czwartek, 6 stycznia 2022

PLAC NADODRZAŃSKI

PLAC NADODRZAŃSKI Na „Skwerze Kapitanów” wymyśliłem „Plac Nadodrzański”. Przecież Szczecin leży nad Odrą! Leży też nad morzem, chociaż do morza jest 100 km, ale przecież według administracji „Wody Morskie” zaczynają się w Szczecinie od „Trasy Zamkowej” na Północ, a na Południe są „Wody Śródlądowe”. Mamy też w Szczecinie „Port Morski”. Dlatego „Skwer Kapitanów” będzie „Morsko - Nadodrzański - tak postanowiłem i wziąłem się do upiększania „Placu Nadodrzańskiego”. Na początek stworzyłem mój autorski projekt mapę nr 1, na której na Odrze umieściłem 120 portów, marin, nabrzeży. Robiłem tę mapę dwa miesiące, na szczęście przecież znałem Odrę, jako Kapitan Żeglugi Śródlądowej i 20-to paro letni Komodor Flisów Odrzańskich. Była to pierwsza taka całościowa mapa dla żeglarzy, którzy teraz dowiedzieli się gdzie mogą zacumować. Tę mapę „Odrzańskie porty, mariny i przystanie turystyczne” i drugą „Śródlądowe drogi wodne w Polsce” oprawiłem w aluminiowe ramy i powiesiłem na murze „Placu Nadodrzańskiego”. Wzdłuż mojej mapy nr 1 umieściłem herby województw nadodrzańskich. 09 czerwca 2018 roku podczas pięknej uroczystości osobiście odsłoniłem te mapy. 11 Listopada 2018 roku podczas uroczystości „Niepodległość Na Maszt”, obchodów „Setnej Rocznicy Odzyskania Przez Polskę Niepodległości” uczciliśmy też 100 lat LMiR odsłaniając na murze „Placu Nadodrzańskiego” tablicę „Memoriał”, który stworzyłem z dr Elżbietą Marszałek wiceprezesem ZG LMiR i zebrałem na niej 15-cie pieczątek poparcia „Stowarzyszeń Morskich” miasta Szczecina. Tablicę odsłaniali ze mną Rektorzy WSM dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak i kpt.ż.w. Eugeniusz Daszkowski w asyście studentów AMS z Koła LMiR. Wokoło uczestniczyli w tej podniosłej uroczystości: kapitanowie, żeglarze, wodniacy i wielu mieszkańców Szczecina. Była jak zwykle telewizja i prasa. Przed przypłynięciem „Flisu Odrzańskiego”, przyjechał do Szczecina wieloletni Retman Flisów Mieczysław Łabęcki i zbudowaliśmy ekspozycję „Flisackiej tratwy”, w której były oryginalne części tratwy z poprzedniego Flisu. Była 12-to metrowa „Drygawka”, czyli takie jakby wiosło, ale służące do sterowania - nakierowania trawy w nurt rzeki, były dwa 8-mio metrowe „Śryki”, czyli pale, które wija się w dno rzeki-hamując tratwę. Na przedzie tratwy- czyli na „Głowie” stał „Stolec”- czyli po staropolsku Tron, na którym zamocowana na „Kurczu” była „Drygawka”. Na tyle tratwy – czyli na „Colu” była „Skrzynia” z „walcami” służącymi do wbijania „Śryka” i hamowania tratwy. 18 grudzień 2018 roku na 100-lecie LMiR odsłoniliśmy „Plac Nadodrzański”, a na nim 12 tablic o Odrze i „Flisach Odrzańskich”. Tablice zaprojektowała Krystyna Pohl. Wśród tych tablic były trzy tablice indywidualne: - Elżbiety Marszałek- organizatorki „Flisów Odrzańskich”. -Włodzimierza Grycnera- Komodora Flisów Odrzańskich”. -Mieczysława Łabęckiego – Retmana tratew „Flisów Odrzańskich”. Błękitną wstęgę przecinali: Elżbieta Marszałek, Włodzimierz Grycner, Mieczysław Łabęcki, Krystyna Pohl i Laura Hołowacz. W uroczystości uczestniczyli kapitanowie żeglugi wielkiej, kapitanowie jachtowi, studenci AMS z Klubu LMiR w mundurach i umundurowana grupa uczniów z Technikum Morskiego w Szczecinie oraz mieszkańcy Szczecina. Była jak zwykle telewizja i prasa. Teraz żeglarze, flisacy, wodniacy i nadodrzańscy mieszkańcy mają swój plac, gdzie spotykają się na różnych uroczystościach i ze stojących tu tablic mogą poczytać o Odrze. I tak to zresztą się dzieje, przypływają Flisy, żeglarze, przychodzą wycieczki, a ja ich witam na „Placu Nadodrzańskim” i opowiadam o Odrze.

OFIARA BARANKA

OFIARA BARANKA Byłem wtedy kapitanem u amerykańskiego armatora Seaboard i pływałem między Ameryką a Afryką. Wreszcie nasza African Camellia doczłapała się do Casablanki. To już było bardzo blisko do Europy, prawie jak w domu. I tak się tu zawsze czułem. Zwłaszcza wtedy, kiedy Berberyjki tańczyły w tutejszych knajpach taniec brzucha. Szkoda, że Polakom zabroniono akurat wyjścia do miasta… No, ale w tych krajach bakszysz zawsze czynił cuda. Udało mi się więc załatwić przepustkę i ruszyłem w miasto, tak jak za dawnych dobrych lat. Dom Marynarza dobudował sobie piętro i - jak niegdyś - różnokolorowa marynarska zgraja ciągnęła tu piwo. A dziewczynki, tradycyjnie, wyłudzały drinki i papierosy. Z kolei w tutejszym kasynie grali nader grubo; mnie było stać tylko na Jednoręcznego Bandytę. Okazało się, dobre i to. Wygrałem dwadzieścia dolców i ruszyłem dalej. Po pierwszym przetarciu chciałem teraz przypomnieć sobie młodość i obejrzeć– jak trzydzieści lat wcześniej – berberyjski tańczyły mi taniec brzucha. Niestety, inne to już było miasto, inne czasy i inne knajpy. Berberyjek z tańczącymi brzuchami nie było nigdzie. A może tylko nie potrafiłem ich znaleźć, bo byłem już o te kilkadziesiąt lat starszy? Nagle połapałem się, że na rozpalonych ulicach Casablanki szukam własnego cienia. Cóż, również go nie znalazłem. Ale tęsknota za utraconą młodością wprowadziła mnie w melancholijny nastrój. Rozpoczęły się trzydniowe muzułmańskie święta, więc wyładunek statku przerwano. Z umiarkowanym napięciem oglądałem tutejszą telewizję, ponieważ zapowiedziano bezpośrednią transmisję z egzekucji barana, jakiej osobiście miał dokonać król Maroka, Mohammed VI. W ślad za tym pierwszym, królewskim, miało tego dnia pójść jeszcze pod nóż około czterech milionów marokańskich baranów, bo rzeź baranów należy do religijnej tradycji tych świąt. W Koranie – podobnie jak w Biblii – napisano bowiem, że Bóg nakazał Ibrahimowi zaniechać mordu na swym synu, a Bogu w ofierze złożyć baranka. Od tego czasu Muzułmanie zaprzestali zabijania w ofierze ludzi, a przeszli na barany. Co – w świetle głośnych światowych wydarzeń – chyba nie do końca jest prawdą. Dzień przed świętami zjawiło się na statku kilku moich marokańskich przyjaciół, którzy mieli miły zwyczaj budzenia mnie o drugiej w nocy, prosząc o piwo. Tym razem przyprowadzili ze sobą dyrektora finansowego Portu, Hamida, który – ku mojemu zdziwieniu – zaprosił mnie na święta do domu. Jak obiecał, następnego ranka przyjechał po mnie samochodem. Wewnątrz, oprócz Hamida, siedział także jego brat. Potem obwozili mnie po całej Casablance. Miałem więc doskonałą okazję sfilmowania całkiem sporego kawałka tego pięciomilionowego miasta, nad którym królował – drugi pod względem wielkości – meczet świata. - Na budowę tego meczetu musieli się składać wszyscy mieszkańcy – opowiadał Hamid. -Nic więc dziwnego, że jest tak duży. Czy wiesz, Captain, że w jego wnętrzu może modlić się równocześnie dziesięć tysięcy ludzi? - No, tak, to robi wrażenie – skwitowałem informację. - Świątynia jest przepiękna. A w nocy, gdy jest podświetlona – wygląda wręcz imponująco... Potem rozmowa zeszła na Casablankę. Na jej wielkie rozmiary składa się w zasadzie aż pięć różnych miast, zwanych tu dystryktami. Zaś każdy z tych dystryktów ma własny zarząd. W trakcie pogawędki dojechaliśmy wreszcie do czteropiętrowego bloku, w którym Hamid mieszkał z rodziną. Dom stał w nowej dzielnicy. Żona z trójką dzieci przywitali mnie serdecznie, niemal natychmiast prowadząc do łazienki, gdzie gościnnie zamieszkiwał baran. Smród był tam okropny. Ale gdy go stamtąd wyciągali i z mozołem taszczyli po schodach na dach, zapach wręcz ścinał z nóg. No, ale co się nie robi dla zachowania tradycji. Dach był płaski. Roztaczał się z niego przepiękny widok na miasto. Ale nie miejskie widoki miały mnie zajmować tego przedpołudnia. Oto bowiem kilka sąsiedzkich rodzin oprawiało zarżnięte przed chwilą barany, co nie nastrajało mnie zbyt dobrze. Muszę jednak przyznać, że wszyscy przywitali mnie bardzo grzecznie, a nawet z wielką ciekawością. Do naszego dachu przytulone były inne dachy. I na tamtych dachach szlachtowano właśnie barany. Każdy bowiem Arab tego dnia chciał ofiarować Allahowi swojego barana. Wszyscy na dachach najwyraźniej bardzo dobrze się znali, bo po pierwszych morderczych zabiegach większość tych ludzi pofatygowała się do nas, aby przyjrzeć się z bliska, kogo też Hamid przyprowadził do domu na święta. Przyszły też jakieś ciekawskie dziewczyny, które od razu zaczęły wypytywać mnie łamaną angielszczyzną. Czy jestem żonaty? Ile mam dzieci? Jaką lubię muzykę? A jak podoba mi się Casablanca? Lecz, gdy z kolei zapytałem, czy wiedzą, gdzie leży Polska – nie wiedziały. A przechwalały się, że w szkole mają piątki. Potem zaczął się obrzęd. Mój przyjaciel Hamid z bratem podostrzyli długi nóż, a następnie złapali barana za nogi i przewrócili na plecy. Hamid poderżnął mu gardło jednym pociągnięciem ostrza w tak umiejętny sposób, że biedaczysko nawet nie zdążył beknąć. Nie męczył się też długo, a jego krew spłynęła na ulicę - rynną znajdującą się w rogu dachu. Po kilku minutach nieszczęsne zwierzę wierzgnęło jeszcze kopytkami, po czym oddało ducha Allahowi. Z ciałem było gorzej, bo przeznaczono je na szaszłyki. W tej okrutnej ceremonii uczestniczyła cała rodzina Hamida, łącznie z najmłodszą córeczką, dwuletnią Szejmą. Nagle Hamid oderżnął rogi barana i podarował mi je, wygłaszając przy tym dla mnie życzenia pomyślności. Wtedy zobaczyli to sąsiedzi i z okolicznych dachów przynieśli mi w darze rogi swoich baranów. Nazbierało się tego cały worek, ale tylko dwie pary zabrałem do domu- to te właśnie, które teraz wystają z maski w mojej Tawernie na ścianie. - W Europie powiadacie – rzekł Hamid - że my, Arabowie, jesteśmy mordercami! Lecz składanie barana w ofierze to nasza bardzo stara tradycja. Tak czynić nakazuje nam religia! - Hamid, przed ofiarą miałem mieszane uczucia – odrzekłem. - Ale to, co tu ujrzałem, radykalnie zmieniło moje poglądy. Nie spodziewałem się też, że twoi sąsiedzi przyjmą mnie tak przyjacielsko... Wszyscy oni zachowywali się tak naturalnie, że nieoczekiwanie uznałem, że to my w Europie jesteśmy barbarzyńcami. A przecież pierwszy kąsek tego barana to Twoja żona podarowała mnie, jako gościowi. Opowiem Ci jak to my zarzynamy świniaka w niebywale okrutny sposób. Niegdyś uczestniczyłem w wiejskim świniobiciu. Nie było w tej czynności nawet cienia człowieczeństwa. Była to wymyślna okrutna egzekucja. W Polsce zabroniony był wtedy prywatny ubój świń, więc kupiłem po cichu na wsi świniaka i gospodarz miał go zabić po cichu. Huknął go siekierą w łeb, ale źle trafił i świniak z piskiem uciekł na wieś. Goniła go cała wataha, pół wsi, a on piszczał przeraźliwie – a miało to być po cichu.. Wreszcie go dopadli i zarżnęli nożem w serce. Utoczyli z niego krwi, wypili i zrobili z niej kaszankę, którą jeszcze ciepłą jedli. Zrobiło mi się wtedy niedobrze, omal nie zwymiotowałem, chociaż kaszankę lubię. Wszyscy, patrzyli na mnie z niedowierzaniem. – Żartujesz?- spytał Hamid. - Nie tak było naprawdę- dodałem. -To Wy jesteście barbarzyńcy!- wykrzyknął Hamid. Atmosfera trochę się pogorszyła, ale dwuletnia Szejma pałaszowała szaszłyka, siedząc na moim kolanie, a małżonka Hamida sama podjadała dyskretnie w kuchni. Koran zezwala wam na cztery żony, prawda? – zapytałem znowu Hamida. - Dlaczego ty masz tylko jedną? Captain, żeby mieć cztery żony trzeba posiadać duże pieniądze! Jak je wszystkie utrzymasz? Prezent tylko dla jednej jest niemożliwy! Musisz utrzymać wszystkie! Jestem za biedny na takie życie! Ty, dyrektor finansowy wielkiego afrykańskiego portu – za biedny? Najwyraźniej nie znasz kobiet! Potrafią wydać każde, nawet największe pieniądze! – śmiał się Hamid. Przebrałem się w mój muzułmański strój, jaki kupiłem jeszcze we Freetown, po czym ucztowałem i bawiłem się z moimi arabskimi przyjaciółmi przez całą resztę tego pouczającego dnia. Hamid lubił podyskutować. Wiesz, Captain, Żydzi nie wierzą w Jezusa, ale my, Muzułmanie, wierzymy, że Jezus narodził się z Maryi Panny Dziewicy, która jest jedyną niewiastą wymienioną w Koranie z imienia. Jednak uważamy, że Jezus był Prorokiem, nie zaś synem Boga. Narodził się pod palmą na skutek bezpośredniej woli Boga. Nie wierzymy w jego ukrzyżowanie, bo Bóg nie opuściłby swojego syna. Natomiast wierzymy w jego wniebowstąpienie. To wszystko możesz przeczytać w Koranie. Tam też opisane są cuda, jakie czynił. Chociaż wolno nam modlić się tylko do Allaha, to często prosimy o pomoc Jezusa i Marię, bo oni ukazali się w krajach muzułmańskich już siedemdziesiąt razy. Wierzymy, że Jezus powróci na ziemię, jako muzułmański Mesjasz i połączy wszystkie religie... Pod koniec dnia doszliśmy do wniosku, że Bóg jest jeden i nie ma znaczenia, jakie nosi imię. Popijaliśmy resztkę baranka piwem, chociaż Hamidowi Allah zabronił pić alkoholu. Czy jednak piwo jest alkoholem? Jak tę kwestię traktuje Allah? W trakcie takiego uroczego wieczoru nie udało się tego ustalić! Może zresztą Allah piwa nie zauważy? Bo Hamid w pewnej chwili powiedział, że gdy się dobrze zasłoni okna, to Allah nie widzi, co się dzieje w środku. Chociaż niewątpliwie Allah jest wielki. Poza tym i tak wszystko jest w rękach Allaha – Insha Allah…

środa, 5 stycznia 2022

OD RURY DO RURY

Od rury do rury Cholera jeździmy tym statkiem dosłownie od rury do rury! I to nie tylko ładunkowej. Bo są, bowiem jeszcze inne rury, te rozweselające marynarzy po ciężkiej pracy. To rury, przy których tańczą nagie tancerki. Na Jamajce załodze kręci się już w głowie od ciągłego przeciągania statku pod rurę załadunkową. Sypie się z niej, biała jak śnieg, alumina. Zdarzają się jednak wolne chwile i właśnie w takiej wolnej chwili wyrywamy się z Agentem na ląd. Jedziemy w trójkę. Agent prowadzi lewą stroną krętej drogi, ciągnącej się wzdłuż zatoki. Pędzimy do najbliższego miasteczka, Port Esquivel. Agent objaśnia, że drogą, po jakiej jedziemy, lepiej nie spacerować. W pobliskich gąszczach czają się bowiem aligatory, które niekiedy lubią wygrzewać brzuchy na asfalcie. Potem opowiada, do jakiego to świetnego baru nas wiezie i jakie tam super są dziewczyny. Po pół godzinie stajemy wreszcie przed starą, drewnianą budą. - To tuuu ?- dziwimy się. - Tak. Ten bar jest najlepszy – odpowiada. - No i właśnie tutaj dziewczyny tańczą przy rurze! Siadamy więc na wysokich stołkach przy barze, jak u Brudnego Wacka. Potem zamawiamy Cuba Libre. Rum ma smak bimbru i kawałka lodu, przed chwilą przywiezionego pod pachą przez jakiegoś brudasa. Tak to z grubsza wygląda. - Cholera! – myślę. - Żeby tylko nie złapać jakiegoś choróbska... Sączymy ten nieszczęsny rum, mając nadzieję, że może odkazi latające w powietrzu wirusy. W małej salce obok, w telewizorze pod sufitem, akurat leci porno. Widać same białe baby. Zaś u nas, w barze, na stołach tańczą baby żywe, czarne jak smoła. To one wyginają się teraz na rurze, wypinając dupcie do ściennych luster. Pomalutku rozbierają się do goła, z zawodowym rozmysłem podniecając męską publikę, która reaguje nadzwyczaj głośno. Przy tym wszystkim, nie zapominają o tańcu. Tańczą rytmicznie, widać, że taniec mają we krwi. Między tancerkami jest jedna nadzwyczaj ładna i zgrabna, nawet włosy ma wyprostowane. Inna pofarbowała swoje kręcone antenki ma na blond. Po pokazie obie schodzą ze stołów i podchodzą do nas, nadal kręcąc spiczastymi tyłkami. W chwilę potem wpychają je między nasze kolana i kręcą ósemki. Moja co chwila odsłania w uśmiechu srebrny ząb. Prosi o piwo, które oczywiście stawiamy. Kosztuje trzy dolary, ale w swej łaskawości dorzucamy jeszcze pięć, które wsuwamy za jej majteczki. Jesteśmy bowiem jedynymi białymi na sali i to zobowiązuje! Nasza hojność odnosi ten skutek, że tancerki energicznie zaczynają namawiać nas do grzechu. Ma on zostać popełniony natychmiast, a odbyć się na zapleczu. Nawet pokazują, co za skromne pięćdziesiąt dolców skłonne są nam uczynić. Mocno się zastanawiamy jak stąd uciec. Przy barze bowiem krążą takie typy, że strach na nich patrzeć. Jeden z nich, obwieszony złotymi łańcuchami, ciągnie moją tancerkę na zaplecze. Widać, że dziewczyny mają tu wzięcie. Tymczasem AIDS ciągle lata w powietrzu, a zapach haszyszu miesza się z nieprzyjemnym zapachem spoconych ciał. Jednym słowem - chciałoby się do raju, a tu piekło. Teraz na stole tańczy gruba Mulatka, kurząc papierosa tkwiącego w dziurce jej nosa. Jej sadło przelewa się rytmicznie, a pot widowiskowo spływa po fałdach tłuszczu. Dyskretnie urywamy się do samochodu. Dopadają nas tam jednak dziewczyny, mocno zawiedzione, że nie poszliśmy na zaplecze. Obiecujemy, że zrobimy to jutro, jutro. A po chwili znowu pędzimy lewą stroną dziurawej drogi, nerwowo szukając w światłach auta spacerujących aligatorów. Na statku czeka nas rura załadunkowa. Musimy przeciągnąć statek w taki sposób, aby ta rura weszła do następnej ładowni. Wreszcie wyjście w morze. Nasz m/v Lake Mead załadował ponad trzydzieści tysięcy ton aluminy, których wartość sięga prawie siedmiu milionów dolarów i już jesteśmy gotowi do drogi. Jeszcze tylko nurek sprawdza podwodną część statku, w poszukiwaniu ewentualnie przyspawanej tam skrzynki narkotyków. Ruszamy do Kanady, zamieniając czterdziestostopniowe ciepełko na mróz Północy. W drodze Chief z Maszyny melduje mi codziennie o kolejnych awariach w maszynie. Nie mogę się nadziwić, że w ogóle to pudło jeszcze pływa. Załoga dzielnie walczy z grubą rdzą, która odrywa się na pokładach całymi płatami. Na mostku deszcze leją się nam na głowy. To z kolei wina dziurawego mostku, pelengu. Niekiedy stajemy w dryfie, aby coś tam zreperować w maszynie. I oto, na wysokości Florydy, nagły telefon od amerykańskiego Coast Guard. Proszą, abyśmy przeszukali morze w pozycji 90 mil przed nami. Podobno ktoś – czy coś – tonie. Zaobserwowano bowiem czarno-czerwony obiekt, prawdopodobnie dno i burta statku. Ruszamy natychmiast. Musimy jednak nieco zboczyć z naszej trasy. Wiem, że czarter japońskiego Sanko kosztami akcji ratunkowej obciąży armatora. Mocno nas to złości. Kto wymyślił takie czartery, w których nie liczy się solidarność ludzi morza, a jedynie dolary? Po ośmiu godzinach dopływamy wreszcie do miejsca przypuszczalnej tragedii. Przeczesujemy morze. Na błyszczącej od słońca tafli cała załoga wypatruje jakiegokolwiek śladu. Jednak bez rezultatu. Niczego nie zauważamy. Ani śladu tragedii. Czyżby okrutne morze pochłonęło wszystko?... Melduję o tym US Coast Guard. Dziękują za akcję i równocześnie zwalniają nas z dalszych poszukiwań. Jak się potem okaże, przyślą jeszcze oficjalny pochwalny list, w którym podkreślą nasz profesjonalizm i gotowość udzielenia pomocy w niebezpieczeństwie. Mamy satysfakcję. A więc jednak liczy się coś więcej w życiu, niż tylko dolary! W tym czasie pływając po amerykańskich wodach, uczestniczyliśmy w wielu akcjach ratunkowych i byliśmy nawet nominowani do specjalnej nagrody wyznaczonej przez US Coast Guard. Pod Kanadą silnik Lake Mead ostatecznie odmawia posłuszeństwa. Po prostu, nie chce dalej pracować na zimnym, brudnym ciężkim paliwie. Musimy go jednak jakoś uruchomić, gdyż innego wyjścia tymczasem nie ma. Czyścimy więc filtry i zbiorniki paliwa, częściowo reperujemy też system podgrzewania paliwa. Póki co, jedziemy na paliwie lekkim. Wysiadają nam kolejno agregaty. Może będziemy musieli wyłączyć ogrzewanie kabin? A na zewnątrz mróz! Mechanicy zupełnie się nie oszczędzają. Praca idzie na okrągło. Niektórzy mdleją z wyczerpania. Wreszcie kanadyjskie Baie Comeau. Wieje północny wiatr, a temperatura spada w ciągu godziny z minus pięć do minus dwadzieścia dwa. A miejscowi straszą, że może spaść do minus pięćdziesiąt! Jednak załoga nie upada na duchu. Ubiera się ciepło i zbiera przy trapie. Wszyscy chcą iść do tutejszego Jessy Baru, gdzie znowu gołe baby tańczą przy rurze. Wybieram się i ja. Nagle wpada Stewedor. - Captain, big problem! - wykrzykuje. - What’s problem again?- krzywię się zdenerwowany. - Czy na tym statku można popływać normalnie? - Zepsuła się jedna rura wyładunkowa, możemy wyładowywać tylko jedną rurą, tą na dziobie! Denerwuję się coraz bardziej. - O cholera! Chief! Przelicz pan szybko! Jeśli napełnimy Fore Peak, to ile musimy wyładować z trzeciej ładowni, aby wyjść na 33 stopy zanurzenia? Po kilku minutach wszystko jest już jasne. - Trzeba wyładować z trójki 3 tysiące ton – melduje - a rata wynosi pięćset na godzinę... - To jakieś sześć godzin wyładunku - myślę głośno. - Nie damy rady. Za pięć godzin chwyci nas niska woda, siądziemy na dnie i połamiemy statek... Agent! Wołaj pilota i holownik, uciekamy na redę! No więc, wszystko się komplikuje. Jest zimny wieczór, tam dziewczyny właśnie rozkręciły się na rurze, a tu kuku zrobiła nam inna rura. Woda ucieka, pilota i holownika nie ma. Sami więc rzucamy cumy. Decyduję się bowiem uciekać z portu samodzielnie, chociaż wiem, że to niebezpieczne. Za determinację spotyka mnie nagroda. Kiedy już zaczynamy działać, wpada zdyszany pilot. Dobija też ku nam holownik. Niebawem pojawiamy się na redzie i rzucamy kotwicę. Stare przysłowie mówi, że „co się odwlecze, to nie uciecze”. Nazajutrz powracamy do portu, a wieczorem pół załogi szaleje w Jessy Bar. Tancerki są śliczne, długonogie i w różnych kolorach skóry. Siedzimy przy scenie, blisko, wpychamy im więc po dolarze między półdupki. Sala wyje i bije brawo. Wysoka blondyna robi szpagaty na stojąco i leżąco. Kuszę ją moim dolarem, a ona, czołgając się niczym pantera, wyrywa mi go zębami z rąk. Obok sceny widać, że w konfesjonałach trwają już w najlepsze prywatne występy, gdzie dziewczyny również tańczą i rozbierają się za dychę. Tyle, że to program indywidualny. Siedzący tam facet może pozwolić sobie na wiele, byle nie za wiele. Nagle podchodzi do mnie długonoga i mówi, że jakiś facet zapłacił dla mnie rozbierankę. Odwracam się. A rogu sali stoi nasz Kanadyjczyk, a z Unitora. Gęba mu się śmieje od ucha do ucha; zrobił mi kawał. No cóż, trzeba iść. Nie mogę przecież dać plamy. Siadam więc między ażurowymi przepierzeniami konfesjonału, a długonoga śliczna powoli robi striptiz. Ręce same zaczynają mi błądzić po jej aktywach, kiedy wybija mnie z transu ostry głos szefa knajpy. - Don’t touch pussy! Dosłownie baranieję. Miły nastrój pryska. Zrywam się na równe nogi. Nawet włosy stoją mi dęba. W Jessy Barze jest jednak inaczej, niż na Jamajce. Szef pilnuje dziewczyn, a więc nie wolno mi ich pogłaskać. Można, oczywiście, poczekać do czwartej rano, a potem pójść z dziewczyną do hotelu. Tyle tylko, że hotel sporo kosztuje, a pół godziny z tancerką to też wydatek w granicach dwustu dolców, a rano trzeba do roboty. A jeszcze można coś podłapać! Wołamy więc taksówkę i wracamy na nasze zardzewiałe pudło, po drodze marząc o ślicznych długonogich dziewczynach, ale tych naszych w kraju.

MOJE LO CHEŁMŻA

MOJE LO CHEŁMŻA W mojej Kapitańskiej Tawernie wisi tablica z corocznie nagrodzonymi najlepszymi uczniami Zespołu Szkół w Chełmży. Sęk w tym, że ta nagroda „Indywidualności Szkolne” jest mojego imienia. Jak to się stało? Moje kochane Liceum Ogólnokształcące w Chełmży ukończyłem w 1963 roku i wyjechałem na studia do Państwowej Szkoły Morskiej w Szczecinie. Od tego czasu mieszkam w Szczecinie, ale wracam często do mojej ukochanej Chełmży, do mojego dzieciństwa. Wracałem też często do mojego Ogólniaka, żeby spotkać się z absolwentami i uczniami. Byłem współorganizatorem zjazdów absolwentów i uroczystości obchodów 100-lecia naszej szkoły. Przywoziliśmy do naszej szkoły prezenty, a ja rozdawałem moje książki. Spotykaliśmy się z Burmistrzem i władzami Chełmży. Sugerowałem Burmistrzowi rozbudowę bazy turystycznej nad jeziorem (chyba mnie usłuchał, bo po latach powstały nowe zejścia do jeziora, promenada, most przez jezioro i wiele innych upiększeń). Spotykałem się z ludnością na promocjach moich książek. Podarowałem miejscowej bibliotece wszystkie moje książki i na spotkaniach opowiadałem o swoich morskich przygodach. Aż tu nagle, niespodziewanie 08 marca 2014 roku w Tawernie „Zejman” w Gdańsku podczas wręczania mi Międzynarodowej Nagrody „Conrad Indywidualności Morskie” w pierwszym rzędzie zobaczyłem Panią Dyrektor mojej szkoły z całą delegacją. Nagle wstąpili na scenę i Pani Janina Nowacka Dyrektor Zespołu Szkół Chełmża złożyła mi gratulacje, wręczyła obraz mojej szkoły w Chełmży i kwiaty, (co wywołało uśmiechy, bo był 8-my marca- Dzień Kobiet). Minął chyba miesiąc jak jadąc samochodem zadzwonił telefon od Pani Dyrektor z mojej szkoły. -Panie kapitanie, czy przyjedzie pan do nas na inaugurację nowego roku szkolnego? -Oczywiście mogę przyjechać jak zwykle- odpowiedziałem. -Chcielibyśmy, żeby Pan wręczył nagrodę „Indywidualności szkolne” dla naszego najlepszego ucznia. -Oczywiście mogę ją wręczyć- odpowiedziałem. -Ale czy Pan się zgodzi, żeby ta nagroda była Pana imieniem? -Pani Dyrektor takie rzeczy robi się pośmiertnie!- Zażartowałem. -Nie Panie Kapitanie! Pan jest dla nas najważniejszy! Przecież Pan został doceniony tak bardzo wysokim wyróżnieniem, jakim jest nagroda Conrady. -No dobrze, zgadzam się, bo kocham moją szkołę- odpowiedziałem. I tak to się zaczęły kolejne lata wręczania nagrody mojego imienia. A taki oto regulamin nagrody uchwaliło grono nauczycielskie: Nagroda im. Kapitana Żeglugi Wielkiej Kapitana Żeglugi Śródlądowej Pilota Morskiego Włodzimierza Grycnera „INDYWIDUALNOŚCI SZKOLNE” Włodzimierz Grycner, absolwent Liceum Ogólnokształcącego w Chełmży rocznika 1963, jest kapitanem żeglugi wielkiej, kapitanem żeglugi śródlądowej, pilotem morskim, inżynierem, komodorem flisów odrzańskich działaczem Ligi Morskiej i Rzecznej, prezesem Polskiej Izby Agroturystyki – Oddział Pomorsko-Odrzański. 28 stycznia 2014 r. Kapituła Międzynarodowej Nagrody „Conrady – Indywidualności Morskie” uhonorowała kpt. Włodzimierza Grycnera nagrodą „Conrady”, która jest wręczana ludziom morza z całego świata za osiągnięcia w dziedzinie żeglarstwa, kultury morskiej, nauki, gospodarki morskiej i popularyzacji problematyki morskiej. Jest ona odpowiednikiem „Oskara” w dziedzinie filmowej. Uroczyste wręczenie nagrody Włodzimierzowi Grycnerowi w XVIII edycji „Conradów” odbyło się 8 marca 2014 r. w Gdańsku. Dorobek zawodowy Włodzimierza Grycnera kwalifikuje go do grona szkolnych indywidualności i ukazuje, że ukończenie jedynej szkoły ponad gimnazjalnej w niewielkim miasteczku nie przeszkadza realizacji pasji, rozwoju predyspozycji osobowych i dążenia do wytyczonego, realnego celu. Włodzimierz Grycner jest człowiekiem, który podczas spotkań z młodzieżą przekazuje optymizm, wiarę we własne możliwości i zachęca do konsekwentnego działania. Jego postawa życiowa i zawodowa jest godna do naśladowania dla naszej młodzieży. W związku z tym dyrektor Zespołu Szkół w Chełmży ustanawia Nagrodę im. Kapitana Żeglugi Wielkiej, Kapitana Żeglugi Śródlądowej, Pilota Morskiego Włodzimierza Grycnera „Indywidualności szkolne”, honorującą wybitne osiągnięcia młodzieży uczniowskiej. Ta prestiżowa nagroda wręczana jest uczniom za włożony wysiłek w pracę w różnych obszarach życia szkolnego i pozaszkolnego, skutkująca wyróżniającym i godnym naśladowaniu efektami. Składać się na nią będzie honorowe zakwalifikowanie ucznia do grona „Indywidualności szkolnych”, okolicznościowy dyplom oraz nagroda rzeczowa. Jest nią wykonany na specjalne zamówienie witraż w tematyce nawiązującej do wybranego witraża historycznej auli szkolnej, zgodnie z rodzajem aktywności ucznia. Dyplom z podziękowaniem otrzymuje również towarzysząca działaniom ucznia osoba wspierająca (tutor edukacyjny, opiekun koła, trener itd.). Nagroda może być przyznawana co roku jednemu uczniowi za szczególne osiągnięcia z poprzedniego roku i wręczana podczas inauguracji kolejnego roku szkolnego przez zasłużonego absolwenta szkoły. Kandydaci do Nagrody wyróżniający się osiągnięciami w różnorodnych dziedzinach (naukowej, kulturalnej, społecznej itp.) w szkole lub poza nią, typowani są przez wszystkich członków społeczności szkolnej spośród grona uczniów wszystkich typów szkół dziennych. Wybór ucznia następuje podczas rady pedagogicznej podsumowującej dany rok szkolny i zatwierdzany jest przez dyrektora szkoły. Uczeń tę nagrodę z danej dziedziny może otrzymać tylko raz w czasie pobytu w szkole. Po raz pierwszy Nagroda im. Kapitana Żeglugi Wielkiej, Kapitana Żeglugi Śródlądowej, Pilota Morskiego Włodzimierza Grycnera „Indywidualności szkolne” zostanie wręczona podczas uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego 2014/2015. Chełmża, 26.08.2014 r. Janina Nowacka Dyrektor Zespołu Szkół w Chełmży Przyjechałem więc w 2014 roku, tym razem jednak, żeby wręczyć Nagrodę „Indywidualności Szkolne” mojego imienia. Jak zwykle na uroczystości złożyliśmy kwiaty pod szkolnym pomnikiem nauczycieli pomordowanych podczas II wojny światowej. Następnie w auli mojego LO, tam gdzie zdawałem maturę wręczono mi pamiątkową plakietkę: A na niej było: Dyrektor Zespołu Szkół w Chełmży Ma zaszczyt uhonorować Kpt. Włodzimierza Grycnera Absolwenta LO w Chełmży rocznika 1963 Uhonorowaniem Nagrody im. Włodzimierza Grycnera „Indywidualności szkolne” Za kształcenie u młodzieży postawy otwartości na świat Umiejętności podejmowania wyzwań życiowych I wykorzystywania własnego potencjału. Potem to ja wręczałem pamiątkową plakietkę dla Marty Preis wybitnej matematyczki i dodatkowo wręczyłem Jej kopię witrażu z cyrklem z Auli LO, oraz moje książki, które też wręczyłem nauczycielowi laureatki i Jej rodzicom. W następnych latach zawsze wręczałem też nauczycielowi i rodzicom moje książki. W 2015 r. Wręczyłem Nagrodę „Indywidualności Szkolne” im. kpt. ż.w. Włodzimierza Grycnera Michałowi Demiańczukowi (najlepszemu na maturze z języka angielskiego). W 2016 r. najwybitniejsza okazała się kajakarka Marta Pawełek Tym razem na plakietce, którą wręczyłem widniało: Dyrektor Zespołu Szkól Ponadgimnazjalnych w Chełmży ma zaszczyt uhonorować Uczennicę Martę Pawełek Za Szczególne osiągnięcia sportowe i godne reprezentowanie szkoły W roku szkolnym 2015/2016 Nagrodą im. Kapitana Żeglugi Wielkiej Kapitana Żeglugi Śródlądowej Pilota Morskiego Włodzimierza Grycnera „Indywidualności szkolne” 01.09.2016 r. W 2017 r. Nagrodę im. kpt. ż.w. Włodzimierza Grycnera Otrzymał Michał Grążawski (najlepszy z Historii) W 2018 r. Nagroda im. kpt. ż.w. Włodzimierza Grycnera przypadła dla Jesicy Waleckej (nauka, sport). Dziewczyna piękna zdolna i grająca na dodatek w piłkę nożną. Czy będą następni wybitni? Jak długo dam radę odwiedzać moje LO? Na korytarzu mojej szkoły zawisła Tablica nagród „Indywidualności Szkolne”, a Pani Dyrektor Janina Nowacka przywiozła mi do Szczecina kopię tej tablicy. Teraz wisi u mnie u mnie w Tawernie!

MASKA CZAROWNIKA

MASKA CZAROWNIKA W 1965 jako 20-letni student Państwowej Szkoły Morskiej w Szczecinie zamustrowałem na praktyki na m/s „Transportowiec”, wtedy nazywany „Transport owiec”. Otworzył się przed nami raj! Po raz pierwszy zasmakowałem uroków marynarskiego życia. Dwukrotnie zawinęliśmy do Veracruz w Meksyku. I za każdym pobytem staliśmy tam miesiąc! Ładowano na statek kukurydzę, co było zajęciem prostym i monotonnym. W ryzach trzymali nas nasi Kierownicy Praktyk: kpt.ż.w. Jan Prüffer i niewiele od nas starszy por. ż.m. Józef Gawłowicz. Kapitanem był sławny kpt.ż.w. Józef Miłobęcki. Miesiąc postoju, znaleźliśmy więc dostatecznie dużo czasu, aby spotkać się z meksykańskimi uczniami szkoły morskiej w Veracruz. Rozegraliśmy z nimi mecz piłki nożnej na wielkim olimpijskim stadionie! A nawet regaty szalup! Radości i zabawy było wiele. Młodzi Meksykanie zapraszali nas do swoich domów na fiesta familia, podczas których przedstawiano nam dziewczyny, informując przy okazji, jakie role pełniły na karnawałach. Bo Veracruz żyło od karnawału do karnawału. Urządzano nam też szybkie przejażdżki samochodem po trzydziestokilometrowej plaży! Często kąpaliśmy się w morzu, włączając niekiedy w tańczący na plaży tłum. Niejeden z nas rozkochał się w gorących, przepięknych senioritach. Ja też spotykałem się z piękną Nancy. Miała 17 lat i gdy ją całowałem, tak była rozpalona, że natychmiast kładła się i była gotowa do kochania. Czasami było to w rozbitej na plaży szalupie, gdzie pod pupcię podłożyłem jej chusteczkę-kulturalnie lub na falochronie, gdzie kochaliśmy się na betonie. Nie zwracała zbytnio uwagi, na spacerowiczów nam się przyglądających. Raz nawet kolega musiał wyciągać mi igły kaktusa z pleców i tyłka, bo leżałem z nią w kaktusach. To były niezapomniane dni. Dwa miesiące szalonego kochania! Poznałem ją, gdy przyszła z wycieczką na statek. Udało mi się skusić ją zapraszając na ciastko do mojej kabiny. Przyszły z koleżanką, a ja mieszkałem ze kolegą z roku Swiatosławem. Dukałem już wtedy trochę po hiszpańsku i jakoś udało mi się „zaciągnąć” ją do koi i pokazać jak tu się śpi, zresztą mojemu koledze też się udało. Potem już było szaleństwo, chociaż na początku krzyczała „deja me”, ale nie rozumiałem o co chodzi... No i dobrze, że nie znałem za dobrze hiszpańskiego, bo potem dowiedziałem się, że to znaczy „zostaw mnie”. Jednak „deja me” nie przerwało moich pieszczot i Nancy poległa! Potem powiedziała mi, że jak będziemy mieli dzieci, to dobrze, bo rodzina jej je wychowa, a najlepiej jak byśmy mieli chłopaka, bo w tej prowincji jest statystycznie cztery dziewczyny na jednego chłopaka. Jednak jakbym kiedyś jeszcze przypłynął, a ona będzie już mężatką, to nie będzie mogła ze mną się spotkać, bo mąż by mnie zabił. Po 37 latach już jako kapitan na m/s „Tolten” zawinąłem znowu do Veracruz, szukałem mojej Nancy, pytałem, ale nie znalazłem. Wspomnienia jednak odżyły. Odwiedziłem wszystkie miejsca, gdzie się kochaliśmy! Najpierw jednak ruszyłem do pierwszego portu wyładunkowego w Meksyku – Tampico, a potem do Veracruz. W Tampico trafiliśmy na pierwszy dzień wiosny, no i na fiestę. Na Placu Wolności stał chyba piętnastometrowy pień drzewa, na którym - wysoko pod niebem - zbudowano dziwną konstrukcję w kształcie koła, z której zwisały do ziemi cztery liny. Na scenie, w fantastycznie kolorowych azteckich strojach, tańczyły ludowe zespoły. Monotonna muzyka piszczałek i skrzypek wprowadzała je w trans. Tancerze nosili na głowach korony i pawie pióra, a w czasie tańca rytmicznie potrząsali grzechotkami. Nieoczekiwanie wprowadzono na scenę biało ubraną dziewczynkę. Kapłan uderzył ją rytualnym nożem w pierś, po czym wyrwał jej serce i wzniósł je wysoko, jakby ofiarując bogom. Tłum bił brawo. Oczywiście serce było sztuczne, ale scena i tak zrobiła na mnie porażające wrażenie. Widzisz, Wiesiu – powiedziałem do Chiefa Mechanika. - To nadal są barbarzyńcy... No, rzeczywiście – odparł lekko przygaszony Mechanik. - Spójrz, co oni tam robią przy ognisku! Jakaś dziewczyna okadza ludzi dymem. A jaka do niej kolejka! Może byśmy też tam stanęli? No, nie wiem... – bąknąłem niezdecydowany. - A jeśli nas zaczaruje? Skąd! – wołał wniebowzięty Mechanik. - Zobacz jaka z niej ładna laska. Może odgoni od nas złe duchy? Zresztą, już nas zauważyła i zaprasza... Ominąłem więc kolejkę i stanąłem przed ubraną w aztecki strój dziewczyną, a ona od razu okadziła mnie pachnącym dymem, jaki wydobywał się z azteckiego kaganka. Zapytałem dziewczynę, na co ten dym pomaga. A ona, że dym to stare czary Azteków, które uzdrowią moje ciało i duszę, przegonią złe moce. Słowem – będę teraz szczęśliwy. Mechanik też chciał sobie zafundować szczęście, więc wepchnął się też do okadzenia. Nie zdążyliśmy jednak sprawdzić, czy obaj jesteśmy już szczęśliwi, bo akurat zaczęli występy czterej śmiałkowie, którzy jęli wspinać się na piętnastometrowy pień. W końcu usadowili się gdzieś pod niebem, owijając w pasie linami. Końcówki lin opletli wokół stóp, po czym zrobili tak zwany swobodny zwis. Kiedy tak wisieli głowami ku ziemi, koło nagle zawirowało. Najpierw wolno, potem coraz szybciej, szybciej. W finale popisu śmiałkowie szybowali w powietrzu jak wielkie białe ptaki. Potem powoli opadli ku ziemi, a tłum nagrodził ich burzliwymi oklaskami. Zabawa na placu trwała do późnej nocy. Byłem pod jej takim urokiem, że wszystko nakręciłem moją starą wysłużoną kamerą, aby potem pokazać film rodzinie i przyjaciołom. A następnego dnia pojawił się Agent, który wcześniej obiecał zademonstrować nam coś specjalnego. W ten sposób trafiliśmy do nocnego klubu o nazwie Jet Set. I rzeczywiście. Tańczące tam na rurze dziewczynki były fantastyczne! Zjeżdżały po rurach aż z sufitu, nie zapominając przy tym o kręceniu tyłeczkami. Zgromadzeni wokół faceci ogniście bili brawo, a potem za marne dziesięć dolców brali je na prywatne występy przy stolikach lub na zapleczu. Nie wiem, co się działo na zapleczu, ale prywatne występy panienek przy stolikach mogliśmy swobodnie obserwować. I naprawdę nie wiem, za co ci faceci płacili, bowiem wszystko ograniczało się do siadania panienek na ich kolanach i robieniu im cycuszkami masażu twarzy. Wiesia, jako mechanika, najbardziej interesowało, jakim smarem przygotowywane są tłoki, które wynoszą pod sufit podesty z tańczącymi artystkami. Długo nie umiał do tego dojść, a następnego dnia musieliśmy już, niestety, wyruszać do Veracruz. Mówiło się, że Veracruz to miasto fiesty. Wiedziałem coś o tym, bo tu właśnie w tym mieście zostawiłem przepiękne wspomnienia. Nasza miłość z Nancy wtedy była gorąca i szalona. I pomyśleć, że to było trzydzieści siedem lat temu! Jeszcze teraz, spacerując z Wiesiem nadmorską promenadą, oczami wyobraźni widziałem szczupłego młodzieńca w marynarskim mundurku i wtuloną w niego czarnowłosą dziewczynę. To były piękne dni... No, ale minęły. Oczy już nie te, figura też jakby inna. Tylko Veracruz pozostał taki sam, pełne turystów, z powietrzem wypełnionym gorącą rytmiczną muzyką. Akurat była Wielkanoc. Na skwerze przy promenadzie, i na Placu Zocalo w rytmie Sal-Sal, grała orkiestra, wzmocniona kolorowo ubranymi tancerkami. Tłumek widzów ulegał urokowi tej sceny, tańcząc i śpiewając. Nas też porwało do tańca. Po kwadransie podrygiwania zorientowałem się, że wariujemy w takt piosenek religijnych. Szkoda, że u nas nie grają tak w kościołach. Wokoło Placu Zocalo w restauracjach grały orkiestry, a na balkonie pięknego budynku królowała w strojach meksykańskich wielka orkiestra. Po placu przechadzały się jak zwykle w grupkach po cztery piękne dziewczęta. Oczywiście pamiętałem, co mówiła mi Nancy, że w tej prowincji cztery dziewczęta przypadają na jednego faceta. Porządku pilnował „Szeryf”, spacerujący po placu w meksykańskim stroju. Miałem wrażenie déjà vu. Tak oto wyglądała fiesta, która identycznie prezentowała się 37 lat temu i z pewnością tak samo będzie wyglądała za następne trzydzieści siedem lat! Nastroiło mnie to melancholijnie. Dla poprawienia nastroju sprawiliśmy sobie meksykańskie kapelusze, zapaliliśmy cygara, po czym usiedliśmy pod parasolami sącząc Tequilę. Niemal natychmiast pojawił się czyścibut. Tak wypucował Wiesiowi buty, że można było się w nich przejrzeć! Potem krążąca fotografka zrobiła nam zdjęcie, mimo że energicznie protestowaliśmy. Przeszła nam złość, gdy po dziesięciu minutach wręczyła nam breloczki do kluczy, razem z gotowymi już zdjęciami. Bez protestów, je kupiliśmy. Tymczasem na placu linoskoczek rozwiesił linę między palmami, demonstrując na niej wymyślne szpagaty. Dosiadła się do nas nasza załoga, rumuńsko-filipińska i aby tradycji stało się zadość, zamówiłem u gitarzysty melodię La Bamba, po czym wszyscy zaśpiewaliśmy ogólnie znane słowa: -Yo no soy marinero, soy capitan, soy capitan! Bamba La Bamba! Nagle na plac wyskoczyli czarownicy! Jak dzicy w strojach prosto z buszu z maskami na twarzach wyglądali strasznie. Tańcząc szalenie wyli i odprawiali jakieś modły! Dzidami, maczetami wymachiwali tuż nad naszymi głowami. Na szczęście okazało się, że to jakiś pokaz, czy konkurs tańca czarowników!? Wtedy wyskoczył na plac nasz marynarz Filipińczyk, zerwał z twarzy maskę czarownikowi i zatańczył jakiś dziki taniec… Nas zamurowało! Cholera zaraz nas tu zlinczują!- pomyślałem. Jakież było nasze zdziwienie… kiedy na rozległy się oklaski i okazało się, że nasz pijany marynarz wygrał konkurs tańca czarowników! Zataczając się wrócił ze zdobyczną maską czarownika i wykrztusił: Captain zwyciężyliśmy! Ta maska jest dla Ciebie! No i znowu nam zagrali, a my zaśpiewaliśmy. -Yo no soy marinero, soy capitan, soy capitan! Bamba La Bamba! A maska ta wisi teraz w mojej Tawernie i przypomina mi karnawałowy Meksyk i gorącą Nancy. Wspominając z kolegami te piękne dni, znowu śpiewamy: -Yo no soy marinero, soy capitan, soy capitan! Bamba La Bamba!

MÓJ MARYNARSKI DOM

Mój marynarski dom Mój marynarski dom tworzyłem przez 45 lat pływania po morzach, oceanach i rzekach. Wygląda teraz jak muzeum mojego życia. Już na wejściu widać, że mieszka tu marynarz, bo przed domem stoi duża kotwica, którą dostałem spod byłego „Domu Marynarza”. Jest piękna, bo osobiście ją oczyściłem i wymalowałem. Boczną ścianę mojego domu nazwałem: „Rzeczno- Nadodrzańską”, bo na niej wiszą tablice odrzańskie: -Wisi moja mapa, którą stworzyłem, mój autorski projekt, na Odrze umieściłem 120 portów, marin, nabrzeży. Robiłem tę mapę dwa miesiące, na szczęście przecież znam Odrę, jako Kapitan Żeglugi Śródlądowej i 24-to letni Komodor Flisów Odrzańskich. Była to pierwsza taka całościowa mapa dla żeglarzy, którzy teraz dowiedzieli się gdzie mogą zacumować. Tę mapę „Odrzańskie porty, mariny i przystanie turystyczne” oprawiłem w aluminiowe ramy i powiesiłem na „Skwerze Kapitanów”, na murze „Placu Nadodrzańskiego”. Wzdłuż tej mojej mapy nr 1 umieściłem herby województw nadodrzańskich. 09 czerwca 2018 roku podczas pięknej uroczystości , osobiście odsłoniłem tę mapę. Następnie replikę tej mapy z herbami województw nadodrzańskich zawiesiłem na ścianie mojego domu. Obok tej mapy powiesiłem replikę tablicy, którą 11 Listopada 2018 roku podczas uroczystości „Niepodległość Na Maszt”, obchodów „Setnej Rocznicy Odzyskania Przez Polskę Niepodległości” uczciliśmy 100 lat LMiR odsłaniając na murze „Placu Nadodrzańskiego” Tablicę „Memoriał”, ku czci LMiR, który stworzyłem z dr Elżbietą Marszałek wiceprezesem ZG LMiR i zebrałem na tym „Memoriale” 15-cie pieczątek poparcia „Stowarzyszeń Morskich” miasta Szczecina. Tablicę odsłaniali ze mną Rektorzy WSM prof. dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak i kpt.ż.w. Eugeniusz Daszkowski, pisarz marynista, mój przyjaciel, w asyście studentów z Koła LMiR AMS. Trzecia tablica na ścianie „Nadodrzańskiej” mojego domu to replika tej tablicy ze „Skweru Kapitanów”- „Placu Nadodrzańskiego” , która została zaprojektowana przez Krystynę Pohl razem z innymi 12-toma tablicami o Odrze i „Flisie Odrzańskim”. Tylną ścianę mojego domu nazwałem: „Morską”, bo wiszą na niej morskie tablice: Pierwsza, to replika tablicy ze „Skweru Kapitanów” – Tablica 162 „Kapitanów Żeglugi wielkiej”. Wymyśliłem ją i stworzyłem ze zdjęć użyczonych mi przez Krystynę Pohl z Jej książek : „Kapitanowie” i „Kapitanowie 2”. Dodatkowo szukałem zdjęć kapitanów i ogłosiłem o moim projekcie , a szukałem zdjęć wśród kapitanów w kraju i zagranicą. W rezultacie zgromadziłem 162 zdjęcia, które mogłem umieścić na 2 metrowej tablicy, w takiej wielkości, żeby były dobrze widoczne. Skonsultowałem moja ideę z kolegami kapitanami, a mój przyjaciel, nauczyciel i promotor Rektor WSM prof.dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak ją zaaprobował. Ustaliliśmy, że zdjęcia ułożę w kolejności alfabetycznej, żeby nikogo nie wyróżniać, bo wszyscy Kapitanowie Żeglugi Wielkiej na morzu są sobie równi. Oczywiście nie umieściłem wszystkich kapitanów, bo nie miał bym miejsca na takiej tablicy, ale może kiedyś zrobię następne tablice. Tę tablicę na murze „Skweru Kapitanów” odsłaniało z 20-tu kapitanów, bo podłączyłem ich do długiej niebieskiej tasiemki zaczepionej na tablicy i wydałem oryginalne polecenie ; „Rzucić dziobową”. Druga tablica, na tylnej ścianie domu to 2 metrowy bulaj, w którym umieściłem Tableau Pierwszych Absolwentów Państwowej Szkoły Morskiej na Wałach Chrobrego w Szczecinie rocznik 1963-1966. Takie Tableau PSM w wielkim 2 metrowym bulaju z oryginalnym kołem sterowym , podarowanym przez absolwenta PSM Andrzeja Surmackiego zrobiłem i odsłoniliśmy je razem z naszymi nauczycielami z Peesemki , odsłoniliśmy jako pierwsze w AMS. Ta moja Tablica absolwentów PSM jest jednak zrobiona ze zdjęcia oryginalnego bulaju, który wisi na ścianie mojej Tawerny. Bulaj ten podarowała mi załoga m/s „Cemmo”, gdy zmustrowywałem na urlop. - Skąd macie, taki piękny bulaj?- zapytałem. -Wycięliśmy ze statku- odpowiedział Chief Mechanik - Cholera, armator nas zabije!- wykrzyknąłem. -Panie kapitanie, zaspawaliśmy, zamalowaliśmy, nic nie widać! Nawet się nie kapnie, że tam był bulaj- tłumaczył motorzysta. Trzecia tablica na tylnej ścianie, to moja osobista tablica, zrobiłem ją razem z 12-toma tablicami, które wymyśliłem i zrobiłem na „Skwerze Kapitanów”. Jednak całe moje marynarskie muzeum mieści się wewnątrz domu. Już wchodząc do domu, trzeba spojrzeć prosto w twarz „Wiecznego Kapitana”, bo tak zatytułował mój portret mistrz fotografii Andrzej Łazowski. To artystyczne zdjęcie , które z wystawy kupiła mi moja Grażynka, niektórzy nazywają jednak „Zły Kapitan”, bo faktycznie wyglądam na mim groźnie. Kiedy tak stałem z tym zdjęciem na wystawie, nagle wypaliłem: Jak Mistrz nazwał mnie „Wieczny Kapitan”, od wieczności, a nie od wiatru, ta znaczy, że w niebie też będę kapitanem, a że kapitan jest „Pierwszy po Bogu”, więc będę siedział po jego prawicy. Na co wszyscy wybuchnęli śmiechem. Pod tym artystycznym portretem wisi 12 replik małych Tablic Kapitanów ze „Skweru Kapitanów”, oraz moja mała tablica. Obok na łuku wiszą tablice flisackie z „Flisu Odrzańskiego”, memoriał, list do Marszałka Województwa Zachodniopomorskiego, podziękowanie Zachodniopomorskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego i inne. Ale najważniejsza jest plakietka na której wygrawerowano. KOŁO LIGI MORSKIEJ I RZECZNEJ PRZY AKADEMII MORSKIEJ W SZCZECINIE NADAJE TYTUŁ KAPITANA MŁODZIEŻY INŻ. WŁODZIMIERZOWI GRYCNEROWI KPT.Ż.W. ZA WSPARCIE, POMOC I OGROMNE SERCE DLA STUDENTÓW AKADEMII MORSKIEJ W SZCZECINIE Przewodniczący Koła Dawid Stanek Walne Zebranie Członków Szczecin, dn.02.12.2019r. A teraz schodzimy na dół do mojej „Kapitańskiej Tawerny”. Ale to już będzie w następnych opowiadaniach o moim marynarskim domu.

MAKUMBA

MAKUMBA Podczas ponad 40-to letniego mojego pływania po morzach i oceanach, poznałem wiele Religi, zwyczajów, wierzeń, obrzędów i czarów. W Brazylii Szaman na Amazonce nauczył mnie Makumby. Wpłynąłem wtedy na Amazonkę, jako kapitan na m/s „Kopalnia Ziemowit” bez mapy i bez GPS na „marynarskiego nosa”. Płynęliśmy 12 godzin w górę rzeki bez pilota, dopiero w Macapa weszli piloci i płynęliśmy jeszcze trzy dni zmieniając pilotów do portu załadunkowego w buszu Itaquatiara. To tam spotkałem Szamana, który nauczył mnie Makumby. Makumba –Candoble, Umbanda lub spirytyzm – rodzaj opętania przez bóstwa. W busz do szamana zaprowadziła mnie jedna z „mrówek”, czyli dziewczynek, które rozlazły się po statku. Mój Makumbista sprzedał mi swoją oryginalną maskę, miecz do obcinania głów i sztylet do zabijania. Nauczył mnie też najważniejszego uścisku czarownika- „Um abraco do Macumbeiro”, który stawiał wszystkich Brazylijczyków na baczność ze strachu, gdy ich obejmowałem. -Kapitan ty znasz Makumbę ?- pytali. Co sobie życzysz? I natychmiast spełniali moje życzenia. Myślę, że ten uścisk znał Breżniew, kiedy czule witał Jaruzelskiego, bo u nas nazywaliśmy go uściskiem „Na misia”. Obejmowało się gościa ramionami raz i dwa i podporządkowywało całkowicie. To tutaj w amazońskim buszu kupiłem rurkę (dmuchawkę) ze strzałkami namoczonymi w Kurarze (truciźnie z kory kilku gatunków kulczyby, z cebuli trój żeńca lub korzeni – porażającej nerwy mięśni-, która kiedy dostaje się do krwi- powoduje natychmiastowe wiotczenie mięśni. Nazwa Kurara wywodzi się od Indian Makuszi z Brazylii na Amazonce. Dowiedziałem się też, że spożycie Kurary jest nieszkodliwe, gdyż nie dostaje się ona do krwi, bo nie jest wchłaniana przez przewód pokarmowy. Nawet spożycie zwierzęcia z Kurarą też jest nieszkodliwe. Niweluje się działanie Kurary niewielkimi dawkami neostygminy. Stosuje się ją też leczniczo. Indianie południowo amerykańscy do strzał łuków i dmuchawek używali rury bambusowej długości do ok 4.5m. Filipińczycy do 1m na Borneo 1.8m, Paragwajczycy 4, 5m /strzałka 7, 5cm do 45cm, nawet stosowano takie dmuchawki w Japonii (fukidade). Faktycznie była to straszna broń. W Maceio byłem uczestnikiem modlących się. Podczas mojej inicjacji tańcząc na plaży z grupą wiernych wpadłem w trans, a może to było od jakiegoś proszku, który rozsiewał w powietrzu Szaman. Kapłan (Pai) rozpoznał u mnie, jakie bóstwo mnie opętało, rozpoznał mojego „ducha opiekuńczego” – był to Jaguar, z którym Pai się komunikował. Bębny i inne instrumenty wprawiały tancerzy w szaleńczy trans. Kobiety ubrane w długie białe suknie z turbanami na głowach tańczyły kręcąc się w kółko i śpiewając wokoło wieńca kwiatów z zamocowaną na nim figurą Matki Boskiej „Nossa Sehnora” (Nasza Pani). Wieniec kwiatów z bogato przystrojoną lalką (Naszej Pani), otoczony był palącymi się świecami i dziwnymi liturgicznymi przedmiotami. Nagle dziewczyny zaczęły tarzać się po piasku, a po wyjściu z transu nie pamiętały, co się działo. Szaman komunikował się z duchami, a te przemawiały przez jego usta. Śpiewał swoją pieśń, obejmował tańczących, trzymał ich głowy w dłoniach, kropił jakimś pachnącym płynem. Potrafił przewidywać przyszłość, leczyć, i diagnozować choroby… Czułem się oszołomiony, ale szczęśliwy! Szaman przekazał mi łaskę ducha. Potem nieustannie tańcząc z wieńcami kwiatów i stateczkami udekorowanymi laleczkami Matki Boskiej ruszyliśmy w morze. Weszliśmy do morza i spławiliśmy wieńce śpiewając i tańcząc ku chwale Bóstwa Oceanu, prosząc o łaskę i dobre połowy ryb. To była Quimbanda –magia sympatyczna, naturalna i szamańska magia. Wieczorne niebo rozświetliły fajerwerki i sztuczne ognie. Na plażach tańczyły tłumy. Czarni tancerze w rytm Berimbau tańczyli Capoeirę – taniec walki. To od nich zakupiłem ten instrument i nauczyłem sie na nim grać. Po napiętej na łuku strunie uderzałem pałeczką, rytmicznie przyciskając do brzucha pustą skorupę kokosa, a małym kamieniem dotykałem struny i potrząsałem instrumentem dodając do muzyki szelest z zawieszonego koszyczka. To było Jahodo… Tak słyszało się tradycyjne rytmy muzyki afro-brazylijskiej. Ale laleczkami można leczyć, czynić dobro i zło. Makumba afrykańska z kultury Bantu – imię afrykańskiego bóstwa afro - brazylijska z Rio de Janeiro to praktyki religijne- obrzędy czarnej magii. Istnieje Makumba biała „ Magia branca”, która leczy, błogosławi, oraz makumba czarna „Magia nera”, która zabija, sprowadza śmierć, ale również leczy. Symbolem Makumby jest dłoń z palcem do góry -jak nasza figa. Wywar z konopi indyjskich daje silne doznania emocjonalne, silniejsze od marihuany, które trwają od 8-24 godzin w zależności ile się tego weźmie. Brazylijczycy boją się makumby (Szamani-Espiritas) Mówią wierzę w Nossa Senhora”, a o Makumbie lepiej nie wspominać. Jednak wielokrotnie rozmawiałem z Brazylijczykami o Makumbie, którzy twierdzili, ze 90% Brazylijczyków wierzy w Makumbę z różnych powodów. Kiedyś starszy Pan Polak, profesor opowiedział mi, dlaczego? -Otóż przyszedł do mnie do domu Makumbista i zaoferował mi hamak za 100 dolarów, a ja wiedziałem, że mogę kupić taki hamak za 5 dolarów. No i natychmiast kupiłem go za 100 dolarów. -Dlaczego?- spytałem zdziwiony. -Bo gdybym nie kupił, to on przed moim domem odprawiłby Makumbę i zostałbym wyrzutkiem społeczeństwa. A sąsiedzi omijaliby mnie jak zarazę- rozumie Pan teraz? Odwiedziło mnie kiedyś w Rio Grande młode polskie małżeństwo. -A Wy młodzi też wierzycie w Makumbę-zapytałem. -Oczywiście, Panie kapitanie- odpowiedzieli chórem. Przylecieliśmy do Brazylii z Polski i straszna bieda nas tu dopadła. Nie mieliśmy, za co żyć, ani pieniędzy na powrót do kraju. No i wtedy spotkaliśmy Makumbistkę, która nam powiedziała: -Ja Wam pomogę! Zło usunę z waszej drogi na lewo i prawo i wytyczę Wam korytarz dobrego, którym pójdziecie. Ale musicie wykonywać wszystkie moje polecenia! -Nie mając innego wyjścia, zgodziliśmy się. Makumbistka nas obserwowała, aż pewnego razu powiedziała: -Będziecie robić polskie pierogi! -No i robiliśmy polskie pierogi i sprzedawaliśmy je po restauracjach. Okazało się, że tak zasmakowały tu nieznane pierogi, że z czasem produkowaliśmy ich tysiące. A teraz po dwóch latach takiej produkcji, mamy już własną fabryczkę pierogów i restaurację! I jak tu nie wierzyć w Makumbę Panie kapitanie!?