środa, 5 stycznia 2022

MOJE LO CHEŁMŻA

MOJE LO CHEŁMŻA W mojej Kapitańskiej Tawernie wisi tablica z corocznie nagrodzonymi najlepszymi uczniami Zespołu Szkół w Chełmży. Sęk w tym, że ta nagroda „Indywidualności Szkolne” jest mojego imienia. Jak to się stało? Moje kochane Liceum Ogólnokształcące w Chełmży ukończyłem w 1963 roku i wyjechałem na studia do Państwowej Szkoły Morskiej w Szczecinie. Od tego czasu mieszkam w Szczecinie, ale wracam często do mojej ukochanej Chełmży, do mojego dzieciństwa. Wracałem też często do mojego Ogólniaka, żeby spotkać się z absolwentami i uczniami. Byłem współorganizatorem zjazdów absolwentów i uroczystości obchodów 100-lecia naszej szkoły. Przywoziliśmy do naszej szkoły prezenty, a ja rozdawałem moje książki. Spotykaliśmy się z Burmistrzem i władzami Chełmży. Sugerowałem Burmistrzowi rozbudowę bazy turystycznej nad jeziorem (chyba mnie usłuchał, bo po latach powstały nowe zejścia do jeziora, promenada, most przez jezioro i wiele innych upiększeń). Spotykałem się z ludnością na promocjach moich książek. Podarowałem miejscowej bibliotece wszystkie moje książki i na spotkaniach opowiadałem o swoich morskich przygodach. Aż tu nagle, niespodziewanie 08 marca 2014 roku w Tawernie „Zejman” w Gdańsku podczas wręczania mi Międzynarodowej Nagrody „Conrad Indywidualności Morskie” w pierwszym rzędzie zobaczyłem Panią Dyrektor mojej szkoły z całą delegacją. Nagle wstąpili na scenę i Pani Janina Nowacka Dyrektor Zespołu Szkół Chełmża złożyła mi gratulacje, wręczyła obraz mojej szkoły w Chełmży i kwiaty, (co wywołało uśmiechy, bo był 8-my marca- Dzień Kobiet). Minął chyba miesiąc jak jadąc samochodem zadzwonił telefon od Pani Dyrektor z mojej szkoły. -Panie kapitanie, czy przyjedzie pan do nas na inaugurację nowego roku szkolnego? -Oczywiście mogę przyjechać jak zwykle- odpowiedziałem. -Chcielibyśmy, żeby Pan wręczył nagrodę „Indywidualności szkolne” dla naszego najlepszego ucznia. -Oczywiście mogę ją wręczyć- odpowiedziałem. -Ale czy Pan się zgodzi, żeby ta nagroda była Pana imieniem? -Pani Dyrektor takie rzeczy robi się pośmiertnie!- Zażartowałem. -Nie Panie Kapitanie! Pan jest dla nas najważniejszy! Przecież Pan został doceniony tak bardzo wysokim wyróżnieniem, jakim jest nagroda Conrady. -No dobrze, zgadzam się, bo kocham moją szkołę- odpowiedziałem. I tak to się zaczęły kolejne lata wręczania nagrody mojego imienia. A taki oto regulamin nagrody uchwaliło grono nauczycielskie: Nagroda im. Kapitana Żeglugi Wielkiej Kapitana Żeglugi Śródlądowej Pilota Morskiego Włodzimierza Grycnera „INDYWIDUALNOŚCI SZKOLNE” Włodzimierz Grycner, absolwent Liceum Ogólnokształcącego w Chełmży rocznika 1963, jest kapitanem żeglugi wielkiej, kapitanem żeglugi śródlądowej, pilotem morskim, inżynierem, komodorem flisów odrzańskich działaczem Ligi Morskiej i Rzecznej, prezesem Polskiej Izby Agroturystyki – Oddział Pomorsko-Odrzański. 28 stycznia 2014 r. Kapituła Międzynarodowej Nagrody „Conrady – Indywidualności Morskie” uhonorowała kpt. Włodzimierza Grycnera nagrodą „Conrady”, która jest wręczana ludziom morza z całego świata za osiągnięcia w dziedzinie żeglarstwa, kultury morskiej, nauki, gospodarki morskiej i popularyzacji problematyki morskiej. Jest ona odpowiednikiem „Oskara” w dziedzinie filmowej. Uroczyste wręczenie nagrody Włodzimierzowi Grycnerowi w XVIII edycji „Conradów” odbyło się 8 marca 2014 r. w Gdańsku. Dorobek zawodowy Włodzimierza Grycnera kwalifikuje go do grona szkolnych indywidualności i ukazuje, że ukończenie jedynej szkoły ponad gimnazjalnej w niewielkim miasteczku nie przeszkadza realizacji pasji, rozwoju predyspozycji osobowych i dążenia do wytyczonego, realnego celu. Włodzimierz Grycner jest człowiekiem, który podczas spotkań z młodzieżą przekazuje optymizm, wiarę we własne możliwości i zachęca do konsekwentnego działania. Jego postawa życiowa i zawodowa jest godna do naśladowania dla naszej młodzieży. W związku z tym dyrektor Zespołu Szkół w Chełmży ustanawia Nagrodę im. Kapitana Żeglugi Wielkiej, Kapitana Żeglugi Śródlądowej, Pilota Morskiego Włodzimierza Grycnera „Indywidualności szkolne”, honorującą wybitne osiągnięcia młodzieży uczniowskiej. Ta prestiżowa nagroda wręczana jest uczniom za włożony wysiłek w pracę w różnych obszarach życia szkolnego i pozaszkolnego, skutkująca wyróżniającym i godnym naśladowaniu efektami. Składać się na nią będzie honorowe zakwalifikowanie ucznia do grona „Indywidualności szkolnych”, okolicznościowy dyplom oraz nagroda rzeczowa. Jest nią wykonany na specjalne zamówienie witraż w tematyce nawiązującej do wybranego witraża historycznej auli szkolnej, zgodnie z rodzajem aktywności ucznia. Dyplom z podziękowaniem otrzymuje również towarzysząca działaniom ucznia osoba wspierająca (tutor edukacyjny, opiekun koła, trener itd.). Nagroda może być przyznawana co roku jednemu uczniowi za szczególne osiągnięcia z poprzedniego roku i wręczana podczas inauguracji kolejnego roku szkolnego przez zasłużonego absolwenta szkoły. Kandydaci do Nagrody wyróżniający się osiągnięciami w różnorodnych dziedzinach (naukowej, kulturalnej, społecznej itp.) w szkole lub poza nią, typowani są przez wszystkich członków społeczności szkolnej spośród grona uczniów wszystkich typów szkół dziennych. Wybór ucznia następuje podczas rady pedagogicznej podsumowującej dany rok szkolny i zatwierdzany jest przez dyrektora szkoły. Uczeń tę nagrodę z danej dziedziny może otrzymać tylko raz w czasie pobytu w szkole. Po raz pierwszy Nagroda im. Kapitana Żeglugi Wielkiej, Kapitana Żeglugi Śródlądowej, Pilota Morskiego Włodzimierza Grycnera „Indywidualności szkolne” zostanie wręczona podczas uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego 2014/2015. Chełmża, 26.08.2014 r. Janina Nowacka Dyrektor Zespołu Szkół w Chełmży Przyjechałem więc w 2014 roku, tym razem jednak, żeby wręczyć Nagrodę „Indywidualności Szkolne” mojego imienia. Jak zwykle na uroczystości złożyliśmy kwiaty pod szkolnym pomnikiem nauczycieli pomordowanych podczas II wojny światowej. Następnie w auli mojego LO, tam gdzie zdawałem maturę wręczono mi pamiątkową plakietkę: A na niej było: Dyrektor Zespołu Szkół w Chełmży Ma zaszczyt uhonorować Kpt. Włodzimierza Grycnera Absolwenta LO w Chełmży rocznika 1963 Uhonorowaniem Nagrody im. Włodzimierza Grycnera „Indywidualności szkolne” Za kształcenie u młodzieży postawy otwartości na świat Umiejętności podejmowania wyzwań życiowych I wykorzystywania własnego potencjału. Potem to ja wręczałem pamiątkową plakietkę dla Marty Preis wybitnej matematyczki i dodatkowo wręczyłem Jej kopię witrażu z cyrklem z Auli LO, oraz moje książki, które też wręczyłem nauczycielowi laureatki i Jej rodzicom. W następnych latach zawsze wręczałem też nauczycielowi i rodzicom moje książki. W 2015 r. Wręczyłem Nagrodę „Indywidualności Szkolne” im. kpt. ż.w. Włodzimierza Grycnera Michałowi Demiańczukowi (najlepszemu na maturze z języka angielskiego). W 2016 r. najwybitniejsza okazała się kajakarka Marta Pawełek Tym razem na plakietce, którą wręczyłem widniało: Dyrektor Zespołu Szkól Ponadgimnazjalnych w Chełmży ma zaszczyt uhonorować Uczennicę Martę Pawełek Za Szczególne osiągnięcia sportowe i godne reprezentowanie szkoły W roku szkolnym 2015/2016 Nagrodą im. Kapitana Żeglugi Wielkiej Kapitana Żeglugi Śródlądowej Pilota Morskiego Włodzimierza Grycnera „Indywidualności szkolne” 01.09.2016 r. W 2017 r. Nagrodę im. kpt. ż.w. Włodzimierza Grycnera Otrzymał Michał Grążawski (najlepszy z Historii) W 2018 r. Nagroda im. kpt. ż.w. Włodzimierza Grycnera przypadła dla Jesicy Waleckej (nauka, sport). Dziewczyna piękna zdolna i grająca na dodatek w piłkę nożną. Czy będą następni wybitni? Jak długo dam radę odwiedzać moje LO? Na korytarzu mojej szkoły zawisła Tablica nagród „Indywidualności Szkolne”, a Pani Dyrektor Janina Nowacka przywiozła mi do Szczecina kopię tej tablicy. Teraz wisi u mnie u mnie w Tawernie!

MASKA CZAROWNIKA

MASKA CZAROWNIKA W 1965 jako 20-letni student Państwowej Szkoły Morskiej w Szczecinie zamustrowałem na praktyki na m/s „Transportowiec”, wtedy nazywany „Transport owiec”. Otworzył się przed nami raj! Po raz pierwszy zasmakowałem uroków marynarskiego życia. Dwukrotnie zawinęliśmy do Veracruz w Meksyku. I za każdym pobytem staliśmy tam miesiąc! Ładowano na statek kukurydzę, co było zajęciem prostym i monotonnym. W ryzach trzymali nas nasi Kierownicy Praktyk: kpt.ż.w. Jan Prüffer i niewiele od nas starszy por. ż.m. Józef Gawłowicz. Kapitanem był sławny kpt.ż.w. Józef Miłobęcki. Miesiąc postoju, znaleźliśmy więc dostatecznie dużo czasu, aby spotkać się z meksykańskimi uczniami szkoły morskiej w Veracruz. Rozegraliśmy z nimi mecz piłki nożnej na wielkim olimpijskim stadionie! A nawet regaty szalup! Radości i zabawy było wiele. Młodzi Meksykanie zapraszali nas do swoich domów na fiesta familia, podczas których przedstawiano nam dziewczyny, informując przy okazji, jakie role pełniły na karnawałach. Bo Veracruz żyło od karnawału do karnawału. Urządzano nam też szybkie przejażdżki samochodem po trzydziestokilometrowej plaży! Często kąpaliśmy się w morzu, włączając niekiedy w tańczący na plaży tłum. Niejeden z nas rozkochał się w gorących, przepięknych senioritach. Ja też spotykałem się z piękną Nancy. Miała 17 lat i gdy ją całowałem, tak była rozpalona, że natychmiast kładła się i była gotowa do kochania. Czasami było to w rozbitej na plaży szalupie, gdzie pod pupcię podłożyłem jej chusteczkę-kulturalnie lub na falochronie, gdzie kochaliśmy się na betonie. Nie zwracała zbytnio uwagi, na spacerowiczów nam się przyglądających. Raz nawet kolega musiał wyciągać mi igły kaktusa z pleców i tyłka, bo leżałem z nią w kaktusach. To były niezapomniane dni. Dwa miesiące szalonego kochania! Poznałem ją, gdy przyszła z wycieczką na statek. Udało mi się skusić ją zapraszając na ciastko do mojej kabiny. Przyszły z koleżanką, a ja mieszkałem ze kolegą z roku Swiatosławem. Dukałem już wtedy trochę po hiszpańsku i jakoś udało mi się „zaciągnąć” ją do koi i pokazać jak tu się śpi, zresztą mojemu koledze też się udało. Potem już było szaleństwo, chociaż na początku krzyczała „deja me”, ale nie rozumiałem o co chodzi... No i dobrze, że nie znałem za dobrze hiszpańskiego, bo potem dowiedziałem się, że to znaczy „zostaw mnie”. Jednak „deja me” nie przerwało moich pieszczot i Nancy poległa! Potem powiedziała mi, że jak będziemy mieli dzieci, to dobrze, bo rodzina jej je wychowa, a najlepiej jak byśmy mieli chłopaka, bo w tej prowincji jest statystycznie cztery dziewczyny na jednego chłopaka. Jednak jakbym kiedyś jeszcze przypłynął, a ona będzie już mężatką, to nie będzie mogła ze mną się spotkać, bo mąż by mnie zabił. Po 37 latach już jako kapitan na m/s „Tolten” zawinąłem znowu do Veracruz, szukałem mojej Nancy, pytałem, ale nie znalazłem. Wspomnienia jednak odżyły. Odwiedziłem wszystkie miejsca, gdzie się kochaliśmy! Najpierw jednak ruszyłem do pierwszego portu wyładunkowego w Meksyku – Tampico, a potem do Veracruz. W Tampico trafiliśmy na pierwszy dzień wiosny, no i na fiestę. Na Placu Wolności stał chyba piętnastometrowy pień drzewa, na którym - wysoko pod niebem - zbudowano dziwną konstrukcję w kształcie koła, z której zwisały do ziemi cztery liny. Na scenie, w fantastycznie kolorowych azteckich strojach, tańczyły ludowe zespoły. Monotonna muzyka piszczałek i skrzypek wprowadzała je w trans. Tancerze nosili na głowach korony i pawie pióra, a w czasie tańca rytmicznie potrząsali grzechotkami. Nieoczekiwanie wprowadzono na scenę biało ubraną dziewczynkę. Kapłan uderzył ją rytualnym nożem w pierś, po czym wyrwał jej serce i wzniósł je wysoko, jakby ofiarując bogom. Tłum bił brawo. Oczywiście serce było sztuczne, ale scena i tak zrobiła na mnie porażające wrażenie. Widzisz, Wiesiu – powiedziałem do Chiefa Mechanika. - To nadal są barbarzyńcy... No, rzeczywiście – odparł lekko przygaszony Mechanik. - Spójrz, co oni tam robią przy ognisku! Jakaś dziewczyna okadza ludzi dymem. A jaka do niej kolejka! Może byśmy też tam stanęli? No, nie wiem... – bąknąłem niezdecydowany. - A jeśli nas zaczaruje? Skąd! – wołał wniebowzięty Mechanik. - Zobacz jaka z niej ładna laska. Może odgoni od nas złe duchy? Zresztą, już nas zauważyła i zaprasza... Ominąłem więc kolejkę i stanąłem przed ubraną w aztecki strój dziewczyną, a ona od razu okadziła mnie pachnącym dymem, jaki wydobywał się z azteckiego kaganka. Zapytałem dziewczynę, na co ten dym pomaga. A ona, że dym to stare czary Azteków, które uzdrowią moje ciało i duszę, przegonią złe moce. Słowem – będę teraz szczęśliwy. Mechanik też chciał sobie zafundować szczęście, więc wepchnął się też do okadzenia. Nie zdążyliśmy jednak sprawdzić, czy obaj jesteśmy już szczęśliwi, bo akurat zaczęli występy czterej śmiałkowie, którzy jęli wspinać się na piętnastometrowy pień. W końcu usadowili się gdzieś pod niebem, owijając w pasie linami. Końcówki lin opletli wokół stóp, po czym zrobili tak zwany swobodny zwis. Kiedy tak wisieli głowami ku ziemi, koło nagle zawirowało. Najpierw wolno, potem coraz szybciej, szybciej. W finale popisu śmiałkowie szybowali w powietrzu jak wielkie białe ptaki. Potem powoli opadli ku ziemi, a tłum nagrodził ich burzliwymi oklaskami. Zabawa na placu trwała do późnej nocy. Byłem pod jej takim urokiem, że wszystko nakręciłem moją starą wysłużoną kamerą, aby potem pokazać film rodzinie i przyjaciołom. A następnego dnia pojawił się Agent, który wcześniej obiecał zademonstrować nam coś specjalnego. W ten sposób trafiliśmy do nocnego klubu o nazwie Jet Set. I rzeczywiście. Tańczące tam na rurze dziewczynki były fantastyczne! Zjeżdżały po rurach aż z sufitu, nie zapominając przy tym o kręceniu tyłeczkami. Zgromadzeni wokół faceci ogniście bili brawo, a potem za marne dziesięć dolców brali je na prywatne występy przy stolikach lub na zapleczu. Nie wiem, co się działo na zapleczu, ale prywatne występy panienek przy stolikach mogliśmy swobodnie obserwować. I naprawdę nie wiem, za co ci faceci płacili, bowiem wszystko ograniczało się do siadania panienek na ich kolanach i robieniu im cycuszkami masażu twarzy. Wiesia, jako mechanika, najbardziej interesowało, jakim smarem przygotowywane są tłoki, które wynoszą pod sufit podesty z tańczącymi artystkami. Długo nie umiał do tego dojść, a następnego dnia musieliśmy już, niestety, wyruszać do Veracruz. Mówiło się, że Veracruz to miasto fiesty. Wiedziałem coś o tym, bo tu właśnie w tym mieście zostawiłem przepiękne wspomnienia. Nasza miłość z Nancy wtedy była gorąca i szalona. I pomyśleć, że to było trzydzieści siedem lat temu! Jeszcze teraz, spacerując z Wiesiem nadmorską promenadą, oczami wyobraźni widziałem szczupłego młodzieńca w marynarskim mundurku i wtuloną w niego czarnowłosą dziewczynę. To były piękne dni... No, ale minęły. Oczy już nie te, figura też jakby inna. Tylko Veracruz pozostał taki sam, pełne turystów, z powietrzem wypełnionym gorącą rytmiczną muzyką. Akurat była Wielkanoc. Na skwerze przy promenadzie, i na Placu Zocalo w rytmie Sal-Sal, grała orkiestra, wzmocniona kolorowo ubranymi tancerkami. Tłumek widzów ulegał urokowi tej sceny, tańcząc i śpiewając. Nas też porwało do tańca. Po kwadransie podrygiwania zorientowałem się, że wariujemy w takt piosenek religijnych. Szkoda, że u nas nie grają tak w kościołach. Wokoło Placu Zocalo w restauracjach grały orkiestry, a na balkonie pięknego budynku królowała w strojach meksykańskich wielka orkiestra. Po placu przechadzały się jak zwykle w grupkach po cztery piękne dziewczęta. Oczywiście pamiętałem, co mówiła mi Nancy, że w tej prowincji cztery dziewczęta przypadają na jednego faceta. Porządku pilnował „Szeryf”, spacerujący po placu w meksykańskim stroju. Miałem wrażenie déjà vu. Tak oto wyglądała fiesta, która identycznie prezentowała się 37 lat temu i z pewnością tak samo będzie wyglądała za następne trzydzieści siedem lat! Nastroiło mnie to melancholijnie. Dla poprawienia nastroju sprawiliśmy sobie meksykańskie kapelusze, zapaliliśmy cygara, po czym usiedliśmy pod parasolami sącząc Tequilę. Niemal natychmiast pojawił się czyścibut. Tak wypucował Wiesiowi buty, że można było się w nich przejrzeć! Potem krążąca fotografka zrobiła nam zdjęcie, mimo że energicznie protestowaliśmy. Przeszła nam złość, gdy po dziesięciu minutach wręczyła nam breloczki do kluczy, razem z gotowymi już zdjęciami. Bez protestów, je kupiliśmy. Tymczasem na placu linoskoczek rozwiesił linę między palmami, demonstrując na niej wymyślne szpagaty. Dosiadła się do nas nasza załoga, rumuńsko-filipińska i aby tradycji stało się zadość, zamówiłem u gitarzysty melodię La Bamba, po czym wszyscy zaśpiewaliśmy ogólnie znane słowa: -Yo no soy marinero, soy capitan, soy capitan! Bamba La Bamba! Nagle na plac wyskoczyli czarownicy! Jak dzicy w strojach prosto z buszu z maskami na twarzach wyglądali strasznie. Tańcząc szalenie wyli i odprawiali jakieś modły! Dzidami, maczetami wymachiwali tuż nad naszymi głowami. Na szczęście okazało się, że to jakiś pokaz, czy konkurs tańca czarowników!? Wtedy wyskoczył na plac nasz marynarz Filipińczyk, zerwał z twarzy maskę czarownikowi i zatańczył jakiś dziki taniec… Nas zamurowało! Cholera zaraz nas tu zlinczują!- pomyślałem. Jakież było nasze zdziwienie… kiedy na rozległy się oklaski i okazało się, że nasz pijany marynarz wygrał konkurs tańca czarowników! Zataczając się wrócił ze zdobyczną maską czarownika i wykrztusił: Captain zwyciężyliśmy! Ta maska jest dla Ciebie! No i znowu nam zagrali, a my zaśpiewaliśmy. -Yo no soy marinero, soy capitan, soy capitan! Bamba La Bamba! A maska ta wisi teraz w mojej Tawernie i przypomina mi karnawałowy Meksyk i gorącą Nancy. Wspominając z kolegami te piękne dni, znowu śpiewamy: -Yo no soy marinero, soy capitan, soy capitan! Bamba La Bamba!

MÓJ MARYNARSKI DOM

Mój marynarski dom Mój marynarski dom tworzyłem przez 45 lat pływania po morzach, oceanach i rzekach. Wygląda teraz jak muzeum mojego życia. Już na wejściu widać, że mieszka tu marynarz, bo przed domem stoi duża kotwica, którą dostałem spod byłego „Domu Marynarza”. Jest piękna, bo osobiście ją oczyściłem i wymalowałem. Boczną ścianę mojego domu nazwałem: „Rzeczno- Nadodrzańską”, bo na niej wiszą tablice odrzańskie: -Wisi moja mapa, którą stworzyłem, mój autorski projekt, na Odrze umieściłem 120 portów, marin, nabrzeży. Robiłem tę mapę dwa miesiące, na szczęście przecież znam Odrę, jako Kapitan Żeglugi Śródlądowej i 24-to letni Komodor Flisów Odrzańskich. Była to pierwsza taka całościowa mapa dla żeglarzy, którzy teraz dowiedzieli się gdzie mogą zacumować. Tę mapę „Odrzańskie porty, mariny i przystanie turystyczne” oprawiłem w aluminiowe ramy i powiesiłem na „Skwerze Kapitanów”, na murze „Placu Nadodrzańskiego”. Wzdłuż tej mojej mapy nr 1 umieściłem herby województw nadodrzańskich. 09 czerwca 2018 roku podczas pięknej uroczystości , osobiście odsłoniłem tę mapę. Następnie replikę tej mapy z herbami województw nadodrzańskich zawiesiłem na ścianie mojego domu. Obok tej mapy powiesiłem replikę tablicy, którą 11 Listopada 2018 roku podczas uroczystości „Niepodległość Na Maszt”, obchodów „Setnej Rocznicy Odzyskania Przez Polskę Niepodległości” uczciliśmy 100 lat LMiR odsłaniając na murze „Placu Nadodrzańskiego” Tablicę „Memoriał”, ku czci LMiR, który stworzyłem z dr Elżbietą Marszałek wiceprezesem ZG LMiR i zebrałem na tym „Memoriale” 15-cie pieczątek poparcia „Stowarzyszeń Morskich” miasta Szczecina. Tablicę odsłaniali ze mną Rektorzy WSM prof. dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak i kpt.ż.w. Eugeniusz Daszkowski, pisarz marynista, mój przyjaciel, w asyście studentów z Koła LMiR AMS. Trzecia tablica na ścianie „Nadodrzańskiej” mojego domu to replika tej tablicy ze „Skweru Kapitanów”- „Placu Nadodrzańskiego” , która została zaprojektowana przez Krystynę Pohl razem z innymi 12-toma tablicami o Odrze i „Flisie Odrzańskim”. Tylną ścianę mojego domu nazwałem: „Morską”, bo wiszą na niej morskie tablice: Pierwsza, to replika tablicy ze „Skweru Kapitanów” – Tablica 162 „Kapitanów Żeglugi wielkiej”. Wymyśliłem ją i stworzyłem ze zdjęć użyczonych mi przez Krystynę Pohl z Jej książek : „Kapitanowie” i „Kapitanowie 2”. Dodatkowo szukałem zdjęć kapitanów i ogłosiłem o moim projekcie , a szukałem zdjęć wśród kapitanów w kraju i zagranicą. W rezultacie zgromadziłem 162 zdjęcia, które mogłem umieścić na 2 metrowej tablicy, w takiej wielkości, żeby były dobrze widoczne. Skonsultowałem moja ideę z kolegami kapitanami, a mój przyjaciel, nauczyciel i promotor Rektor WSM prof.dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak ją zaaprobował. Ustaliliśmy, że zdjęcia ułożę w kolejności alfabetycznej, żeby nikogo nie wyróżniać, bo wszyscy Kapitanowie Żeglugi Wielkiej na morzu są sobie równi. Oczywiście nie umieściłem wszystkich kapitanów, bo nie miał bym miejsca na takiej tablicy, ale może kiedyś zrobię następne tablice. Tę tablicę na murze „Skweru Kapitanów” odsłaniało z 20-tu kapitanów, bo podłączyłem ich do długiej niebieskiej tasiemki zaczepionej na tablicy i wydałem oryginalne polecenie ; „Rzucić dziobową”. Druga tablica, na tylnej ścianie domu to 2 metrowy bulaj, w którym umieściłem Tableau Pierwszych Absolwentów Państwowej Szkoły Morskiej na Wałach Chrobrego w Szczecinie rocznik 1963-1966. Takie Tableau PSM w wielkim 2 metrowym bulaju z oryginalnym kołem sterowym , podarowanym przez absolwenta PSM Andrzeja Surmackiego zrobiłem i odsłoniliśmy je razem z naszymi nauczycielami z Peesemki , odsłoniliśmy jako pierwsze w AMS. Ta moja Tablica absolwentów PSM jest jednak zrobiona ze zdjęcia oryginalnego bulaju, który wisi na ścianie mojej Tawerny. Bulaj ten podarowała mi załoga m/s „Cemmo”, gdy zmustrowywałem na urlop. - Skąd macie, taki piękny bulaj?- zapytałem. -Wycięliśmy ze statku- odpowiedział Chief Mechanik - Cholera, armator nas zabije!- wykrzyknąłem. -Panie kapitanie, zaspawaliśmy, zamalowaliśmy, nic nie widać! Nawet się nie kapnie, że tam był bulaj- tłumaczył motorzysta. Trzecia tablica na tylnej ścianie, to moja osobista tablica, zrobiłem ją razem z 12-toma tablicami, które wymyśliłem i zrobiłem na „Skwerze Kapitanów”. Jednak całe moje marynarskie muzeum mieści się wewnątrz domu. Już wchodząc do domu, trzeba spojrzeć prosto w twarz „Wiecznego Kapitana”, bo tak zatytułował mój portret mistrz fotografii Andrzej Łazowski. To artystyczne zdjęcie , które z wystawy kupiła mi moja Grażynka, niektórzy nazywają jednak „Zły Kapitan”, bo faktycznie wyglądam na mim groźnie. Kiedy tak stałem z tym zdjęciem na wystawie, nagle wypaliłem: Jak Mistrz nazwał mnie „Wieczny Kapitan”, od wieczności, a nie od wiatru, ta znaczy, że w niebie też będę kapitanem, a że kapitan jest „Pierwszy po Bogu”, więc będę siedział po jego prawicy. Na co wszyscy wybuchnęli śmiechem. Pod tym artystycznym portretem wisi 12 replik małych Tablic Kapitanów ze „Skweru Kapitanów”, oraz moja mała tablica. Obok na łuku wiszą tablice flisackie z „Flisu Odrzańskiego”, memoriał, list do Marszałka Województwa Zachodniopomorskiego, podziękowanie Zachodniopomorskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego i inne. Ale najważniejsza jest plakietka na której wygrawerowano. KOŁO LIGI MORSKIEJ I RZECZNEJ PRZY AKADEMII MORSKIEJ W SZCZECINIE NADAJE TYTUŁ KAPITANA MŁODZIEŻY INŻ. WŁODZIMIERZOWI GRYCNEROWI KPT.Ż.W. ZA WSPARCIE, POMOC I OGROMNE SERCE DLA STUDENTÓW AKADEMII MORSKIEJ W SZCZECINIE Przewodniczący Koła Dawid Stanek Walne Zebranie Członków Szczecin, dn.02.12.2019r. A teraz schodzimy na dół do mojej „Kapitańskiej Tawerny”. Ale to już będzie w następnych opowiadaniach o moim marynarskim domu.

MAKUMBA

MAKUMBA Podczas ponad 40-to letniego mojego pływania po morzach i oceanach, poznałem wiele Religi, zwyczajów, wierzeń, obrzędów i czarów. W Brazylii Szaman na Amazonce nauczył mnie Makumby. Wpłynąłem wtedy na Amazonkę, jako kapitan na m/s „Kopalnia Ziemowit” bez mapy i bez GPS na „marynarskiego nosa”. Płynęliśmy 12 godzin w górę rzeki bez pilota, dopiero w Macapa weszli piloci i płynęliśmy jeszcze trzy dni zmieniając pilotów do portu załadunkowego w buszu Itaquatiara. To tam spotkałem Szamana, który nauczył mnie Makumby. Makumba –Candoble, Umbanda lub spirytyzm – rodzaj opętania przez bóstwa. W busz do szamana zaprowadziła mnie jedna z „mrówek”, czyli dziewczynek, które rozlazły się po statku. Mój Makumbista sprzedał mi swoją oryginalną maskę, miecz do obcinania głów i sztylet do zabijania. Nauczył mnie też najważniejszego uścisku czarownika- „Um abraco do Macumbeiro”, który stawiał wszystkich Brazylijczyków na baczność ze strachu, gdy ich obejmowałem. -Kapitan ty znasz Makumbę ?- pytali. Co sobie życzysz? I natychmiast spełniali moje życzenia. Myślę, że ten uścisk znał Breżniew, kiedy czule witał Jaruzelskiego, bo u nas nazywaliśmy go uściskiem „Na misia”. Obejmowało się gościa ramionami raz i dwa i podporządkowywało całkowicie. To tutaj w amazońskim buszu kupiłem rurkę (dmuchawkę) ze strzałkami namoczonymi w Kurarze (truciźnie z kory kilku gatunków kulczyby, z cebuli trój żeńca lub korzeni – porażającej nerwy mięśni-, która kiedy dostaje się do krwi- powoduje natychmiastowe wiotczenie mięśni. Nazwa Kurara wywodzi się od Indian Makuszi z Brazylii na Amazonce. Dowiedziałem się też, że spożycie Kurary jest nieszkodliwe, gdyż nie dostaje się ona do krwi, bo nie jest wchłaniana przez przewód pokarmowy. Nawet spożycie zwierzęcia z Kurarą też jest nieszkodliwe. Niweluje się działanie Kurary niewielkimi dawkami neostygminy. Stosuje się ją też leczniczo. Indianie południowo amerykańscy do strzał łuków i dmuchawek używali rury bambusowej długości do ok 4.5m. Filipińczycy do 1m na Borneo 1.8m, Paragwajczycy 4, 5m /strzałka 7, 5cm do 45cm, nawet stosowano takie dmuchawki w Japonii (fukidade). Faktycznie była to straszna broń. W Maceio byłem uczestnikiem modlących się. Podczas mojej inicjacji tańcząc na plaży z grupą wiernych wpadłem w trans, a może to było od jakiegoś proszku, który rozsiewał w powietrzu Szaman. Kapłan (Pai) rozpoznał u mnie, jakie bóstwo mnie opętało, rozpoznał mojego „ducha opiekuńczego” – był to Jaguar, z którym Pai się komunikował. Bębny i inne instrumenty wprawiały tancerzy w szaleńczy trans. Kobiety ubrane w długie białe suknie z turbanami na głowach tańczyły kręcąc się w kółko i śpiewając wokoło wieńca kwiatów z zamocowaną na nim figurą Matki Boskiej „Nossa Sehnora” (Nasza Pani). Wieniec kwiatów z bogato przystrojoną lalką (Naszej Pani), otoczony był palącymi się świecami i dziwnymi liturgicznymi przedmiotami. Nagle dziewczyny zaczęły tarzać się po piasku, a po wyjściu z transu nie pamiętały, co się działo. Szaman komunikował się z duchami, a te przemawiały przez jego usta. Śpiewał swoją pieśń, obejmował tańczących, trzymał ich głowy w dłoniach, kropił jakimś pachnącym płynem. Potrafił przewidywać przyszłość, leczyć, i diagnozować choroby… Czułem się oszołomiony, ale szczęśliwy! Szaman przekazał mi łaskę ducha. Potem nieustannie tańcząc z wieńcami kwiatów i stateczkami udekorowanymi laleczkami Matki Boskiej ruszyliśmy w morze. Weszliśmy do morza i spławiliśmy wieńce śpiewając i tańcząc ku chwale Bóstwa Oceanu, prosząc o łaskę i dobre połowy ryb. To była Quimbanda –magia sympatyczna, naturalna i szamańska magia. Wieczorne niebo rozświetliły fajerwerki i sztuczne ognie. Na plażach tańczyły tłumy. Czarni tancerze w rytm Berimbau tańczyli Capoeirę – taniec walki. To od nich zakupiłem ten instrument i nauczyłem sie na nim grać. Po napiętej na łuku strunie uderzałem pałeczką, rytmicznie przyciskając do brzucha pustą skorupę kokosa, a małym kamieniem dotykałem struny i potrząsałem instrumentem dodając do muzyki szelest z zawieszonego koszyczka. To było Jahodo… Tak słyszało się tradycyjne rytmy muzyki afro-brazylijskiej. Ale laleczkami można leczyć, czynić dobro i zło. Makumba afrykańska z kultury Bantu – imię afrykańskiego bóstwa afro - brazylijska z Rio de Janeiro to praktyki religijne- obrzędy czarnej magii. Istnieje Makumba biała „ Magia branca”, która leczy, błogosławi, oraz makumba czarna „Magia nera”, która zabija, sprowadza śmierć, ale również leczy. Symbolem Makumby jest dłoń z palcem do góry -jak nasza figa. Wywar z konopi indyjskich daje silne doznania emocjonalne, silniejsze od marihuany, które trwają od 8-24 godzin w zależności ile się tego weźmie. Brazylijczycy boją się makumby (Szamani-Espiritas) Mówią wierzę w Nossa Senhora”, a o Makumbie lepiej nie wspominać. Jednak wielokrotnie rozmawiałem z Brazylijczykami o Makumbie, którzy twierdzili, ze 90% Brazylijczyków wierzy w Makumbę z różnych powodów. Kiedyś starszy Pan Polak, profesor opowiedział mi, dlaczego? -Otóż przyszedł do mnie do domu Makumbista i zaoferował mi hamak za 100 dolarów, a ja wiedziałem, że mogę kupić taki hamak za 5 dolarów. No i natychmiast kupiłem go za 100 dolarów. -Dlaczego?- spytałem zdziwiony. -Bo gdybym nie kupił, to on przed moim domem odprawiłby Makumbę i zostałbym wyrzutkiem społeczeństwa. A sąsiedzi omijaliby mnie jak zarazę- rozumie Pan teraz? Odwiedziło mnie kiedyś w Rio Grande młode polskie małżeństwo. -A Wy młodzi też wierzycie w Makumbę-zapytałem. -Oczywiście, Panie kapitanie- odpowiedzieli chórem. Przylecieliśmy do Brazylii z Polski i straszna bieda nas tu dopadła. Nie mieliśmy, za co żyć, ani pieniędzy na powrót do kraju. No i wtedy spotkaliśmy Makumbistkę, która nam powiedziała: -Ja Wam pomogę! Zło usunę z waszej drogi na lewo i prawo i wytyczę Wam korytarz dobrego, którym pójdziecie. Ale musicie wykonywać wszystkie moje polecenia! -Nie mając innego wyjścia, zgodziliśmy się. Makumbistka nas obserwowała, aż pewnego razu powiedziała: -Będziecie robić polskie pierogi! -No i robiliśmy polskie pierogi i sprzedawaliśmy je po restauracjach. Okazało się, że tak zasmakowały tu nieznane pierogi, że z czasem produkowaliśmy ich tysiące. A teraz po dwóch latach takiej produkcji, mamy już własną fabryczkę pierogów i restaurację! I jak tu nie wierzyć w Makumbę Panie kapitanie!?

KŁAJPEDA

KłAJPEDA W Rumunii w porcie Konstanca, po ciężkim rejsie na m/s „Care”, nagle dostałem wiadomość od armatora, że przerzucają mnie na inny statek do Hamburga. Ucieszyłem się, bo m/s „Care”, to była kupa złomu. A na kei w porcie witała mnie moja żona. Jako chief oficer miałem jeszcze wyładować część ładunku w porcie Konstanca, a pozostałą w Galati na rzece Sulina. W Konstancji mieliśmy trochę czasu na balety, gdzie to przy okazji okradziono naszą uratowaną razem z jachtem „Judy”. Natomiast w na rzece Sulina piloci wprowadzili nas na mieliznę w samych główkach wejściowych. Na dodatek okazało się, że agent oszukał szkockiego kapitana, bo podał mu głębokość wejścia na rzece o stopę większą niż była w rzeczywistości. Wreszcie zażądano od armatora grubych pieniędzy za ratownictwo, na co armator kazał nam zamknąć ładownie i nie wyładowywać koksu. Dlatego byłem szczęśliwy, że wreszcie lecę do domu, ponieważ tam miałem poczekać około tygodnia na moje nowe przeznaczenie. Lecieliśmy z żoną przez Bukareszt, gdzie w oczekiwaniu na samolot, przyjmowano nas z wielką serdecznością i fundowano nam wycieczki. W Szczecinie czułem się jak szejk, bo armator mi płacił, a ja w barze piłem z kolegami za jego zdrowie. Wreszcie po tygodniu zawezwano mnie do Hamburga. Ponieważ dowiedziałem się, że mój nowy statek m/v „Leo Soling” płynie z Hamburga do Kłajpedy, więc w Hamburgu najpierw odwiedziłem Frantexa i zakupiłem parę kartonów biznesu, głównie dżinsów, peruk itp. Handlowanie w Rosji opanowałem ładując poprzednio na m/s „Eugenie Cotton” w Leningradzie elementy budowlane domów zwanych „Leningradami”, które woziłem do Szczecina. Zresztą potem w takim domu mieszkałem. Tak zaopatrzony ruszyłem motorówką na rzekę, gdzie na kotwicy stał mój „Leo Soling”. - Hej tam wachtowy! – krzyknąłem do stojącego na trapie Filipińczyka – przygotuj dźwig na moje paczki i walizki. Filipińczycy szybko ruszyli do załadowania mojego biznesu, gdy nagle z burty wychylił się jakiś blondyn. - Bosman! Kto to przyjechał!? – krzyknął blondyn. - Panie kapitanie, to chief przyjechał! – odkrzyknął bosman. Zaszedłem potem do kapitana, żeby się zameldować. - Chief! Te paczki to twoje? – spytał kapitan. - Captain, to moje rzeczy osobiste i prezenty dla Rosjan – odpowiedziałem spokojnie. - Chief! Ja się w to nie mieszam! Co tam masz to twoja sprawa. Ja pierwszy raz płynę do Rosji i nie chcę trafić na Sybir – stwierdził srogo. - Captain. Nic się nie martw. To moja sprawa. Ja znam Rosję bardzo dobrze i wiem co robię-stwierdziłem stanowczo. Na drugi dzień przy śniadaniu siedziałem razem z niemieckim kapitanem i zmustrowującym niemieckim chiefem. - Chief! –zwrócił się do mnie kapitan - Czy wiesz, dlaczego zmustrowałem tego tu siedzącego z nami chiefa? - Nie, nie wiem – odpowiedziałem zaciekawiony. - Zmustrowałem go, bo był leniwy i za dużo jadł! – wyjaśnił kapitan, patrząc prosto w twarz chiefa. - Ooo! To ja się zaczynam odchudzać! – wypaliłem. Tak się zaczęła moja praca z kapitanem, wysokim blondynem, który zachowywał się jak „rasowo czysty” Niemiec i jak mówili walił nieposłusznych Filipińczyków po twarzy. Ładowaliśmy z barek worki mąki i czołgałem się po ładowniach, żeby były dobrze sztauowane i liczyłem skrupulatnie uszkodzone worki – tak jak kazał kapitan. Na koniec załadunku policzyłem 731 worków uszkodzonych, a kapitan wpisał tę uwagę do konosamentu, tym sposobem go „brudząc”. Taki „brudny” konosament uniemożliwiał załadowcom pobranie pieniędzy, dlatego byli wściekli na kapitana. On jednak mimo próśb nie ugiął się, twierdząc że płynie pierwszy raz do Rosji i nie chce wylądować na Syberii. Próbowałem i ja go przekonać i uspokoić, że tak źle to tam nie jest, ale był „nieugięty”. I z takim konosamentem popłynęliśmy do Kłajpedy. Płynęły z nami żona kapitana i żona austriackiego elektryka. Filipińczycy poinformowali mnie, że jak w Kłajpedzie znajdą wołka zbożowego, to statek czeka fumigacja, a załoga idzie na 5 dni do hotelu. W Kłajpedzie na odprawie zjawiły się dwie laborantki szukające wołka. Zawołałem je do swojej kabiny i wręczając każdej dżinsy zaproponowałem: - Mam dla Was dżinsy, ale musicie znaleźć wołka. - Tak toczno! Towarisz starszina! Wołka najdiom! – odpowiedziały szczęśliwe. Poszły do swojego laboratorium i w słoiku przyniosły wołka. Zjawiły się u kapitana i zakomunikowały mu, że statek będzie fumigowany, a załoga ma udać się do hotelu. Do mnie przyszła brygada od fumigacji i po krótkim handlu kupiła cały mój biznes. Następnie chodząc w te i z powrotem z butlami gazu, wynieśli to na ląd, mimo że trapu pilnował nic nie podejrzewający żołnierz. Szczęśliwa załoga ruszyła do hotelu, a kapitan wypłacił zaliczkę, po oficjalnym kursie za dolara dawał pół rubla. W hotelu na głównym holu ustawiła się do mnie załoga w kolejce, bo ja dawałem za dolara trzy i pół rubla - tyle ile dawali na czarnym rynku. Następnie poprosiłem dwie piękne „dziewczynki” lekkiego prowadzenia, żeby zarezerwowały stolik na sześć osób w restauracji „Regata”. - Panowie! Teraz ja zapraszam Was do restauracji „Regata”. Zwróciłem się do kapitana, elektryka i ich żon oraz do polskiego chiefa mechanika. Płacę ja za wszystko. Zdziwieni przyjęli zaproszenie i taksówkami, razem z dwoma „dziewczynkami przewodniczkami” udaliśmy się do restauracji, która mieściła się na pięknym żaglowcu. Suto zastawiony stół czekał na nas! Kelnerzy kłaniali się w pas! Orkiestra grała nam na powitanie, a piękne dziewczęta z varietes tańczyły kankana. Ja w kilku językach śpiewałem z orkiestrą, a dziewczyny tańcowały nawet na stołach. Oczywiście odpowiednio wcześniej „posmarowałem” kogo potrzeba. Kapitanowi oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. Dziewczynki siedziały na mim cały czas, mimo że żona go strofowała. Wszyscy bawiliśmy się do białego rana. Oczywiście zapłaciłem za tę zabawę, ale to były tylko małe pieniądze w porównaniu z zarobkiem za biznes. - Chief! A ja myślałem, że tu jest więzienie i Sybir – wykrzykiwał kapitan. - Captain! Mówiłem Ci, że znam Rosję! Tu można wszystko, tylko trzeba mieć pieniądze. Następnego dnia kapitan wysłał żonę innym statkiem do domu. Potem ruszył ze mną w miasto. A po pięciu dniach hotelowych wczasów wróciliśmy na statek wyładować worki mąki. Wyładunek trwał miesiąc, a załoga balowała po knajpach. Po tygodniu kapitan już miał dosyć balowania i stwierdził: - Chief! Ja mam dosyć, jak chcesz, to idź do miasta, a ja za ciebie popracuję. Oczywiście chętnie się zgodziłem i buszowałem z załogą ile można. W miejscowej knajpie „Żuwiedra” zbieraliśmy się często, balując z „dziewczynkami”. Któregoś razu nagle wybuchła awantura. Moi Filipińczycy bili się z Ruskimi. Mój bosman okazał się karateką i „biegał” po ścianach waląc Ruskich. Bójka przeniosła się przed knajpę. Nagle zobaczyłem, jak motorzysta Filipińczyk dusi i topi w kałuży Ruska. Wtedy udało mi się rozdzielić dwie grupy walczących, stanąłem między nimi i krzyczałem raz po rosyjsku, a potem po angielsku: - Uciekajcie, bo Filipińczycy mają noże! Uciekamy, bo jedzie milicja! Wreszcie moja załoga posłuchała mnie i zaczęliśmy uciekać. Udało mi się złapać taksówkę, ale mój pijany motorzysta nagle wskoczył na dach taksówki i przestraszony taksówkarz uciekł. Złapałem więc autobus, zapłaciłem, a ten zawiózł nas do portu. Nadszedł wreszcie koniec wyładunku. Nagle wpadł do mojej kabiny kapitan. - Chief! Tragedia! Stewedorzy policzyli tylko 300 worków uszkodzonych! Co ja teraz powiem załadowcom, przecież napisałem na konosamencie 731 worków uszkodzonych – lamentował. - Captain! Nie martw się, zaraz to załatwię – uspokajałem go. Zawołałem stewedorów, dałem im kilka butelek wódki i za chwilę miałem nowy dokument. Zaniosłem go kapitanowi. Czytał z niedowierzaniem. Nagle stwierdził: - Chief! Napisali 731 worków uszkodzonych! Jak oni to policzyli? – dziwił się. A jednak niczego się mój kapitan nie nauczył – pomyślałem – przecież mówiłem mu, że tu wszystko można załatwić.

wtorek, 4 stycznia 2022

KAPELUSZE

Kapelusze W mojej Kapitańskiej Tawernie znajduje się wiele pamiątek, które zbierałem podczas 45-letniego pływania po morzach i oceanach i rzekach. Każda rzecz to osobna historia i opowieść. Zbieram ciekawe kapelusze, a mam ich 30. Opowiem o niektórych z nich. Wśród nich jest kapelusz podarowany mi przez piękną Kolumbijkę na plaży w Kartagenie, podczas uroczystości „Dni Morza”. Kapelusz specjalny na tę uroczystość, zrobiony z liści palmowych, a na wpiętej w nim gałązce leci palmowy gołąbek. W słomkowym kapeluszu chińskim chodziłem po najniebezpieczniejszych dzielnicach Tajwanu i Szanghaju. Zsuwałem go na oczy tak, że nie było widać mojej twarzy i nikt mnie nawet nie zaczepił. Kapelusz Mandżurski materiał bogato strojony kolorowymi kamieniami, jako koronę założyła mi na głowę i posadziła na tron moja chińska załoga podczas moich 65 urodzin. Gdy tak siedziałem jak „Maharadża”, podchodziło do mnie 25 Chińczyków z laurkami (jedna wisi na suficie mojej tawerny) i składało mi życzenia po chińsku. Na szocie z obu stron mojego „Tronu” wielkimi czerwonymi „chińskimi znakami” były wypisane dla mnie życzenia (jeden taki „Krzak” wisi u mnie w tawernie na suficie). Mój pierwszy oficer, który jedyny mówił po angielsku wytłumaczył mi, że te życzenia to poemat, który ma 5 tysięcy lat i znają go prawdopodobnie wszyscy Chińczycy. A brzmi on tak: 壽 比 南 山 不 老 松, 福 如 東 海 長 流 水 FU RU DONG HAI CHANG LIU SHUI SHOU BI NANG SHANG BU LAO SONG A znaczy: Szczęścia tak wiele, jak wielkie żółte morze chińskie (Dong Hai), i wszystkie do niego wpływające rzeki (nieustannie zasilające to szczęście). Długiego życia, jak długie są chińskie góry (Nang Szang) wiecznego odradzania się, jak wiecznie odradza się natura, jak wiecznie rosnąca sosna. Potem wielokrotnie sprawdzałem znajomość tego poematu w Singapurze, innych krajach, a nawet w Szczecinie i faktycznie na moje FU RU DONG HAI, z uśmiechem Chińczycy kończyli ten poemat. Jest też u mnie egipski kapelusz w kształcie ściętego stożka z bordowego filcu. Zwany, jako „Fez” i kojarzony z dostojeństwem. Nosiłem go w krajach arabskich, a w Egipcie nawet celnicy mnie szanowali i nie przeszukiwali, tytułując „Pasza”, „Pasza”. Są u mnie tradycyjne nakrycia głowy oraz ust używane przez Arabów na pustyni, w takim nakryciu chodziłem też w Turcji. Ale na pustynię mam kapelusz składany, materiał taki jak aluminiowy, odbijający promienie słoneczne, a tym samym chłodzący głowę, który z Egiptu przywiózł mi przyjaciel Andrzej Surmacki. Nie mogłoby zabraknąć oczywiście u mnie kapelusza kowbojskiego, który szczególnie nosiłem w Texasie. A raz w Houston chodziłem w nim na „Rodeo” i byłem zaproszony na „Barbecue”, w którym uczestniczyło 30 tysięcy kowboi w kowbojskich kapeluszach i strojach. Są też inne meksykańskie kapelusze, ale ten najpiękniejszy oddałem w prezencie przyjacielowi Krzysiowi Matysiakowi. W nim to zasiadałem w Vera Cruz na placu Zocalo, popijałem Tequilę i paliłem cygara! A przy moim stoliku stał jak zwykle mój znajomy meksykański gitarzysta i grał mi: Yo no soy marinero, soy capitan, soy capitan! Bamba La Bamba! Mam też cały zabytkowy zbiór dawnych żołnierskich i marynarskich rosyjskich czapek. Ale jest też hełm policjanta angielskiego „BOBBY” i wiele innych kapeluszy. Ale najdroższy jest bardzo drogi kapelusz góralski, który drogo mnie kosztował, bo kupiłem go z głowy właściciela „Zbójnickiej Karczmy” w Zakopanym. A fundowałem wtedy całej Karczmie!

JAMAJKA

JAMAJKA Jamajka zwana „Wiosenną Wyspą”, to podobno Perła Karaibów. A my, z tego naszego zardzewiałego statku, przez całe dnie oglądaliśmy tylko rurę, jaka ładowała nam aluminę. Wszelkie piękne widoki zasłaniała gęsta chmura, która stale wisiała w powietrzu i w dodatku gryzła w oczy. W Rocky Point nikt z załogi na ląd nie zszedł. Do najbliższego miasteczka Eaquivel, mieliśmy około pięćdziesięciu kilometrów, a żadnej komunikacji nie było. Spacerów Agent nie polecał, bo w przydrożnych gąszczach jakoby czaiły się krokodyle. W Eaquivel też, jak twierdził, nie było bezpiecznie. Zresztą, na dalekie wycieczki nie mieliśmy czasu, ponieważ co kilka godzin należało przeciągać wzdłuż kei naszego grata, aby rura załadunkowa mogła trafić do kolejnej ładowni. Ciężkie było zatem życie Felka Marynarza! A przecież w piosence „marynarz w noc się bawi, w hamaku we dnie śpi”, czyż nie? Podczas kolejnego postoju wreszcie straciłem cierpliwość. - Agent! – powiedziałem stanowczym tonem. - Zabieram się z tobą do Kingston. Muszę przecież w końcu zobaczyć, jak wygląda osławiona Perła Karaibów! Odkryję ją teraz ja! - Okay, Captain! – odrzekł bez większego entuzjazmu. - Muszę cię jednak ostrzec, że w Kingston jest bardzo niebezpiecznie. Jamaica ma ze wschodu na zachód 152 km długości, a jej maksymalna szerokość z północy na południe wynosi 82 km, możesz ją zwiedzić całą. W kraju, gdzie mieszkają niecałe 3 miliony ludzi, w ostatnim roku doszło do ponad tysiąca stu morderstw, tysiąca trzystu strzelanin, prawie ośmiuset gwałtów, ponad trzech tysięcy kradzieży i trzech i pół tysiąca włamań. Kingston, stolica Jamajki, to w dużej części slumsy zdominowane przez narkotykowe gangi. Morderstwa i wojny gangów są tam na porządku dziennym. Jamajka jest krajem o jednym z najwyższych wskaźników liczby zabójstw na mieszkańca. - Nie ma sprawy jedziemy do Kingstone, wielokrotnie bywałem w niebezpiecznych miejscach i dotychczas żyję... Wsiedliśmy do jego Calibry i popędziliśmy lewą stroną krętej, wyboistej i wąskiej drogi. Od czasu do czasu dziura w nawierzchni wyrzucała auto w powietrze, a wówczas Agent klął siarczyście. Wzdłuż drogi spacerowały krowy i kozy, ale zachowywały się tak, jakby wiedziały, że nie wolno nam przeszkadzać w jeździe. Agent powiedział, że tutejsze zwierzęta w ogóle mają zakaz spacerowania wzdłuż dróg. Widocznie jednak nie wiedziały o zakazie, albo go lekceważyły. - Jak duża jest wasza stolica? – zapytałem, aby zabić monotonię podróży. - Jamajka to mała wyspa, więc stolica też nie jest za wielka. Wyspę zamieszkuje około trzy miliony ludzi, połowa tego w Kingston. - Wiesz, Agent – rzekłem. – Niekiedy mówisz takim angielskim, że niewiele rozumiem... - Bo to nie jest czysty angielski, a jego nasza odmiana, czyli „ patio”- czyta się „ patła”! To język, który powstał z pomieszania hiszpańskiego, angielskiego, afrykańskiego oraz indiańskiego. - Jezus, Maryja! Ładna mieszanka! - Ya Man - odpowiedział Agent typowym jamajskim zwrotem. - Czy zrozumiałbyś coś, kapitanie, gdybym na przykład powiedział: Mi wa fi go dung di road n´buy likle food fi naym? - Wow! Zrozumiałem kilka słów, ale nie pojmuję całości... - No to przetłumaczę. I want to go down the road and buy little food to eat! Teraz rozumiesz? Potem Agent opowiedział o prapoczątkach wyspy. Najpierw mieszkali na niej Indianie z plemienia Arawak. Nazywali wyspę Yayamaca, co znaczy Wyspa drzew i wody, bo Jamajka słynie z pięknych rzek i wodospadów, które wypływają z wysokich gór, gęsto porośniętych lasami. A te góry to Blue Mountains. Ich najwyższy szczyt sięga 7400 stóp, czyli około dwóch i pół kilometra. Nawiasem mówiąc, nie ma osobnej nazwy, a nazywa się po prostu – Szczyt. Kiedy opowiadał, rozglądałem się wokoło. Widziałem odległy łańcuch niebieskawych gór, pokrytych tropikalnymi lasami, wśród których perliście błyszczały w słońcu białe domki osiedli. To tam, na zboczach, ulokowali swe piękne wille najbogatsi ludzie Jamajki. A dlaczego? Bo na zboczach Blue Mountains temperatura nigdy nie przekracza dwudziestu pięciu stopni, podczas gdy u podnóża sięga czterdziestu. To tam, wysoko na zboczach gór, ciągną się rezerwaty przyrody, łagodnie szumią mineralne wodospady i śpiewa kolorowe ptactwo. W licznych jaskiniach można jeszcze znaleźć ślady koczujących tu kiedyś Indian, piratów i zbiegłych z plantacji niewolników. Tymczasem wzdłuż naszej drogi rozlewał się całkowicie inny pejzaż. Usadowiły się tu bowiem wille biedoty. Zbite z desek i zardzewiałej blachy, porażały swą brzydotą. Może właśnie dlatego niekiedy wisiał na nich szyld Beauty Saloon? Agent zatrzymał Calibrę przy przydrożnym straganie. Właścicielem tego cuda był jakiś nieprawdopodobnie czarny typ, u którego Agent kupił torebkę orzeszków. Nie chciałem jednak ich jeść, gdyż obawiałem się jakiejś nieznanej tropikalnej zarazy. Potem ruszyliśmy dalej i zauważyłem, że hojna natura rekompensowała wszechobecne tu brzydotę i brud, które wyprodukował człowiek. Wszędzie bowiem rosły przepiękne krzewy, na ogół obsypane wielobarwnymi kwiatami. W powietrzu tańczyły olbrzymie motyle o tęczowych skrzydłach. W przydrożnych kąpieliskach baraszkowały dzieciaki, rozkoszując się błękitną wodą, spływającą tu prosto z gór. Nad głowami przelatywały nam niebywale delikatne ptaki, białe, o długich szyjach, a ponad nimi szybował czarny jastrząb. Istny raj! I nagle z sielanki wyrwały mnie dwa sępy na drodze, brutalnie szarpiące martwe ciało przejechanego kota! Zaś mój kierowca, Agent, niczym niezrażony nadal ciągnął swą opowieść. - W 1494 roku wylądował na Jamajce Kolumb. Ogłosił wyspę terytorium hiszpańskim. Hiszpanie jednak jej nie zasiedlali, bo nie znaleźli tu złota. Stworzyli jedynie plantacje, które miały zaopatrywać ich statki, zdążające do Europy. Choroby, które przynieśli oraz niewolnicza praca, zdziesiątkowały tutejszych Indian już w połowie XVII wieku. Z braku lokalnych rąk do pracy, zaczęto więc na plantacje sprowadzać niewolników z Afryki. Niebawem jednak na Jamajkę nabrali apetytu angielscy piraci. Dowiedzieli się o zgromadzonym tu bogactwie i kilka razy złupili ówczesną stolicę, St. Jago de la Vego, która obecnie nosi nazwę Spanish Town. W 1655 roku admirałowie Penn i Venables podbili Jamajkę i ogłosili ją brytyjską kolonią. W reakcji na te wydarzenia uciekło w wyższe rejony gór bardzo wielu niewolników. Przez lata górskiej izolacji wytworzyli własną kulturę, opartą na afrykańskich tradycjach. Anglicy nazywali tych ludzi Maroons. Chcieli ich wyłapać i zniszczyć, ale nie potrafili dać sobie z tym rady. W 1739 roku musieli wreszcie przyznać im autonomię. - Nie sądzisz, Agent, że mimo wszystkich okropieństw, były to jednak piękne czasy? – zapytałem. - Bo ja wiem? – odparł powątpiewająco. – Byłbym wówczas niewolnikiem... Z pewnością były to czasy ciekawe. Anglicy kontrolowali Jamajkę przez prawie trzysta lat. Tacy piraci, jak sir Henry Morgan, późniejszy gubernator wyspy, wykorzystywali ją jako bazę wypadową do kolejnych korsarskich wypraw. Najważniejszym celem morskich rabusiów były hiszpańskie statki, przewożące złoto do kraju. Na skutek tych wszystkich praktyk Jamajka została nazwana Perłą Karaibów, a Port Royal – najbardziej niegodziwym miastem świata. W 1833 roku zniesiono niewolnictwo. Ale prawdziwą niepodległość uzyskaliśmy dopiero w 1962 roku... Przelecieliśmy przez rynek Spanish Town z szybkością sześćdziesięciu mil na godzinę. Policjantka, oparta o zegar z hiszpańskich czasów, najpierw oniemiała, a potem pogroziła nam palcem. - Jaki tu macie limit szybkości? – zapytałem Agenta. - W mieście trzydzieści mil na godzinę, ale w praktyce nikt tym się nie przejmuje! - Widzę, że macie tu sporo kościołów – zmieniłem nagle temat. - O tak! – odrzekł żywo. - Mamy największe zagęszczenie kościołów na świecie, ale powiadają, że barów jest dwa razy więcej... - A jakie religie są tu obecne? – chciałem jeszcze wiedzieć. - Znajdziesz kościoły katolickie, anglikańskie, metodystów, prezbiteriańskie, baptystów, adwentystów Siódmego Dnia, ale też żydowskie synagogi, muzułmańskie meczety oraz siedziby najróżniejszych sekt. Spotkasz tu, Captain, afrykańską Pokuminę i Czarną Magię. Wszystko, czego sobie tylko życzysz... - A ty, Agent, wierzysz w tę Czarną Magię? - Myślę, że jeśli ktoś w coś mocno wierzy, to mu się to w końcu sprawdzi... Tymczasem wpadliśmy już do centrum Kingston, mijając po drodze kilka samochodów najpiękniejszej na świecie marki Lada. Śródmieście stolicy prezentowało się nieźle. Wszystko tu wyglądało bogato - banki, wieżowce, domy handlowe, no i oczywiście KFC, z Mac Donaldem. Poza centrum czaiły się jednak dzielnice biedoty, brudu i gwałtu. - Captain, zawiozę cię do hotelu, a odbiorę jutro rano, gdy będę jechał na statek. Może tak być? Tylko pamiętaj, nigdzie nie chodź piechotą, bo tutaj jest naprawdę niebezpiecznie... Ale niebezpieczeństwo zawsze mnie kusi i kusiło… I odjechał. Za jedyne siedemdziesiąt dolarów wynająłem ładny, klimatyzowany pokój z dużym łóżkiem, wanną i telewizorem. Hotelowy boy oprowadził mnie po hotelu i poczułem się, jak na wczasach. Potem zasiadłem przy barze, ulokowanym nad basenem. Powoli sączyłem zimne piwko, przysłuchując się ożywionej dyskusji międzynarodowego bractwa na temat tutejszego sportu. Rzeczywiście, mała Jamajka wydała wielu wspaniałych sportowców, szczególnie lekkoatletów. Ale najbardziej zadziwiły mnie ich osiągnięcia w bobslejach. Przecież tu nie ma śniegu, ani torów bobslejowych! Okazało się, że trenują na stromych uliczkach, pchając w dół stare samochody. W telewizorze, jaki wisiał nad barem, kończył się właśnie mecz piłki nożnej z Brazylią. Jamajka przegrała tylko 1: 0, a wcale nie była gorsza! Na drugim ekranie leciały czterodniowe zmagania w krykiecie. Był to już setny mecz z Anglią i podobno Jamajczycy większość spotkań wygrali. W końcu miałem dość dyskusji Anglików z Niemcami na temat jamajskiego sportu. Powędrowałem więc kwietnymi alejkami na zwiady. W hotelowej restauracji było znacznie ciekawiej, bo odbywało się tam weselne przyjęcie! Wszakże klimatyzowane wnętrza, sztuczny hotelowy światek i kwietne kompozycje mniej mnie pociągały, aniżeli nieznane niebezpieczeństwa, jakie rzekomo miały na mnie czyhać na ulicach Kingston. Długo zwalczałem pokusę, ale w końcu jej uległem. Pamiętałem jednak, że Agent ostrzegał, abym nie pokazywał dolarów, bo natychmiast mnie okradną. Wymieniłem więc nieco amerykańskiej waluty na jamajki i spacerkiem ruszyłem na spotkanie przygody. Szybko zauważyłem, że Agent miał rację. Tu było rzeczywiście niebezpiecznie. Spacerując po centrum miasta, nieustannie byłem zaczepiany. A to oferowano mi narkotyki, a to dziewczynę. Oto jakiś czarnuch z czupryną jak kopka słomy domagał się pieniędzy. Odganiałem się od natrętów, jak tylko umiałem, nieustannie z dłonią w kieszeni, aby myśleli, że mam w niej pistolet. Jednak prawdziwy strach ogarnął mnie, gdy jakiś typ szedł mi tuż za plecami i coś tam wykrzykiwał groźnym tonem. Wszakże udawałem, że jestem panem sytuacji i wcale go się nie lękam. Policji na ulicach nie było. Z rzadka tylko, przed jakimś bankiem lub hotelem, pokazywał się strażnik. W pewnej chwili nieoczekiwanie wpadłem na grupę czarnych obdartusów, tarasujących chodnik. Wyglądali groźnie. Zwisały im do pasa strąki brudnych włosów, długie noże ostrzyli na kamieniach chodnika, a w oczach mieli morderstwo. I znowu zastosowałem wypróbowaną uprzednio taktykę, ruszając prosto na nich. Zdziwieni, rozstąpili się i mnie przepuścili. Coś tam potem za mną pokrzykiwali, ale udawałem, że się tym wcale nie przejmuję. Pomyślałem jednak, że następnym razem moja sztuczka może już nie wypalić i w końcu oberwę długim nożem w plecy. Postanowiłem zatem znaleźć jakiś bezpieczny bar. Trafiłem na jakieś ciemne podwórko, skąd dolatywała muzyka. Tam, w rozlatującej się budzie stała lodówka i grało radio, a wokół kiwało się kilku silnie nabuzowanych czarnuchów. Na ułamek sekundy otwarli pijane oczy, które natychmiast zrobiły im się wielkie, kiedy zobaczyli białego. Ale zanim zdołali jakoś nieprzyjaźnie zareagować, obróciłem się na pięcie i odszedłem. No, ale wszystko w końcu może człowiekowi się znudzić. Miałem już dość poszukiwań na ulicach miasta. Złapałem zatem taksówkę i zapytałem, gdzie mają w centrum Kingston jakiś porządny bar, w którym da się spokojnie wypić piwo. - Idź do hotelu – odrzekł taksówkarz. - Tylko tam jest bezpiecznie.. - Właśnie stamtąd wyszedłem... Ale skorzystałem z jego rady i ruszyłem na poszukiwanie jakiegoś bliskiego hotelu. Idąc tak ulicami, natknąłem się w pewnej chwili na oszklone drzwi, prowadzące do dużej sali, a tam właśnie modliła się spora grupa ludzi. Na ścianie sali wisiał krzyż, a nad nim umieszczono napis Jesus Christi Lord. Lubię wszelkie niezwykłości, więc natychmiast zapomniałem o piwie i wszedłem do środka. A tam dwóch młodych jakby księży, biegało w kółko, krzycząc do mikrofonu W imieniu Pana pozbądźcie się szatana! Przez chwilę ulegałem błogiemu złudzeniu, że nie zostałem zauważony. Tyle się tam bowiem działo! Oto grupa wiernych trzymała się za czarne głowy, przy okazji trzęsąc się, jak w chorobliwym transie. Co pewien czas ów ksiądz dopadał którejś ze swoich owieczek i przewracał ją na ziemię. Łypnął okiem i już był przy mnie. I też chciał mnie przewrócić, wcześniej wciągając w tłum wiernych, który tymczasem wył nabożne pieśni! Naturalnie, nie pozwoliłem mu na to. Powiedziałem, że przyszedłem tylko popatrzeć. Przyjrzał mi się i skinął przyzwalająco głową. I teraz nie wiem, czy szatan wyszedł z podrygujących w sali wiernych. Ale wiem, że wyszedł ze mnie, bo natychmiast uciekłem do knajpy. Hotel był pięciogwiazdkowy. W barze tkwiło kilku białych, a na dużej sali siedziało wiele mieszanych par. Doszedłem do wniosku, że tak właśnie musi wyglądać śmietanka towarzyska stolicy. Ciemne dziewczyny ubrane były wieczorowo i wszystkie, jakby je specjalnie wybrano - zgrabne i śliczne. Przypomniałem sobie nagle, że dziś mamy Walentynki, a więc dziewczyny przyszły tu ze swoimi nadzianymi forsą ukochanymi, aby uczcić ten dzień wytworną kolacją. Na pianinie przygrywał stary, łysy Jamajczyk, a na gitarze akompaniował chudy, czarny drągal z włosami, jak strąki; grali bluesa i reggae. Wsłuchiwałem się potem samotnie w owe reggae, muzykę, która jest – jak mówią - płaczem serca ludu. Opowiadając o duchowych, fizycznych i życiowych problemach, przesyła jednak ludziom nadzieję. Ukazuje ból i smutek, lecz daje też otuchę, pod postacią naturalnej miłości do życia. Reggae to bijące serce Jamajki! Tak sobie dumałem, popijając jamajski rum appleton, który oparty o skałki lodu, smakował mi wybornie. Romantyczna atmosfera Walentynek dokonała reszty i przypomniała, że przecież daleko w mroźnej Polsce gdzieś tam balują. Tylko ja tu sam jak kołek! - Gdzie tu balują, gdzie tu tańcują? - zapytałem barmana. - Tuż za rogiem działa dyskoteka Asylum, tam jest wesoło... Nie dałem sobie dwa razy powtarzać. Rzeczywiście Asylum działała zaraz za rogiem. Przed wejściem stała długa kolejka chętnych, a bilet kosztował 200 dolarów jamajskich, czyli około sześciu amerykańskich. Podstemplowali mi rękę, a potężny bramkarz przepuścił bez obmacywania, mimo że wszystkich innych przeszukiwał dokładnie. Na schodach przywitały mnie dziewczęta, wciskając mi jakieś T-shirts. Podziękowałem, myśląc, że chcą mi je sprzedać. A to był tylko strój organizacyjny obecnych, bowiem niektórzy na sali podrygiwali ubrani w takie koszulki. - Cholera! Od progu strata! – zakląłem i usadowiłem się w jednym z barów wielkiej sali tanecznej. Zamówiłem, oczywiście appleton z lodem. Potem siedziałem dwie godziny, obserwując tłum, który podrygiwał w rytm muzyki, popijając to i owo. W powietrzu unosił się upojny zapach marychy. Trudno ukryć - byłem zdenerwowany. Co to za dyskoteka? - Barman! – zawołałem, przekrzykując muzykę. – Czy tu w ogóle ktoś tańczy? - Nie martw się – odpowiedział z przyjacielską życzliwością, bo już mnie polubił za wysokie napiwki. - Zaraz się zacznie! Naszemu dialogowi przysłuchiwały się skąpo ubrane czarne błyskawice, które obsiadły bar wokoło i przyglądały mi się z ciekawością. Nic dziwnego - byłem tu jedynym białym. Kręciły się przy nich jakieś typy z kolczykami w uszach, złotymi łańcuchami na szyjach i pierścieniach na palcach. - Postaw mi piwo, man! – nieoczekiwanie zaatakował mnie jeden z tych typów. Zwykle nie reaguję na bezceremonialne zaczepki, ale teraz byłem sam, otoczony przez nabuzowanych czarnuchów. Doszedłem więc do wniosku, że lepiej będzie facetowi piwo postawić. Tak na wszelki wypadek. A kiedy już stało przed nim te piwo, zaczął ze mną pogawędkę. - Co tu robisz? – zapytał. - Siedzę i piję - odpowiedziałem grzecznie. - Nie o to chodzi. Co robisz na Jamajce? - Business - stwierdziłem krótko. - Jaki business? – zapiszczała jedna z błyskawic za moimi plecami. - Alumina...- wyjaśniłem, zresztą zgodnie z prawdą. Potem już nie było mowy na mój temat, ale Czarna stojąca obok, wyraźnie zdradzała zainteresowanie moją skromną osobą. Przedstawiła mnie swoim przyjaciołom i po chwili miałem już towarzystwo. Postawiłem Czarnej coca-colę, bo silniejszych trunków nie pijała, po czym ustąpiłem stołka przy barze. Jak prawdziwy biały dżentelmen! - Dlaczego tu nikt nie tańczy? – zapytałem. - Czekamy na naszą muzykę – odrzekła, ukazując w uśmiechu rząd perlistych zębów. Nie zdążyłem jeszcze zapytać, o jaką muzykę chodzi, kiedy zagrali reggae i wszyscy runęli na parkiet. Czarna chwyciła mnie za rękę i pociągnęła do tańca. W kilka sekund później parkiet dosłownie oszalał. Nigdy wcześniej nie widziałem niczego podobnego, a widziałem już w swym życiu wiele. Otóż na parkiecie odbywał się na moich oczach zbiorowy szał miłości. Po prostu - wszyscy „kopulowali” w tańcu. To był sexy dance, czy też dirty dance. Dziewczyny kręciły tyłkami ósemki, a faceci atakowali je z różnych stron. Potem dziewczyny skakały facetom na biodra i zaczynał się szalony pokaz figurowego stosunku miłosnego. Niektóre pary schodziły do parteru i w tej pozycji imitowały figury miłosnego uniesienia. Niebawem wiele par poczęło się zbierać w grupy i wtedy zaczęła się prawdziwa zbiorowa orgia. Wszystko, naturalnie, w rytmie reggae! Czarna też demonstrowała co nieco. Wypięła na mnie swoją dupcię i celowała nią w moje krocze. Trzymałem ją za biodra od tyłu, cokolwiek bezradnie, ponieważ nie bardzo wiedziałem, co z tym fantem zrobić. Po godzinie byłem nieomal cały spocony i właściwie wykończony. Wtedy Czarna postawiła mnie pod ścianą, zaś sama tańczyła nadal, napierając na moje przyrodzenie. Z boków atakowały mnie dwie inne błyskawice, mniejsze, w kolorze kawa z mlekiem. Zemocjonowany, zdołałem jednak dostrzec, że pod sufitem wisiały telewizory, właśnie pokazujące reportaż z ostatniego karnawału, kiedy to identyczny sex dance tańczono na ulicach. Po dwóch godzinach szaleństwa Czarna nagle stwierdziła, że już musi iść do domu, bo czeka tam na nią małe dziecko. Powiedziała bye bye i znikła w tłumie. A mnie znowu poniosło do baru. Niemal natychmiast pojawił się mój body guard, któremu kilka godzin wcześniej postawiłem piwo. Teraz stwierdził, żebym się niczego nie obawiał, bo on mnie pilnuje. Na wszelki wypadek, postanowiłem pilnować się jego. I wówczas, jak w kiepskiej powieści, dostrzegłem w tłumie białego człowieka. Co za ulga! Poczułem się nagle tak, jakbym spotkał dawno niewidzianego przyjaciela. Rzuciłem się w tamtym kierunku, a on też zmierzał ku mnie. Bez słów padliśmy sobie w ramiona, po czym natychmiast poszliśmy do baru. Miał na imię Ivan. Okazał się Anglikiem, szefem jakiejś tam firmy, samotnie mieszkającym od pół roku w hotelu w Kingston. Przedstawiłem mu się jako Charlie, aby nie łamał sobie angielskiego języka Włodzimierzem. Od razu przypadliśmy sobie do gustu. Potem fundowaliśmy sobie na zmianę drinki, czując się, jak starzy przyjaciele. Ivan, między nami mówiąc, wcale nie wyglądał na szefa jakiejś tam firmy. Był młodym, szczupłym blondynem, mającym na usługach Jamajczyka, o którym powiadał, że pracuje w jego firmie. - Wiesz, Charlie, przyszedłem tutaj, żeby coś wyrwać na noc. Około czwartej nad ranem robi się już pusto, a te, które pozostają, są do wyrwania... - Mnie już jedna wyrwała – powiedziałem - ale poszła do domu... Na sali zjawił się Pakistańczyk, jeszcze jeden przyjaciel mojego Anglika. Uścisnęliśmy się wylewnie, jakbym ja także był jego przyjacielem. Piliśmy teraz we trójkę, obstawiani przez dwóch Jamajczyków. Nie było źle. W pobliżu godziny czwartej istotnie sala cokolwiek opustoszała. Ale kilka dziewczyn można było jeszcze od biedy wybrać. Jednak zanim Anglik zdążył oderwać się od piwa i ruszyć we właściwym kierunku, wszystkie dziewczyny były już obstawione przez spragnionych miejscowych. Ivan spojrzał na ten pejzaż z rezygnacją, po czym machnął ręką. - Chodź, Charlie – powiedział - Idziemy do German Eye, tam jest ich pełno. Jednak ledwo wyszliśmy z dyskoteki, natychmiast kilku czarnuchów rzuciło się na nas. Gdybym był sam, nie miałbym szans. Ale teraz miałem do pomocy Ivana, a także mojego body guarda, który nagle wyrósł, jak spod ziemi i szybko wepchnął mnie do taksówki. Napastnicy walili w szyby, domagając się pieniędzy, ale teraz do akcji włączył się też taksiarz i drugi nasz Jamajczyk, ten od Anglika. Po krótkiej szarpaninie wszystkim udało się znaleźć w środku i wówczas auto ruszyło z piskiem opon, sterując prosto w tłum wrzeszczących czarnuchów. Było po wszystkim. Dumni i bladzi wparowaliśmy do German Eye. Już w wejściu skoczyła mi na biodra jakaś dziewczyna, oplatając nogami i tańcząc znany mi już taniec, który omal nie wykończył mnie w dyskotece Asylum. Była w skąpym bikini, zgrabna, młoda i ładna, w kolorze bardziej mleka, niż kawy. No i nie było rady. Z powieszoną u szyi laską, ruszyłem w stronę baru. Moi koledzy też targali do baru zawieszone na szyjach gołe laski. Okrągły bar stał na środku sali, a wkoło ustawiono kilka niewielkich scen, na których właśnie tańczyły na rurach dziewczyny. Cała ta akcja odbijała się w licznych lustrach, co potęgowało wrażenie. Ledwo usiadłem przy barze, już następna tancerka siedziała na mnie. Poprosiła o piwo, a po chwili jej koleżanka zrobiła to samo. Nagle rozchyliła czerwone koronkowe majteczki, chwyciła mojego Anglika za czuprynę i wcisnęła mu głowę miedzy swoje uda. Sądziłem, że Ivan zacznie się teraz gwałtownie wyrywać, ale nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego dostaliśmy sporą porcję starego, dobrego porno, a faceci wokoło mocno dopingowali aktorów. Gdy było po wszystkim, Ivan wydał dziki okrzyk i popił go piwem. Zrobiła się piąta rano. Show się kończył. Byłem mocno zmęczony, miałem tylko ochotę walnąć się na koję i spać. - Jak na jedną noc, to starczy tych wrażeń – powiedziałem do Pakistańczyka, prosząc, aby zawiózł mnie do hotelu. Moi przyjaciele też już mieli dość. Zgodnie stwierdzili, że AIDS lata tu w powietrzu. W ten sposób wszyscy wsiedliśmy do auta. Podgrzany Pakistańczyk jechał wężykiem, ale miał jeszcze tyle przytomności i sił, aby wyrzucić na jezdnię mojego body guarda, twierdząc, że ten chciał mnie okraść. Po drodze mijaliśmy rozebrane dziewczynki, demonstrujące wszystko to, co miały nam do zaoferowania. Ivana wysadziliśmy pod jego hotelem. Dopiero wtedy, jak szedł do hotelu, zauważyłem, że zgubił jeden but. Pożegnaliśmy się, jak starzy przyjaciele, czyli - padliśmy sobie w ramiona. Umówiliśmy się na jutro. Nie powiedziałem mu jednak, że jutro już będę w drodze do Kanady. Bramę mojego hotelu Four Seasons otwarła ochrona. Podziękowałem Pakistańczykowi za wszystko, po czym poczłapałem do swojego pokoju. Miałem naprawdę dosyć, a za godzinę Agent miał mnie wieźć na statek. Zamówiłem więc budzenie i zapadłem w czeluść snu. Dobry był ten rum, ale trochę za mocno kopnął mnie w głowę. Cholernie męcząca jest ta Jamajka...