczeństwa. A sąsiedzi omijaliby mnie jak zarazę- rozumie Pan teraz? Odwiedziło mnie kiedyś w Rio Grande młode polskie małżeństwo. -A Wy młodzi też wierzycie w Makumbę-zapytałem. -Oczywiście, Panie kapitanie- odpowiedzieli chórem. Przylecieliśmy do Brazylii z Polski i straszna bieda nas tu dopadła. Nie mieliśmy, za co żyć, ani pieniędzy na powrót do kraju. No i wtedy spotkaliśmy Makumbistkę, która nam powiedziała: -Ja Wam pomogę! Zło usunę z waszej drogi na lewo i prawo i wytyczę Wam korytarz dobrego, którym pójdziecie. Ale musicie wykonywać wszystkie moje polecenia! -Nie mając innego wyjścia, zgodziliśmy się. Makumbistka nas obserwowała, aż pewnego razu powiedziała: -Będziecie robić polskie pierogi! -No i robiliśmy polskie pierogi i sprzedawaliśmy je po restauracjach. Okazało się, że tak zasmakowały tu nieznane pierogi, że z czasem produkowaliśmy ich tysiące. A teraz po dwóch latach takiej produkcji, mamy już własną fabryczkę pierogów i restaurację! I jak tu nie wierzyć w Makumbę Panie kapitanie!?

KŁAJPEDA

KłAJPEDA W Rumunii w porcie Konstanca, po ciężkim rejsie na m/s „Care”, nagle dostałem wiadomość od armatora, że przerzucają mnie na inny statek do Hamburga. Ucieszyłem się, bo m/s „Care”, to była kupa złomu. A na kei w porcie witała mnie moja żona. Jako chief oficer miałem jeszcze wyładować część ładunku w porcie Konstanca, a pozostałą w Galati na rzece Sulina. W Konstancji mieliśmy trochę czasu na balety, gdzie to przy okazji okradziono naszą uratowaną razem z jachtem „Judy”. Natomiast w na rzece Sulina piloci wprowadzili nas na mieliznę w samych główkach wejściowych. Na dodatek okazało się, że agent oszukał szkockiego kapitana, bo podał mu głębokość wejścia na rzece o stopę większą niż była w rzeczywistości. Wreszcie zażądano od armatora grubych pieniędzy za ratownictwo, na co armator kazał nam zamknąć ładownie i nie wyładowywać koksu. Dlatego byłem szczęśliwy, że wreszcie lecę do domu, ponieważ tam miałem poczekać około tygodnia na moje nowe przeznaczenie. Lecieliśmy z żoną przez Bukareszt, gdzie w oczekiwaniu na samolot, przyjmowano nas z wielką serdecznością i fundowano nam wycieczki. W Szczecinie czułem się jak szejk, bo armator mi płacił, a ja w barze piłem z kolegami za jego zdrowie. Wreszcie po tygodniu zawezwano mnie do Hamburga. Ponieważ dowiedziałem się, że mój nowy statek m/v „Leo Soling” płynie z Hamburga do Kłajpedy, więc w Hamburgu najpierw odwiedziłem Frantexa i zakupiłem parę kartonów biznesu, głównie dżinsów, peruk itp. Handlowanie w Rosji opanowałem ładując poprzednio na m/s „Eugenie Cotton” w Leningradzie elementy budowlane domów zwanych „Leningradami”, które woziłem do Szczecina. Zresztą potem w takim domu mieszkałem. Tak zaopatrzony ruszyłem motorówką na rzekę, gdzie na kotwicy stał mój „Leo Soling”. - Hej tam wachtowy! – krzyknąłem do stojącego na trapie Filipińczyka – przygotuj dźwig na moje paczki i walizki. Filipińczycy szybko ruszyli do załadowania mojego biznesu, gdy nagle z burty wychylił się jakiś blondyn. - Bosman! Kto to przyjechał!? – krzyknął blondyn. - Panie kapitanie, to chief przyjechał! – odkrzyknął bosman. Zaszedłem potem do kapitana, żeby się zameldować. - Chief! Te paczki to twoje? – spytał kapitan. - Captain, to moje rzeczy osobiste i prezenty dla Rosjan – odpowiedziałem spokojnie. - Chief! Ja się w to nie mieszam! Co tam masz to twoja sprawa. Ja pierwszy raz płynę do Rosji i nie chcę trafić na Sybir – stwierdził srogo. - Captain. Nic się nie martw. To moja sprawa. Ja znam Rosję bardzo dobrze i wiem co robię-stwierdziłem stanowczo. Na drugi dzień przy śniadaniu siedziałem razem z niemieckim kapitanem i zmustrowującym niemieckim chiefem. - Chief! –zwrócił się do mnie kapitan - Czy wiesz, dlaczego zmustrowałem tego tu siedzącego z nami chiefa? - Nie, nie wiem – odpowiedziałem zaciekawiony. - Zmustrowałem go, bo był leniwy i za dużo jadł! – wyjaśnił kapitan, patrząc prosto w twarz chiefa. - Ooo! To ja się zaczynam odchudzać! – wypaliłem. Tak się zaczęła moja praca z kapitanem, wysokim blondynem, który zachowywał się jak „rasowo czysty” Niemiec i jak mówili walił nieposłusznych Filipińczyków po twarzy. Ładowaliśmy z barek worki mąki i czołgałem się po ładowniach, żeby były dobrze sztauowane i liczyłem skrupulatnie uszkodzone worki – tak jak kazał kapitan. Na koniec załadunku policzyłem 731 worków uszkodzonych, a kapitan wpisał tę uwagę do konosamentu, tym sposobem go „brudząc”. Taki „brudny” konosament uniemożliwiał załadowcom pobranie pieniędzy, dlatego byli wściekli na kapitana. On jednak mimo próśb nie ugiął się, twierdząc że płynie pierwszy raz do Rosji i nie chce wylądować na Syberii. Próbowałem i ja go przekonać i uspokoić, że tak źle to tam nie jest, ale był „nieugięty”. I z takim konosamentem popłynęliśmy do Kłajpedy. Płynęły z nami żona kapitana i żona austriackiego elektryka. Filipińczycy poinformowali mnie, że jak w Kłajpedzie znajdą wołka zbożowego, to statek czeka fumigacja, a załoga idzie na 5 dni do hotelu. W Kłajpedzie na odprawie zjawiły się dwie laborantki szukające wołka. Zawołałem je do swojej kabiny i wręczając każdej dżinsy zaproponowałem: - Mam dla Was dżinsy, ale musicie znaleźć wołka. - Tak toczno! Towarisz starszina! Wołka najdiom! – odpowiedziały szczęśliwe. Poszły do swojego laboratorium i w słoiku przyniosły wołka. Zjawiły się u kapitana i zakomunikowały mu, że statek będzie fumigowany, a załoga ma udać się do hotelu. Do mnie przyszła brygada od fumigacji i po krótkim handlu kupiła cały mój biznes. Następnie chodząc w te i z powrotem z butlami gazu, wynieśli to na ląd, mimo że trapu pilnował nic nie podejrzewający żołnierz. Szczęśliwa załoga ruszyła do hotelu, a kapitan wypłacił zaliczkę, po oficjalnym kursie za dolara dawał pół rubla. W hotelu na głównym holu ustawiła się do mnie załoga w kolejce, bo ja dawałem za dolara trzy i pół rubla - tyle ile dawali na czarnym rynku. Następnie poprosiłem dwie piękne „dziewczynki” lekkiego prowadzenia, żeby zarezerwowały stolik na sześć osób w restauracji „Regata”. - Panowie! Teraz ja zapraszam Was do restauracji „Regata”. Zwróciłem się do kapitana, elektryka i ich żon oraz do polskiego chiefa mechanika. Płacę ja za wszystko. Zdziwieni przyjęli zaproszenie i taksówkami, razem z dwoma „dziewczynkami przewodniczkami” udaliśmy się do restauracji, która mieściła się na pięknym żaglowcu. Suto zastawiony stół czekał na nas! Kelnerzy kłaniali się w pas! Orkiestra grała nam na powitanie, a piękne dziewczęta z varietes tańczyły kankana. Ja w kilku językach śpiewałem z orkiestrą, a dziewczyny tańcowały nawet na stołach. Oczywiście odpowiednio wcześniej „posmarowałem” kogo potrzeba. Kapitanowi oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. Dziewczynki siedziały na mim cały czas, mimo że żona go strofowała. Wszyscy bawiliśmy się do białego rana. Oczywiście zapłaciłem za tę zabawę, ale to były tylko małe pieniądze w porównaniu z zarobkiem za biznes. - Chief! A ja myślałem, że tu jest więzienie i Sybir – wykrzykiwał kapitan. - Captain! Mówiłem Ci, że znam Rosję! Tu można wszystko, tylko trzeba mieć pieniądze. Następnego dnia kapitan wysłał żonę innym statkiem do domu. Potem ruszył ze mną w miasto. A po pięciu dniach hotelowych wczasów wróciliśmy na statek wyładować worki mąki. Wyładunek trwał miesiąc, a załoga balowała po knajpach. Po tygodniu kapitan już miał dosyć balowania i stwierdził: - Chief! Ja mam dosyć, jak chcesz, to idź do miasta, a ja za ciebie popracuję. Oczywiście chętnie się zgodziłem i buszowałem z załogą ile można. W miejscowej knajpie „Żuwiedra” zbieraliśmy się często, balując z „dziewczynkami”. Któregoś razu nagle wybuchła awantura. Moi Filipińczycy bili się z Ruskimi. Mój bosman okazał się karateką i „biegał” po ścianach waląc Ruskich. Bójka przeniosła się przed knajpę. Nagle zobaczyłem, jak motorzysta Filipińczyk dusi i topi w kałuży Ruska. Wtedy udało mi się rozdzielić dwie grupy walczących, stanąłem między nimi i krzyczałem raz po rosyjsku, a potem po angielsku: - Uciekajcie, bo Filipińczycy mają noże! Uciekamy, bo jedzie milicja! Wreszcie moja załoga posłuchała mnie i zaczęliśmy uciekać. Udało mi się złapać taksówkę, ale mój pijany motorzysta nagle wskoczył na dach taksówki i przestraszony taksówkarz uciekł. Złapałem więc autobus, zapłaciłem, a ten zawiózł nas do portu. Nadszedł wreszcie koniec wyładunku. Nagle wpadł do mojej kabiny kapitan. - Chief! Tragedia! Stewedorzy policzyli tylko 300 worków uszkodzonych! Co ja teraz powiem załadowcom, przecież napisałem na konosamencie 731 worków uszkodzonych – lamentował. - Captain! Nie martw się, zaraz to załatwię – uspokajałem go. Zawołałem stewedorów, dałem im kilka butelek wódki i za chwilę miałem nowy dokument. Zaniosłem go kapitanowi. Czytał z niedowierzaniem. Nagle stwierdził: - Chief! Napisali 731 worków uszkodzonych! Jak oni to policzyli? – dziwił się. A jednak niczego się mój kapitan nie nauczył – pomyślałem – przecież mówiłem mu, że tu wszystko można załatwić.

wtorek, 4 stycznia 2022

KAPELUSZE

Kapelusze W mojej Kapitańskiej Tawernie znajduje się wiele pamiątek, które zbierałem podczas 45-letniego pływania po morzach i oceanach i rzekach. Każda rzecz to osobna historia i opowieść. Zbieram ciekawe kapelusze, a mam ich 30. Opowiem o niektórych z nich. Wśród nich jest kapelusz podarowany mi przez piękną Kolumbijkę na plaży w Kartagenie, podczas uroczystości „Dni Morza”. Kapelusz specjalny na tę uroczystość, zrobiony z liści palmowych, a na wpiętej w nim gałązce leci palmowy gołąbek. W słomkowym kapeluszu chińskim chodziłem po najniebezpieczniejszych dzielnicach Tajwanu i Szanghaju. Zsuwałem go na oczy tak, że nie było widać mojej twarzy i nikt mnie nawet nie zaczepił. Kapelusz Mandżurski materiał bogato strojony kolorowymi kamieniami, jako koronę założyła mi na głowę i posadziła na tron moja chińska załoga podczas moich 65 urodzin. Gdy tak siedziałem jak „Maharadża”, podchodziło do mnie 25 Chińczyków z laurkami (jedna wisi na suficie mojej tawerny) i składało mi życzenia po chińsku. Na szocie z obu stron mojego „Tronu” wielkimi czerwonymi „chińskimi znakami” były wypisane dla mnie życzenia (jeden taki „Krzak” wisi u mnie w tawernie na suficie). Mój pierwszy oficer, który jedyny mówił po angielsku wytłumaczył mi, że te życzenia to poemat, który ma 5 tysięcy lat i znają go prawdopodobnie wszyscy Chińczycy. A brzmi on tak: 壽 比 南 山 不 老 松, 福 如 東 海 長 流 水 FU RU DONG HAI CHANG LIU SHUI SHOU BI NANG SHANG BU LAO SONG A znaczy: Szczęścia tak wiele, jak wielkie żółte morze chińskie (Dong Hai), i wszystkie do niego wpływające rzeki (nieustannie zasilające to szczęście). Długiego życia, jak długie są chińskie góry (Nang Szang) wiecznego odradzania się, jak wiecznie odradza się natura, jak wiecznie rosnąca sosna. Potem wielokrotnie sprawdzałem znajomość tego poematu w Singapurze, innych krajach, a nawet w Szczecinie i faktycznie na moje FU RU DONG HAI, z uśmiechem Chińczycy kończyli ten poemat. Jest też u mnie egipski kapelusz w kształcie ściętego stożka z bordowego filcu. Zwany, jako „Fez” i kojarzony z dostojeństwem. Nosiłem go w krajach arabskich, a w Egipcie nawet celnicy mnie szanowali i nie przeszukiwali, tytułując „Pasza”, „Pasza”. Są u mnie tradycyjne nakrycia głowy oraz ust używane przez Arabów na pustyni, w takim nakryciu chodziłem też w Turcji. Ale na pustynię mam kapelusz składany, materiał taki jak aluminiowy, odbijający promienie słoneczne, a tym samym chłodzący głowę, który z Egiptu przywiózł mi przyjaciel Andrzej Surmacki. Nie mogłoby zabraknąć oczywiście u mnie kapelusza kowbojskiego, który szczególnie nosiłem w Texasie. A raz w Houston chodziłem w nim na „Rodeo” i byłem zaproszony na „Barbecue”, w którym uczestniczyło 30 tysięcy kowboi w kowbojskich kapeluszach i strojach. Są też inne meksykańskie kapelusze, ale ten najpiękniejszy oddałem w prezencie przyjacielowi Krzysiowi Matysiakowi. W nim to zasiadałem w Vera Cruz na placu Zocalo, popijałem Tequilę i paliłem cygara! A przy moim stoliku stał jak zwykle mój znajomy meksykański gitarzysta i grał mi: Yo no soy marinero, soy capitan, soy capitan! Bamba La Bamba! Mam też cały zabytkowy zbiór dawnych żołnierskich i marynarskich rosyjskich czapek. Ale jest też hełm policjanta angielskiego „BOBBY” i wiele innych kapeluszy. Ale najdroższy jest bardzo drogi kapelusz góralski, który drogo mnie kosztował, bo kupiłem go z głowy właściciela „Zbójnickiej Karczmy” w Zakopanym. A fundowałem wtedy całej Karczmie!

JAMAJKA

JAMAJKA Jamajka zwana „Wiosenną Wyspą”, to podobno Perła Karaibów. A my, z tego naszego zardzewiałego statku, przez całe dnie oglądaliśmy tylko rurę, jaka ładowała nam aluminę. Wszelkie piękne widoki zasłaniała gęsta chmura, która stale wisiała w powietrzu i w dodatku gryzła w oczy. W Rocky Point nikt z załogi na ląd nie zszedł. Do najbliższego miasteczka Eaquivel, mieliśmy około pięćdziesięciu kilometrów, a żadnej komunikacji nie było. Spacerów Agent nie polecał, bo w przydrożnych gąszczach jakoby czaiły się krokodyle. W Eaquivel też, jak twierdził, nie było bezpiecznie. Zresztą, na dalekie wycieczki nie mieliśmy czasu, ponieważ co kilka godzin należało przeciągać wzdłuż kei naszego grata, aby rura załadunkowa mogła trafić do kolejnej ładowni. Ciężkie było zatem życie Felka Marynarza! A przecież w piosence „marynarz w noc się bawi, w hamaku we dnie śpi”, czyż nie? Podczas kolejnego postoju wreszcie straciłem cierpliwość. - Agent! – powiedziałem stanowczym tonem. - Zabieram się z tobą do Kingston. Muszę przecież w końcu zobaczyć, jak wygląda osławiona Perła Karaibów! Odkryję ją teraz ja! - Okay, Captain! – odrzekł bez większego entuzjazmu. - Muszę cię jednak ostrzec, że w Kingston jest bardzo niebezpiecznie. Jamaica ma ze wschodu na zachód 152 km długości, a jej maksymalna szerokość z północy na południe wynosi 82 km, możesz ją zwiedzić całą. W kraju, gdzie mieszkają niecałe 3 miliony ludzi, w ostatnim roku doszło do ponad tysiąca stu morderstw, tysiąca trzystu strzelanin, prawie ośmiuset gwałtów, ponad trzech tysięcy kradzieży i trzech i pół tysiąca włamań. Kingston, stolica Jamajki, to w dużej części slumsy zdominowane przez narkotykowe gangi. Morderstwa i wojny gangów są tam na porządku dziennym. Jamajka jest krajem o jednym z najwyższych wskaźników liczby zabójstw na mieszkańca. - Nie ma sprawy jedziemy do Kingstone, wielokrotnie bywałem w niebezpiecznych miejscach i dotychczas żyję... Wsiedliśmy do jego Calibry i popędziliśmy lewą stroną krętej, wyboistej i wąskiej drogi. Od czasu do czasu dziura w nawierzchni wyrzucała auto w powietrze, a wówczas Agent klął siarczyście. Wzdłuż drogi spacerowały krowy i kozy, ale zachowywały się tak, jakby wiedziały, że nie wolno nam przeszkadzać w jeździe. Agent powiedział, że tutejsze zwierzęta w ogóle mają zakaz spacerowania wzdłuż dróg. Widocznie jednak nie wiedziały o zakazie, albo go lekceważyły. - Jak duża jest wasza stolica? – zapytałem, aby zabić monotonię podróży. - Jamajka to mała wyspa, więc stolica też nie jest za wielka. Wyspę zamieszkuje około trzy miliony ludzi, połowa tego w Kingston. - Wiesz, Agent – rzekłem. – Niekiedy mówisz takim angielskim, że niewiele rozumiem... - Bo to nie jest czysty angielski, a jego nasza odmiana, czyli „ patio”- czyta się „ patła”! To język, który powstał z pomieszania hiszpańskiego, angielskiego, afrykańskiego oraz indiańskiego. - Jezus, Maryja! Ładna mieszanka! - Ya Man - odpowiedział Agent typowym jamajskim zwrotem. - Czy zrozumiałbyś coś, kapitanie, gdybym na przykład powiedział: Mi wa fi go dung di road n´buy likle food fi naym? - Wow! Zrozumiałem kilka słów, ale nie pojmuję całości... - No to przetłumaczę. I want to go down the road and buy little food to eat! Teraz rozumiesz? Potem Agent opowiedział o prapoczątkach wyspy. Najpierw mieszkali na niej Indianie z plemienia Arawak. Nazywali wyspę Yayamaca, co znaczy Wyspa drzew i wody, bo Jamajka słynie z pięknych rzek i wodospadów, które wypływają z wysokich gór, gęsto porośniętych lasami. A te góry to Blue Mountains. Ich najwyższy szczyt sięga 7400 stóp, czyli około dwóch i pół kilometra. Nawiasem mówiąc, nie ma osobnej nazwy, a nazywa się po prostu – Szczyt. Kiedy opowiadał, rozglądałem się wokoło. Widziałem odległy łańcuch niebieskawych gór, pokrytych tropikalnymi lasami, wśród których perliście błyszczały w słońcu białe domki osiedli. To tam, na zboczach, ulokowali swe piękne wille najbogatsi ludzie Jamajki. A dlaczego? Bo na zboczach Blue Mountains temperatura nigdy nie przekracza dwudziestu pięciu stopni, podczas gdy u podnóża sięga czterdziestu. To tam, wysoko na zboczach gór, ciągną się rezerwaty przyrody, łagodnie szumią mineralne wodospady i śpiewa kolorowe ptactwo. W licznych jaskiniach można jeszcze znaleźć ślady koczujących tu kiedyś Indian, piratów i zbiegłych z plantacji niewolników. Tymczasem wzdłuż naszej drogi rozlewał się całkowicie inny pejzaż. Usadowiły się tu bowiem wille biedoty. Zbite z desek i zardzewiałej blachy, porażały swą brzydotą. Może właśnie dlatego niekiedy wisiał na nich szyld Beauty Saloon? Agent zatrzymał Calibrę przy przydrożnym straganie. Właścicielem tego cuda był jakiś nieprawdopodobnie czarny typ, u którego Agent kupił torebkę orzeszków. Nie chciałem jednak ich jeść, gdyż obawiałem się jakiejś nieznanej tropikalnej zarazy. Potem ruszyliśmy dalej i zauważyłem, że hojna natura rekompensowała wszechobecne tu brzydotę i brud, które wyprodukował człowiek. Wszędzie bowiem rosły przepiękne krzewy, na ogół obsypane wielobarwnymi kwiatami. W powietrzu tańczyły olbrzymie motyle o tęczowych skrzydłach. W przydrożnych kąpieliskach baraszkowały dzieciaki, rozkoszując się błękitną wodą, spływającą tu prosto z gór. Nad głowami przelatywały nam niebywale delikatne ptaki, białe, o długich szyjach, a ponad nimi szybował czarny jastrząb. Istny raj! I nagle z sielanki wyrwały mnie dwa sępy na drodze, brutalnie szarpiące martwe ciało przejechanego kota! Zaś mój kierowca, Agent, niczym niezrażony nadal ciągnął swą opowieść. - W 1494 roku wylądował na Jamajce Kolumb. Ogłosił wyspę terytorium hiszpańskim. Hiszpanie jednak jej nie zasiedlali, bo nie znaleźli tu złota. Stworzyli jedynie plantacje, które miały zaopatrywać ich statki, zdążające do Europy. Choroby, które przynieśli oraz niewolnicza praca, zdziesiątkowały tutejszych Indian już w połowie XVII wieku. Z braku lokalnych rąk do pracy, zaczęto więc na plantacje sprowadzać niewolników z Afryki. Niebawem jednak na Jamajkę nabrali apetytu angielscy piraci. Dowiedzieli się o zgromadzonym tu bogactwie i kilka razy złupili ówczesną stolicę, St. Jago de la Vego, która obecnie nosi nazwę Spanish Town. W 1655 roku admirałowie Penn i Venables podbili Jamajkę i ogłosili ją brytyjską kolonią. W reakcji na te wydarzenia uciekło w wyższe rejony gór bardzo wielu niewolników. Przez lata górskiej izolacji wytworzyli własną kulturę, opartą na afrykańskich tradycjach. Anglicy nazywali tych ludzi Maroons. Chcieli ich wyłapać i zniszczyć, ale nie potrafili dać sobie z tym rady. W 1739 roku musieli wreszcie przyznać im autonomię. - Nie sądzisz, Agent, że mimo wszystkich okropieństw, były to jednak piękne czasy? – zapytałem. - Bo ja wiem? – odparł powątpiewająco. – Byłbym wówczas niewolnikiem... Z pewnością były to czasy ciekawe. Anglicy kontrolowali Jamajkę przez prawie trzysta lat. Tacy piraci, jak sir Henry Morgan, późniejszy gubernator wyspy, wykorzystywali ją jako bazę wypadową do kolejnych korsarskich wypraw. Najważniejszym celem morskich rabusiów były hiszpańskie statki, przewożące złoto do kraju. Na skutek tych wszystkich praktyk Jamajka została nazwana Perłą Karaibów, a Port Royal – najbardziej niegodziwym miastem świata. W 1833 roku zniesiono niewolnictwo. Ale prawdziwą niepodległość uzyskaliśmy dopiero w 1962 roku... Przelecieliśmy przez rynek Spanish Town z szybkością sześćdziesięciu mil na godzinę. Policjantka, oparta o zegar z hiszpańskich czasów, najpierw oniemiała, a potem pogroziła nam palcem. - Jaki tu macie limit szybkości? – zapytałem Agenta. - W mieście trzydzieści mil na godzinę, ale w praktyce nikt tym się nie przejmuje! - Widzę, że macie tu sporo kościołów – zmieniłem nagle temat. - O tak! – odrzekł żywo. - Mamy największe zagęszczenie kościołów na świecie, ale powiadają, że barów jest dwa razy więcej... - A jakie religie są tu obecne? – chciałem jeszcze wiedzieć. - Znajdziesz kościoły katolickie, anglikańskie, metodystów, prezbiteriańskie, baptystów, adwentystów Siódmego Dnia, ale też żydowskie synagogi, muzułmańskie meczety oraz siedziby najróżniejszych sekt. Spotkasz tu, Captain, afrykańską Pokuminę i Czarną Magię. Wszystko, czego sobie tylko życzysz... - A ty, Agent, wierzysz w tę Czarną Magię? - Myślę, że jeśli ktoś w coś mocno wierzy, to mu się to w końcu sprawdzi... Tymczasem wpadliśmy już do centrum Kingston, mijając po drodze kilka samochodów najpiękniejszej na świecie marki Lada. Śródmieście stolicy prezentowało się nieźle. Wszystko tu wyglądało bogato - banki, wieżowce, domy handlowe, no i oczywiście KFC, z Mac Donaldem. Poza centrum czaiły się jednak dzielnice biedoty, brudu i gwałtu. - Captain, zawiozę cię do hotelu, a odbiorę jutro rano, gdy będę jechał na statek. Może tak być? Tylko pamiętaj, nigdzie nie chodź piechotą, bo tutaj jest naprawdę niebezpiecznie... Ale niebezpieczeństwo zawsze mnie kusi i kusiło… I odjechał. Za jedyne siedemdziesiąt dolarów wynająłem ładny, klimatyzowany pokój z dużym łóżkiem, wanną i telewizorem. Hotelowy boy oprowadził mnie po hotelu i poczułem się, jak na wczasach. Potem zasiadłem przy barze, ulokowanym nad basenem. Powoli sączyłem zimne piwko, przysłuchując się ożywionej dyskusji międzynarodowego bractwa na temat tutejszego sportu. Rzeczywiście, mała Jamajka wydała wielu wspaniałych sportowców, szczególnie lekkoatletów. Ale najbardziej zadziwiły mnie ich osiągnięcia w bobslejach. Przecież tu nie ma śniegu, ani torów bobslejowych! Okazało się, że trenują na stromych uliczkach, pchając w dół stare samochody. W telewizorze, jaki wisiał nad barem, kończył się właśnie mecz piłki nożnej z Brazylią. Jamajka przegrała tylko 1: 0, a wcale nie była gorsza! Na drugim ekranie leciały czterodniowe zmagania w krykiecie. Był to już setny mecz z Anglią i podobno Jamajczycy większość spotkań wygrali. W końcu miałem dość dyskusji Anglików z Niemcami na temat jamajskiego sportu. Powędrowałem więc kwietnymi alejkami na zwiady. W hotelowej restauracji było znacznie ciekawiej, bo odbywało się tam weselne przyjęcie! Wszakże klimatyzowane wnętrza, sztuczny hotelowy światek i kwietne kompozycje mniej mnie pociągały, aniżeli nieznane niebezpieczeństwa, jakie rzekomo miały na mnie czyhać na ulicach Kingston. Długo zwalczałem pokusę, ale w końcu jej uległem. Pamiętałem jednak, że Agent ostrzegał, abym nie pokazywał dolarów, bo natychmiast mnie okradną. Wymieniłem więc nieco amerykańskiej waluty na jamajki i spacerkiem ruszyłem na spotkanie przygody. Szybko zauważyłem, że Agent miał rację. Tu było rzeczywiście niebezpiecznie. Spacerując po centrum miasta, nieustannie byłem zaczepiany. A to oferowano mi narkotyki, a to dziewczynę. Oto jakiś czarnuch z czupryną jak kopka słomy domagał się pieniędzy. Odganiałem się od natrętów, jak tylko umiałem, nieustannie z dłonią w kieszeni, aby myśleli, że mam w niej pistolet. Jednak prawdziwy strach ogarnął mnie, gdy jakiś typ szedł mi tuż za plecami i coś tam wykrzykiwał groźnym tonem. Wszakże udawałem, że jestem panem sytuacji i wcale go się nie lękam. Policji na ulicach nie było. Z rzadka tylko, przed jakimś bankiem lub hotelem, pokazywał się strażnik. W pewnej chwili nieoczekiwanie wpadłem na grupę czarnych obdartusów, tarasujących chodnik. Wyglądali groźnie. Zwisały im do pasa strąki brudnych włosów, długie noże ostrzyli na kamieniach chodnika, a w oczach mieli morderstwo. I znowu zastosowałem wypróbowaną uprzednio taktykę, ruszając prosto na nich. Zdziwieni, rozstąpili się i mnie przepuścili. Coś tam potem za mną pokrzykiwali, ale udawałem, że się tym wcale nie przejmuję. Pomyślałem jednak, że następnym razem moja sztuczka może już nie wypalić i w końcu oberwę długim nożem w plecy. Postanowiłem zatem znaleźć jakiś bezpieczny bar. Trafiłem na jakieś ciemne podwórko, skąd dolatywała muzyka. Tam, w rozlatującej się budzie stała lodówka i grało radio, a wokół kiwało się kilku silnie nabuzowanych czarnuchów. Na ułamek sekundy otwarli pijane oczy, które natychmiast zrobiły im się wielkie, kiedy zobaczyli białego. Ale zanim zdołali jakoś nieprzyjaźnie zareagować, obróciłem się na pięcie i odszedłem. No, ale wszystko w końcu może człowiekowi się znudzić. Miałem już dość poszukiwań na ulicach miasta. Złapałem zatem taksówkę i zapytałem, gdzie mają w centrum Kingston jakiś porządny bar, w którym da się spokojnie wypić piwo. - Idź do hotelu – odrzekł taksówkarz. - Tylko tam jest bezpiecznie.. - Właśnie stamtąd wyszedłem... Ale skorzystałem z jego rady i ruszyłem na poszukiwanie jakiegoś bliskiego hotelu. Idąc tak ulicami, natknąłem się w pewnej chwili na oszklone drzwi, prowadzące do dużej sali, a tam właśnie modliła się spora grupa ludzi. Na ścianie sali wisiał krzyż, a nad nim umieszczono napis Jesus Christi Lord. Lubię wszelkie niezwykłości, więc natychmiast zapomniałem o piwie i wszedłem do środka. A tam dwóch młodych jakby księży, biegało w kółko, krzycząc do mikrofonu W imieniu Pana pozbądźcie się szatana! Przez chwilę ulegałem błogiemu złudzeniu, że nie zostałem zauważony. Tyle się tam bowiem działo! Oto grupa wiernych trzymała się za czarne głowy, przy okazji trzęsąc się, jak w chorobliwym transie. Co pewien czas ów ksiądz dopadał którejś ze swoich owieczek i przewracał ją na ziemię. Łypnął okiem i już był przy mnie. I też chciał mnie przewrócić, wcześniej wciągając w tłum wiernych, który tymczasem wył nabożne pieśni! Naturalnie, nie pozwoliłem mu na to. Powiedziałem, że przyszedłem tylko popatrzeć. Przyjrzał mi się i skinął przyzwalająco głową. I teraz nie wiem, czy szatan wyszedł z podrygujących w sali wiernych. Ale wiem, że wyszedł ze mnie, bo natychmiast uciekłem do knajpy. Hotel był pięciogwiazdkowy. W barze tkwiło kilku białych, a na dużej sali siedziało wiele mieszanych par. Doszedłem do wniosku, że tak właśnie musi wyglądać śmietanka towarzyska stolicy. Ciemne dziewczyny ubrane były wieczorowo i wszystkie, jakby je specjalnie wybrano - zgrabne i śliczne. Przypomniałem sobie nagle, że dziś mamy Walentynki, a więc dziewczyny przyszły tu ze swoimi nadzianymi forsą ukochanymi, aby uczcić ten dzień wytworną kolacją. Na pianinie przygrywał stary, łysy Jamajczyk, a na gitarze akompaniował chudy, czarny drągal z włosami, jak strąki; grali bluesa i reggae. Wsłuchiwałem się potem samotnie w owe reggae, muzykę, która jest – jak mówią - płaczem serca ludu. Opowiadając o duchowych, fizycznych i życiowych problemach, przesyła jednak ludziom nadzieję. Ukazuje ból i smutek, lecz daje też otuchę, pod postacią naturalnej miłości do życia. Reggae to bijące serce Jamajki! Tak sobie dumałem, popijając jamajski rum appleton, który oparty o skałki lodu, smakował mi wybornie. Romantyczna atmosfera Walentynek dokonała reszty i przypomniała, że przecież daleko w mroźnej Polsce gdzieś tam balują. Tylko ja tu sam jak kołek! - Gdzie tu balują, gdzie tu tańcują? - zapytałem barmana. - Tuż za rogiem działa dyskoteka Asylum, tam jest wesoło... Nie dałem sobie dwa razy powtarzać. Rzeczywiście Asylum działała zaraz za rogiem. Przed wejściem stała długa kolejka chętnych, a bilet kosztował 200 dolarów jamajskich, czyli około sześciu amerykańskich. Podstemplowali mi rękę, a potężny bramkarz przepuścił bez obmacywania, mimo że wszystkich innych przeszukiwał dokładnie. Na schodach przywitały mnie dziewczęta, wciskając mi jakieś T-shirts. Podziękowałem, myśląc, że chcą mi je sprzedać. A to był tylko strój organizacyjny obecnych, bowiem niektórzy na sali podrygiwali ubrani w takie koszulki. - Cholera! Od progu strata! – zakląłem i usadowiłem się w jednym z barów wielkiej sali tanecznej. Zamówiłem, oczywiście appleton z lodem. Potem siedziałem dwie godziny, obserwując tłum, który podrygiwał w rytm muzyki, popijając to i owo. W powietrzu unosił się upojny zapach marychy. Trudno ukryć - byłem zdenerwowany. Co to za dyskoteka? - Barman! – zawołałem, przekrzykując muzykę. – Czy tu w ogóle ktoś tańczy? - Nie martw się – odpowiedział z przyjacielską życzliwością, bo już mnie polubił za wysokie napiwki. - Zaraz się zacznie! Naszemu dialogowi przysłuchiwały się skąpo ubrane czarne błyskawice, które obsiadły bar wokoło i przyglądały mi się z ciekawością. Nic dziwnego - byłem tu jedynym białym. Kręciły się przy nich jakieś typy z kolczykami w uszach, złotymi łańcuchami na szyjach i pierścieniach na palcach. - Postaw mi piwo, man! – nieoczekiwanie zaatakował mnie jeden z tych typów. Zwykle nie reaguję na bezceremonialne zaczepki, ale teraz byłem sam, otoczony przez nabuzowanych czarnuchów. Doszedłem więc do wniosku, że lepiej będzie facetowi piwo postawić. Tak na wszelki wypadek. A kiedy już stało przed nim te piwo, zaczął ze mną pogawędkę. - Co tu robisz? – zapytał. - Siedzę i piję - odpowiedziałem grzecznie. - Nie o to chodzi. Co robisz na Jamajce? - Business - stwierdziłem krótko. - Jaki business? – zapiszczała jedna z błyskawic za moimi plecami. - Alumina...- wyjaśniłem, zresztą zgodnie z prawdą. Potem już nie było mowy na mój temat, ale Czarna stojąca obok, wyraźnie zdradzała zainteresowanie moją skromną osobą. Przedstawiła mnie swoim przyjaciołom i po chwili miałem już towarzystwo. Postawiłem Czarnej coca-colę, bo silniejszych trunków nie pijała, po czym ustąpiłem stołka przy barze. Jak prawdziwy biały dżentelmen! - Dlaczego tu nikt nie tańczy? – zapytałem. - Czekamy na naszą muzykę – odrzekła, ukazując w uśmiechu rząd perlistych zębów. Nie zdążyłem jeszcze zapytać, o jaką muzykę chodzi, kiedy zagrali reggae i wszyscy runęli na parkiet. Czarna chwyciła mnie za rękę i pociągnęła do tańca. W kilka sekund później parkiet dosłownie oszalał. Nigdy wcześniej nie widziałem niczego podobnego, a widziałem już w swym życiu wiele. Otóż na parkiecie odbywał się na moich oczach zbiorowy szał miłości. Po prostu - wszyscy „kopulowali” w tańcu. To był sexy dance, czy też dirty dance. Dziewczyny kręciły tyłkami ósemki, a faceci atakowali je z różnych stron. Potem dziewczyny skakały facetom na biodra i zaczynał się szalony pokaz figurowego stosunku miłosnego. Niektóre pary schodziły do parteru i w tej pozycji imitowały figury miłosnego uniesienia. Niebawem wiele par poczęło się zbierać w grupy i wtedy zaczęła się prawdziwa zbiorowa orgia. Wszystko, naturalnie, w rytmie reggae! Czarna też demonstrowała co nieco. Wypięła na mnie swoją dupcię i celowała nią w moje krocze. Trzymałem ją za biodra od tyłu, cokolwiek bezradnie, ponieważ nie bardzo wiedziałem, co z tym fantem zrobić. Po godzinie byłem nieomal cały spocony i właściwie wykończony. Wtedy Czarna postawiła mnie pod ścianą, zaś sama tańczyła nadal, napierając na moje przyrodzenie. Z boków atakowały mnie dwie inne błyskawice, mniejsze, w kolorze kawa z mlekiem. Zemocjonowany, zdołałem jednak dostrzec, że pod sufitem wisiały telewizory, właśnie pokazujące reportaż z ostatniego karnawału, kiedy to identyczny sex dance tańczono na ulicach. Po dwóch godzinach szaleństwa Czarna nagle stwierdziła, że już musi iść do domu, bo czeka tam na nią małe dziecko. Powiedziała bye bye i znikła w tłumie. A mnie znowu poniosło do baru. Niemal natychmiast pojawił się mój body guard, któremu kilka godzin wcześniej postawiłem piwo. Teraz stwierdził, żebym się niczego nie obawiał, bo on mnie pilnuje. Na wszelki wypadek, postanowiłem pilnować się jego. I wówczas, jak w kiepskiej powieści, dostrzegłem w tłumie białego człowieka. Co za ulga! Poczułem się nagle tak, jakbym spotkał dawno niewidzianego przyjaciela. Rzuciłem się w tamtym kierunku, a on też zmierzał ku mnie. Bez słów padliśmy sobie w ramiona, po czym natychmiast poszliśmy do baru. Miał na imię Ivan. Okazał się Anglikiem, szefem jakiejś tam firmy, samotnie mieszkającym od pół roku w hotelu w Kingston. Przedstawiłem mu się jako Charlie, aby nie łamał sobie angielskiego języka Włodzimierzem. Od razu przypadliśmy sobie do gustu. Potem fundowaliśmy sobie na zmianę drinki, czując się, jak starzy przyjaciele. Ivan, między nami mówiąc, wcale nie wyglądał na szefa jakiejś tam firmy. Był młodym, szczupłym blondynem, mającym na usługach Jamajczyka, o którym powiadał, że pracuje w jego firmie. - Wiesz, Charlie, przyszedłem tutaj, żeby coś wyrwać na noc. Około czwartej nad ranem robi się już pusto, a te, które pozostają, są do wyrwania... - Mnie już jedna wyrwała – powiedziałem - ale poszła do domu... Na sali zjawił się Pakistańczyk, jeszcze jeden przyjaciel mojego Anglika. Uścisnęliśmy się wylewnie, jakbym ja także był jego przyjacielem. Piliśmy teraz we trójkę, obstawiani przez dwóch Jamajczyków. Nie było źle. W pobliżu godziny czwartej istotnie sala cokolwiek opustoszała. Ale kilka dziewczyn można było jeszcze od biedy wybrać. Jednak zanim Anglik zdążył oderwać się od piwa i ruszyć we właściwym kierunku, wszystkie dziewczyny były już obstawione przez spragnionych miejscowych. Ivan spojrzał na ten pejzaż z rezygnacją, po czym machnął ręką. - Chodź, Charlie – powiedział - Idziemy do German Eye, tam jest ich pełno. Jednak ledwo wyszliśmy z dyskoteki, natychmiast kilku czarnuchów rzuciło się na nas. Gdybym był sam, nie miałbym szans. Ale teraz miałem do pomocy Ivana, a także mojego body guarda, który nagle wyrósł, jak spod ziemi i szybko wepchnął mnie do taksówki. Napastnicy walili w szyby, domagając się pieniędzy, ale teraz do akcji włączył się też taksiarz i drugi nasz Jamajczyk, ten od Anglika. Po krótkiej szarpaninie wszystkim udało się znaleźć w środku i wówczas auto ruszyło z piskiem opon, sterując prosto w tłum wrzeszczących czarnuchów. Było po wszystkim. Dumni i bladzi wparowaliśmy do German Eye. Już w wejściu skoczyła mi na biodra jakaś dziewczyna, oplatając nogami i tańcząc znany mi już taniec, który omal nie wykończył mnie w dyskotece Asylum. Była w skąpym bikini, zgrabna, młoda i ładna, w kolorze bardziej mleka, niż kawy. No i nie było rady. Z powieszoną u szyi laską, ruszyłem w stronę baru. Moi koledzy też targali do baru zawieszone na szyjach gołe laski. Okrągły bar stał na środku sali, a wkoło ustawiono kilka niewielkich scen, na których właśnie tańczyły na rurach dziewczyny. Cała ta akcja odbijała się w licznych lustrach, co potęgowało wrażenie. Ledwo usiadłem przy barze, już następna tancerka siedziała na mnie. Poprosiła o piwo, a po chwili jej koleżanka zrobiła to samo. Nagle rozchyliła czerwone koronkowe majteczki, chwyciła mojego Anglika za czuprynę i wcisnęła mu głowę miedzy swoje uda. Sądziłem, że Ivan zacznie się teraz gwałtownie wyrywać, ale nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego dostaliśmy sporą porcję starego, dobrego porno, a faceci wokoło mocno dopingowali aktorów. Gdy było po wszystkim, Ivan wydał dziki okrzyk i popił go piwem. Zrobiła się piąta rano. Show się kończył. Byłem mocno zmęczony, miałem tylko ochotę walnąć się na koję i spać. - Jak na jedną noc, to starczy tych wrażeń – powiedziałem do Pakistańczyka, prosząc, aby zawiózł mnie do hotelu. Moi przyjaciele też już mieli dość. Zgodnie stwierdzili, że AIDS lata tu w powietrzu. W ten sposób wszyscy wsiedliśmy do auta. Podgrzany Pakistańczyk jechał wężykiem, ale miał jeszcze tyle przytomności i sił, aby wyrzucić na jezdnię mojego body guarda, twierdząc, że ten chciał mnie okraść. Po drodze mijaliśmy rozebrane dziewczynki, demonstrujące wszystko to, co miały nam do zaoferowania. Ivana wysadziliśmy pod jego hotelem. Dopiero wtedy, jak szedł do hotelu, zauważyłem, że zgubił jeden but. Pożegnaliśmy się, jak starzy przyjaciele, czyli - padliśmy sobie w ramiona. Umówiliśmy się na jutro. Nie powiedziałem mu jednak, że jutro już będę w drodze do Kanady. Bramę mojego hotelu Four Seasons otwarła ochrona. Podziękowałem Pakistańczykowi za wszystko, po czym poczłapałem do swojego pokoju. Miałem naprawdę dosyć, a za godzinę Agent miał mnie wieźć na statek. Zamówiłem więc budzenie i zapadłem w czeluść snu. Dobry był ten rum, ale trochę za mocno kopnął mnie w głowę. Cholernie męcząca jest ta Jamajka...

GOSCIE W MOJEJ TAWERNIE

GOŚCIE W MOJEJ KAPITAŃSKIEJ TAWERNIE Uczestnicząc w kursie na dyplom kpt.ż.m. w Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie poznaliśmy i polubiliśmy naszego wykładowcę kmdr Eugeniusza Koczorowskiego. W prywatnej rozmowie poinformował nas, że musi kupić lampę w NRD. Natychmiast zaproponowałem mu, że zawiozę go zagranice moim samochodem. Zawiozłem komandora z kolegą Lechem Katkowskim i kupiliśmy piękną Lampę, jakiej w Polsce nie było. I tak się zaczęła nasza długoletnia przyjaźń. Przez następne 45 lat był moim Guru i przyjacielem. Bywał często u mnie w domu, a ja u niego w Sopocie. Był Komandorem w Marynarce Wojennej, ale zachwycał swoimi obrazami i książkami. Kiedy zapraszał mnie do swojego Atelier na poddaszu swojego domu w Sopocie, malował i cudownie opowiadał historie o swoich podróżach po świecie. A ja mu się rewanżowałem swoimi przygodami. Często wyjeżdżałem od Niego z podarowanym przepięknym obrazem żaglowca w morzu. Jako wiceprezes ZG LM spotykał się z młodzieżą, malował piórkiem i węglem i opowiadał. Jeździłem z nim na te spotkania, aż pewnego razu ogłosił młodzieży: „a teraz opowie kapitan Grycner” i tak mnie wciągnął do LMiR i na spotkania z młodzieżą. Zazdrościłem mu Jego Atelier, gdzie było tak wiele zbiorów i atmosfera dalekiego świata. A przecież ja od lat pływając zbierałem pamiątki z całego świata, nie miałem jednak gdzie tego godnie prezentować. Aż wreszcie po trzyletnim pływaniu u niemieckich armatorów, kupiłem dom, w którym był duży wolny pokój. Przyjechał Gieniu i posadziłem go na środku 30m2 pokoju i poprosiłem: „ Geniu, proszę namaluj jak ma wyglądać moja Tawerna”. Gieniu wziął arkusz brystolu i narysował moją „Kapitańską Tawernę”, a na drugim arkuszu węglem namalował „Dar Pomorza”. Tak powstała moja tawerna, dokładnie jak namalował Gieniu, a pierwszym zawieszonym na suficie eksponatem był namalowany na brystolu „Dar Pomorza”. Przez lata przybywało eksponatów i opowieści. To Gieniu „za całokształt” nagrodzony Nagrodą Conrada nominował mnie do Międzynarodowej Nagrody Conrada „Indywidualności Morskie” i potem w 2014 roku w Gdańsku mi ją wręczał. Potem przez wiele lat Gieniu z rodziną odwiedzał mnie, przywoził obraz w prezencie, zasiadaliśmy w Tawernie i długo ucztowaliśmy! W 2019 roku Gieniu odszedł „na wieczną wachtę”, a ja wygłosiłem na Jego grobie przyjacielskie „ostatnie pożegnanie”, ale w moim domu przypominają o Nim obrazy, wspomnienia i Kapitańska Tawerna. Cześć Jego Pamięci! Nigdy nie dogonię mojego Mistrza( twórcy 3000 obrazów i 7000 rysunków), bo malować nie potrafię. Napisał ponad 30 książek o tematyce historycznej marynistycznej ilustrowanych Jego rysunkami, ale ja zaraziłem się od Niego i zacząłem pisać książki, zacząłem opisywać moje marynarskie życie. W mojej Kapitańskiej Tawernie opowiadałem gościom o morzu i eksponatach (a każdy eksponat to opowieść), które zebrałem przez 45 lat mojego pływania po morzach i oceanach. Wielu przyjaciół, kolegów, zaproszonych stowarzyszeń i innych chętnych odwiedzało mnie, żeby posłuchać morskich opowieści i pooglądać eksponaty. Przyjaciel Kpt.ż.w. Lech Katkowski grał na gitarze i śpiewał, bywali też sławni lekarze, grający na gitarach i śpiewający. Odbywały się, wywiady i uroczystości, które filmowała telewizja. Jak na przykład, gdy kapitanowie śpiewali mi „Sto Lat” z okazji otrzymania przeze mnie Międzynarodowej Nagrody „Conrady Indywidualności Morskie”. Był u mnie w Tawernie mój Przyjaciel Prezydent RP Bronisław Komorowski, który przeczytał moje książki i kiedy w 2010 roku w Pucku na rynku, jako Marszałek RP i zarazem Prezes ZG LMiR wręczał mi „Pierścień Hallera”, to przedstawiając mnie Prezydentowi RP Lechowi Kaczyńskiemu powiedział: „ Kpt.ż.w. pisze piękne książki”. W mojej Kapitańskiej Tawernie leży podarowane mi przez Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego pióro wieczne z napisem Prezydent Rzeczypospolitej Polski Bronisław Komorowski Jest też oprawiony w złotej ramce list: Bronisław Komorowski Z gratulacjami i podziękowaniami Bronisław Komorowski To przysłany prezent po wręczeniu mi Międzynarodowej Nagrody „Conrady Indywidualności Morskie”. Najweselej skwitował moją Tawernę mój przyjaciel słynny satyryk Tadeusz Drozda. Stanął na środku Tawerny i stwierdził: -Wiesz znałem jednego milicjanta, co zrobił sobie bar w kształcie aresztu! Były też i poważne rozmowy, gdy zasiadali u mnie z kolegami z PSM moi przyjaciele Rektorzy WSM kpt.ż.w Eugeniusz Daszkowski, prof. dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak, nasi wykładowcy kpt.ż.w. Lech Jasiński, kpt.ż.w. Andrzej Fiderkiewicz, kpt.ż.w. Jan Pruffer, kpt.ż.w. Józef Gawłowicz, kpt.ż.w. Stefan Lewandowski, kpt.ż.w. Wiktor Czapp i inni. Najczęstszymi gośćmi oczywiście byli przyjaciele z Peesemki: Lech Katkowski, Andrzej Surmacki, Bronisław Jany, Bogusław Fiuk z małżonkami. Często bywali sąsiedzi przyjaciele Elżbieta Marszałek i Bogdan Marszałek. Z Elą organizowaliśmy przecież Flisy Odrzańskie. Kiedyś balowaliśmy w Tawernie często z Elżbietą i Ryszardem Stalińskimi i z wielu wielu innymi. Na pogrzebach naszych kolegów z Peesemki stypa była w mojej Tawernie i wtedy bywało nas więcej, bywali: Andrzej Surmacki, Lech Katkowski, Bronisąw Jany, Kazimierz Jawor, Andrzej Robaczyk, Józef Gabiński, Wojciech Klimaszewski, Michał Sadłowski, Krzysztof Poninski, Wojciech Wyganowski, Jacek Chudecki, Zbigniew Zdrowski, Światosław Kuźniecow i inni. Ale najlepszym moim przyjacielem, z którym przeżyłem długie lata był Bogdan Bakuła z małżonka Elżbietą. Często na pogawędkę i małego koniaczka wpadał do Tawerny sąsiad mój przyjaciel, nauczyciel, promotor Rektor WSM prof. dr Aleksander Walczak. A najczęściej na winko przychodził mój przyjaciel sąsiad Rektor WSM pisarz marynista kpt.ż.w. Eugeniusz Daszkowski z którym dyskutowałem o literaturze Jego i moich książkach. Z Eugeniuszem byłem w bardzo przyjacielsko związany, aż do ostatnich chwil Jego życia. Bardzo ważnymi moimi gośćmi w Tawernie byli Flisacy, którzy przyjmowani byli co roku na „Flisach Odrzańskich” w mojej Tawernie. Zawsze przynosili prezent, zwykle kawałek tratwy, a raz to nawet przytargali 40-to kilowy „Tron Retmana”. Bywał u mnie wielokrotnie żeglarz Niemiec Horst Scholz z małżonką, ten którego w 1997 roku uratowałem z na Zatoce Meksykańskiej z tonącego jachtu. Horst przypływał jachtem, czasami go remontował w Szczecinie, spał u mnie w Tawernie a potem razem z Grażynką płynęliśmy z nim do Niemiec. Były też w Tawernie opowieści żeglarskie „Braci Wybrzeża”, którym opowiedziałem jak uratowałem trzy jachty. Były liczne spotkania ze stoczniowcami- przyjaciółmi z dawnych lat i stowarzyszeniami Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Bywał u nas przyjaciel żeglarz Tomek Włoch, który wiele pomagał mi na „Skwerze Kapitanów”, z którym kiedyś budowałem mój jacht „Mamuśka”. Był ze mną wiecznie teraz na „Skwerze Kapitanów”. Bywali u nas przyjaciele Maria i Tadeusz Standowiczowie, a z Tadeuszem Chiefem Mechanikiem mogłem wreszcie pogadać jak z prawdziwym marynarzem. Tym bardziej, że byłem odznaczony przez Stowarzyszenie Starszych Mechaników Morskich. Znaczy, że mnie lubili. Wszystkie uroczystości rodzinne odbywały się oczywiście w mojej „Kapitańskiej Tawernie”. Bardzo ważne spotkania zorganizowałem u mnie w Tawernie ze studentami AMS. Na pierwsze spotkanie ze studentami zaprosiłem Rektorów kpt.ż.w. Eugeniusza Daszkowskiego i prof. dr kpt.ż.w. Aleksandra Walczaka, oraz kpt.ż.w. Józefa Gawłowicza. Poparty tymi autorytetami tłumaczyłem wtedy 10-ciu studentom i studentkom, jakie są korzyści i chwała z przynależności do LMiR. Wynikło z tego wstępne porozumienie i powstało pierwsze w historii Koło Ligi Morskiej i Rzecznej w AMS, do którego należy ponad 300 studentów, Wszystkim moim gościom wręczałem w prezencie moje książki, obligując ich do przeczytania. Spotkania filmowałem i umieszczałem ku pamięci na YouTube i na Facebooku. Czasy się zmieniły. Ludzie się zmienili. Pandemia przestraszyła ludzi i pozamykali się w domach! Moja Kapitańska Tawerna stoi pusta

FLAMENCO

Flamenco Słyszysz flamenco i myślisz Hiszpania! Słusznie! Jednym z najbardziej znanych zjawisk kulturowych w południowej Hiszpanii, a właściwie w Andaluzji, jest fenomenalne flamenco. Każdy, kto był w Andaluzji i mógł zobaczyć na własne oczy i poczuć niepowtarzalny klimat flamenco, usłyszeć muzykę, śpiew, zobaczyć taniec, czy podziwiać wspaniałe stroje, na pewno tego nie zapomni. Flamenco to taniec ognisty, zmysłowy, pełen energii i temperamentu. Na flamenco składa się taniec, ale też charakterystyczna muzyka i śpiew. Flamenco jest tańcem żywiołowym, w którym dozwolona jest improwizacja. Jego stałym elementem jest rytm oraz palos (style flamenco, które wyróżnia się w zależności od muzyki). Reszta układu zależy od tancerza i jego siły wyrazu oraz chęci zaakcentowania poszczególnych fragmentów tańca. Charakterystycznymi elementami są także dynamiczne zwroty nie tylko całego ciała, ale też samej głowy, typowy dla flamenco skręt ciała oraz szczególny ruch ramion, dłoni oraz palców, zwłaszcza u tańczących kobiet, dzięki którym tancerka może wyrażać najskrytsze emocje. Rytm wybiją zarówno tańczący jak i śpiewacy przez: Palmas - uderzenia dłonią o dłoń, Pitos pstrykanie palcami, podkreślające wykonywane ruchy, Cajón uderzenia otwartymi dłońmi o pudła, na których siedzą śpiewacy. Często, zarówno tańczący, jak i muzycy używają kastanietów. Rytm wybijają też stopami, a takie miarowe tupanie nazywa się Zapateado, natomiast zaakcentowanie wybranego elementu śpiewu lub muzyki nosi nazwę Punteado. Zarówno kobieta, jak i mężczyzna tańczący flamenco są pełni ekspresji, zmysłowi, potrafią wyrazić całą gamę uczuć, od radości po wielki smutek. Profesjonalni tancerze flamenco potrafią połączyć perfekcyjną technikę z łatwością wyrażania emocji, dzięki czemu są w stanie opowiedzieć tańcem całą historię, która poruszy widownię. Taniec jest tak ekspresyjny, że można dodatkowo wyrzucić z siebie wszystkie negatywne emocje. Flamenco dodaje przy tym energii i pobudza do działania. Jest to taniec wykonywany solo, w duecie, grupowo lub składa się z kolejnych „solówek”, wykonywanych przez poszczególnych tancerzy. Strój tancerek to przede wszystkim szeroka, kolorowa falbaniasta spódnica lub suknia (często w kolorze czerwonym, czarnym lub czerwono-czarnym) -wykorzystywana w tańcu, falbaniasty gorset i kolorowa chusta, uzupełnieniem czasem bywa wachlarz, grzebień lub kwiat. Strój tancerzy – przeważnie czarny, granatowy lub ciemnobrązowy – to obcisłe spodnie, biała koszula, obcisła kamizelka, mała apaszka pod szyją, buty wzorowane na butach do jazdy konnej z wysokimi obcasami, by lepiej wybijać rytm i charakterystyczny płaskodenny kapelusz. Kamizelka i kapelusz bywają wykorzystywane, jako element choreografii. Charakterystycznym elementem flamenco jest muzyka, do której tańczą tancerze. Wykonuje się ją przede wszystkim na gitarze. Wyróżnia się liczne style flamenco, te najpopularniejsze to m.in. solea (dość wolne tempo), zambra (bardziej zmysłowa), alegria (szybkie tempo), petenera (melancholijna), buleria (żywiołowa). Muzyka wykonywana jest przede wszystkim na gitarze (choć zdarzają się przypadki użycia fletu, skrzypiec, wiolonczeli). Z punktu widzenia charakteru wykonywanego śpiewu (muzyki) rozróżnia się następujące rodzaje flamenco: • cante jondo (cante grande): siguiriyas, soleá, tientos • cante intermedio: bulerías • cante chico: alegrías, fandango, farruca, sevillana Taniec flamenco ma swoje korzenie w religijnych tańcach orientalnych, prawdopodobnie pochodzi od katak, – czyli hinduskiego tańca. Początki flamenco datuje się na I wiek naszej ery, był to okres panowania Cesarstwa Rzymskiego. Wpływ na rozwój flamenco miał na pewno fakt wymieszania się przez wieki wielu kultur, mauretańskiej, arabskiej, perskiej czy żydowskiej. Koniec XV wieku, to okres, w którym do Hiszpanii dotarli Cyganie. Sam termin „flamenco” został wprowadzony dopiero pod koniec XIX wieku, ale jego pochodzenie nie jest do końca jasne. Wiele źródeł wspomina o „flaman” w starocygańskim zwrocie oznaczającym „dobroć”, ale również „sprośność”. Tradycja flamenco wywodzi się właśnie z Andaluzji i można tu podziwiać jego fenomenalne wykonanie na pokazach, w klubach, restauracjach i na placach Sewilli. Flamenco to nie tylko taniec czy śpiew, to całe życie. Flamenco można podziwiać tu również na ulicy. Często na Plaza de Espana – Placu Hiszpańskim, czy w okolicach placu Puerta de Jerez tańczą tancerze. Można też wybrać się na taki pokaz, do jednego z sewilskich tabalos. Klubów czy eleganckich restauracji gdzie odbywają się pokazy flamenco na przykład do Los Gallos na Plaza Santa Cruz. Kiedyś sercem flamenco była dawna dzielnica cygańska Triana. Obecnie bije ono po drugiej stronie rzeki, przy calle Castellar , lub w uliczce Macareny Peña Flamenca Torres Macarena i inne. Można wybrać jeden z darmowych, często amatorskich występów, w jednej z knajpek Sewilli. Jednym z takich miejsc jest La Carboneria. Wielokrotnie oglądałem występy Flamenco na całym świecie, ale zobaczyć występy w Sevilli w sercu jej powstania, to była wielka okazja, zwłaszcza, że nasz Powstaniec Listopadowy wyładowywał w Huelva- blisko Sevilli. Załatwiłem więc samochód od agenta i pojechaliśmy z Matką Chrzestną statku. Od agenta, z prospektów i z Internetu dowiedzieliśmy się wiele. Najpierw zwiedziliśmy Sewillę, a wieczorem zjawiliśmy się pod jednym z sewilskich tabalos. Chciałem kupić bilety, a tu pech-zarezerwowane. Staliśmy rozczarowani, gdy nagle zajechały dwa autobusy i wysypał się z nich tłum Niemców. To oni zarezerwowali nasze wymarzone tabalo. Nagle zadecydowałem. Złapałem Elę za rękę i wciągnąłem w ten tłumek szwargocących. Wyrywała się, przestraszona, ale w końcu weszliśmy razem z Niemcami, przez nikogo niepytani, kto my i dlaczego się dołączyliśmy do nie naszej wycieczki. Bez jakiegokolwiek pytania zasiedlmy na widowni. Czerwone stoliki, zielone krzesła pomalowane w kwiaty, ustawione wokół sceny, na ścianach plakaty z torreadorami – po wejściu od razu zanurzyliśmy się w świat andaluzyjskiego folkloru. Po sali chodził jakiś mesero i zbierał zamówienia. Usłyszałem jak zamawia obok siedzący Niemiec i bez namysłu zamówiłem to samo: ”zwei gin und tonic –bitte. Byłem przygotowany, żeby zapłacić, ale okazało się, że to poczęstunek w ramach wycieczki. W ten sposób na koszt Niemców nie dość, że oglądnęliśmy wspaniałe występy, ale jeszcze się napiliśmy. Występ był piękny i poruszający – trzy młode piękne bailaoras i trzech ognistych bailaoros mieli zaraźliwą energię, smutek przeplatał się w ich tańcu z radością, a śpiew był rozdzierający, a wyrażany w tańcu ból rozdzierał serca widzów. - Jezu!- oni chyba przeżywają orgazm- szepnąłem do Eli. Podświetlone od dołu tancerki rzucały dramatyczne cienie na białą ścianę, co skutkowało pięknym efektem wizualnym. Niezwykłą atmosferę poczuliśmy szczególnie pod koniec występu, podczas tzw. fin de fiesta, kiedy na scenę wyszli wszyscy tancerze a energia tej sytuacji była niesamowita. Rozgrzana do białości publika wyła ze szczęścia, a ja z Elą chyba najgłośniej. Nagle jedna z pięknych bailaoras wręczyła mi w prezencie swój wachlarz, czyżby zwróciła na mnie uwagę, chyba bo biłem najgłośniej brawo? Na dodatek piękny tancerz podarował mi kastaniety. Czy i jemu się spodobałem? To te pamiątki, teraz wiszą na ścianie w mojej tawernie i przypominają gorące rytmy flamenco i piękną tancerkę. Niemcy szaleli, a my z nimi. Podczas wyjścia przyglądali nam się z zaciekawieniem, ale nikt nie zapytał, kto jesteśmy i skąd my się tu wzięliśmy? A ja zażartowałem do przerażonej sytuacją Eli: -To było za reparacje wojenne!

CORRIDA

CORRIDA Podczas mojego 40-to letniego pływania po morzach i oceanach wielokrotnie zawijałem do Hiszpanii. Pokochałem ten kraj, jego atmosferę, kulturę, przyjaznych ludzi i mariscos. Uczyłem się hiszpańskiego, co bliżej pozwalało mi poznać ludzi, a szczególnie Señoritas. Na dodatek w Ameryce południowej, środkowej i Północnej też można było pogadać po hiszpańsku. Wszystkiego co piękne w Hiszpanii nie dam rady w jednym opowiadaniu opowiedzieć, ale chciałbym przybliżyć Corridę i Flamenco. Corrida hiszpańska to obok flamenco jeden z elementów podkreślających romantycznego ducha mieszkańców tego kraju. Jedni doszukują się w Corridzie alegorii mężczyzny pałającego do kobiety namiętnym lecz zgubnym uczuciem. Opowieści gdzie on, poddany okrutnej zabawie ponosi śmierć z rąk obiektu swojego pożądania. Inni dopatrują się w corridzie spektaklu, w którym widzowie przeżywają wraz z matadorem momenty jego brawurowej odwagi, dumy, podniecenia, drwiny oraz niekiedy strachu i cierpienia. Niektórzy z kolei twierdzą, że jest to krwawe, bezsensowne widowisko gdzie człowiek najzwyczajniej w świecie udowadnia swoją przewagę nad niebezpiecznym, chociaż podstępnie osłabionym zwierzęciem. Jedno jest pewne, corrida de toros to tradycja nierozerwalnie złączona z kulturą Hiszpanii. Toreador (torero) to zawód cieszący się od wieków wielkim szacunkiem w społeczeństwie Hiszpanii. Są to postaci niemalże wielbione przez społeczności wsi, miast i miasteczek z których się wywodzą. Najsłynniejsi stają się wielkimi celebrytami. Kariera wielu toreros zakończyła się przedwcześnie na skutek ran odniesionych w walkach na arenach corridy. Podczas widowisk noszą barwny, lśniący mieniącymi się w słońcu cekinami i złocistym materiałem strój nazywany traje de luces. Pierwszoplanową postacią wśród toreadorów oczywiście jest matador. Jednak droga każdego torero na sam szczyt jest długa, pełna ciężkiej pracy, balansowania na granicy życia i śmierci. Wielokrotnie oglądałem hiszpańską corridę na żywo, jest to teatralne widowisko podzielone na swoiste akty (tercios). Nie jest to do końca wyreżyserowane przedstawienie, gdyż nigdy nie można przewidzieć jak potoczy się każda z jego scen. Publiczność daje aplauz ale potrafi również wyrazić w żywiołowy sposób swoje rozczarowanie a nawet oburzenie. Wiadome jest natomiast, że jest to jedno z najstarszych widowisk na świecie, które odbywa się po dzisiejsze czasy. Mówi się o tym, że ma swoje korzenie w starożytności, a nawet sięga jeszcze dalej, do epoki brązu. Pewne jest, że byki były zwierzętami, które brały udział w charakterze bestii na arenach starożytnych Rzymian tocząc krwawe walki z lwami, niedźwiedziami oraz z ludźmi (wg. niektórych przekazów konno miał z nimi walczyć sam Juliusz Cezar). W niektórych regionach Hiszpanii odchodzi się od tej tradycji. Przykładem jest Katalonia, gdzie zgodnie z uchwałą autonomicznego parlamentu zabrania się publicznych pokazów walk byków. Obecnie corrida praktykowana jest w podobnej formie w wielu krajach Ameryki Łacińskiej, Portugalii oraz na południu Francji. Kiedy mój statek zawinął do Huelva w Andaluzji wybrałem się na to widowisko na słynną Plaza de Toros Real Maestranza de Caballería w Sewilli i zasiałem w ławce (tendido)w cieniu (sombra). Bilety na corridę kosztują od kilku do nawet kilkuset euro. Ich cena jest zależna od wielu rzeczy: miejscowości w której znajduje się dana arena, dnia w którym się odbywa czy typu miejsca przeznaczonego na widowni najdroższe miejsca dla VIP, potem kategoria 1, kategoria 2 / sol, sol y combra i sombra). Miejsca na owalnej arenie, zapełnione były po brzegi, podzielone na cztery kategorie. Widzowie zasiedli w ławkach (tendidos) i na balkonach (palcos). Można było wybrać miejsca w słońcu (sol) lub bardziej komfortowe z uwagi na hiszpańskie warunki pogodowe miejsca w cieniu (sombra), ewentualnie zmieniające zacienienie w trakcie widowiska (sol y sombra). W honorowym miejscu trybun znajdowała się loża gdzie siedział przewodniczącego corridy (presidencia), jakiś dygnitarz reprezentujący urząd miasta. W samym centrum plaza de toros na ruedo (potocznie zwane także albero lub redondel), było ubite piaszczyste podłoże, na którym miały toczyć się walki. Na całym obwodzie otaczała je drewniana, wysoka na 1,5 m ścianka nosząca nazwę barrera. Od środka wkomponowane były w nią parkany burladeros, za którymi w razie nieprzewidzianych kłopotów może schronić się torero. Za barrerą znajdował się otaczający ją korytarz callejón, w którym czekali na swoją kolej aktorzy spektaklu, pomocnicy oraz obsługa reagująca na dziejące się na arenie zdarzenia (poprzez jedne z drzwiczek mogą błyskawicznie pomóc będącemu w opałach toreadorowi). Do piaszczystego placu prowadziły dwa wejścia. Jedno dla matadora wraz z jego zespołem (puerta de cuadrillas) oraz drugie dla byków (arrastre de toros lub puerta de toriles). Byki biorące udział w walkach w trakcie pokazów corridy to autochtoniczna, hiszpańska odmiana toro bravo. Cechuje je przede wszystkim ognisty temperament, agresywność, potężna siła, masywna budowa ciała oraz duże, skierowane do przodu rogi. To co odróżnia męskie osobniki toro bravo od innych podgatunków bos taurus primigenius to jego reakcje w obliczu niebezpieczeństwa ze strony innych stworzeń (w tym człowieka). Hiszpańskie byki atakują stanowiący zagrożenie obiekt, podczas gdy pozostałe odmiany uciekają. Gotowe do stoczenia walki byki osiągają masę ciała wynoszącą około pół tony. Byki bitewne hodowane są na specjalnych fermach w całej Hiszpanii, chociaż za ojczyznę toro bravo uznaje się rozległe łąki (dehesy) w Andaluzji. Wkrótce po kończących ich żywot walkach, mięso zwierząt trafia na stoły hiszpańskich restauracji i domostw. Uważa się, że wyzwalająca się wtedy adrenalina nadaje mu niepowtarzalny, ostry smak (a za największy rarytas uznaje się ogon byka). Utarte w świadomości ludzi wyobrażenie iż byk reaguje agresją na kolor czerwony jest podobno mitem. W rzeczywistości zwierzęta te nie rozróżniają barw (daltonizm). Podczas corridy uśmiercanych jest sześć byków (przypadają po dwa na każdego matadora). Corrida to swoisty rytuał, mieszanka doskonale zaaranżowanego spektaklu z wielką dawką grożącą śmiercią improwizacją. Widowisko rozpoczęło paseíllo na arenę wkroczyło dumnym krokiem trzech toreadorów i dwóch rejoneadores walczących z bykami konno wraz z ich zespołami złożonymi z banderilleros, jadących na koniach picadores oraz pozostałych pomocników tzw. mozos. Na samym czele pochodu jechali alguacilillos (dawni namiestnicy), którzy prosili przewodniczącego (presidente) o symboliczne klucze do wrót za którymi oczekują waleczne byki. Towarzyszyły temu donośne dźwięki muzyki pasodoble. Dumny pochód przemaszerował dookoła ruedo przedstawiając się publiczności. Później rozpoczęła się pierwsza seria pokazów walk podzielona na trzy tzw. tercios, w których skład wchodzą także dwie tzw. suertes. Pierwsza część widowiska o nazwie corrida de toros to tercio de varas. Podczas niej matador wykonał zgrabne manewry kolorową płachtą zwaną capote. Rozdrażnił byka i spowodował jego wyjątkowo niebezpieczną szarżę. Największy aplauz publiczności wywołał sytuacją, w której atakujący toreadora byk został wytrącony z równowagi i padł na kolana. Pierwszą "tercio" zakończyło suerte de capote, podczas której matador wykonał ten jeden z najtrudniejszych manewrów będących świadectwem jego odwagi. Później na arenę wjechali konno picadores zaopatrzeni we włócznie. Jeden z nich zadał bykowi z góry głębokie dźgnięcie lancą w okolice karku. Publika wyła, gdy szarżujący byk prawie nie powalił konia (osłoniętego szczelnie zbroją przypominającą materace) z którego atakował pikador. Rozpoczęła się tercio de banderillas, piesi banderilleros usiłowali wbić bykowi w garb parę krótkich włóczni zakończonych wstążkami oraz haczykowatym grotem. Udawało im się odskoczyć w odpowiednim momencie sprzed rogów szarżującego na nich byka. Tercio zakończyło się gdy wszystkie sześć banderillas znalazło się w karku byka. Wreszcie na arenę dumnie wkroczył Matador to była ostatnia część pojedynku to tercio de muerte-śmierci. Pomimo że byk był już znacznie osłabiony i mocno wykrwawiony jednak dalej był niebezpieczny dla życia matadora. Matador wyposażony był w znacznie mniejszą niż w pierwszej tercji płachtę nazywaną muleta. Matador wykonał wiele ryzykownych manewrów (suerte de muleta), sprawiających wrażenie tańca wyjątkowo zuchwałego, a nawet stojąc odwrócony do bestii plecami, przy ogólnym gorącym aplauzie szalejącej publiczności. Kiedy już poczuł, że zwierzę nie stanowi wielkiego zagrożenia zadał mu śmiertelny cios trafiając precyzyjnie szpadą o nazwie estoque w miejsce wielkości monety znajdujące się w okolicach karku byka. Udało mu się to za pierwszym razem i znowu otrzymał donośny aplauz publiczności. Byk padł na kolana. Chwilę tak trwali, on zwycięzca i byk pokonany. Widownia zamilkła… A może jeszcze wstanie?- chyba myśleli. Nagle, jednak runął na bok i skonał, a tłum zwycięsko zawył. W nagrodę Matador mógł wziąć określone trofeum w postaci uszu zabitego byka lub jego ogona. Obciął więc uszy byka i i dumnie wzniósł do góry pokazując zachwyconej publiczności. Tłum znowu zawył i zaczął rzucać na arenę prezenty dla zwycięscy. A On szedł dumnie wokoło areny i zbierał dary, ale czasami niektóre z nich odrzucał na widownię. A ja ! Ja rzuciłem mu mój bukłak napełniony winem „Sangria”- bycza krew. Podniósł go wysoko nad głowę i strumykiem lał prosto do gardła. Wypił sporego łyka, a następnie odrzucił mi bukłak i pozdrowił dziękując. To ten bukłak, który teraz wisi na ścianie mojej Tawerny i przypomina mi tego wspaniałego matadora i Jego mrożącą krew w żyłach walkę z bykiem. Z niego to pijemy z kolegami Sangrię i krzyczymy Olé! Brawo!