piątek, 7 stycznia 2022

SKWER KAPITANÓW CAŁOŚĆ

SKWER KAPITANÓW cz 1 Po długich naszych staraniach odsłoniliśmy na Łasztowni na murze przy „Starej Rzeźni” tablicę, na której widniało: Rada Miasta Szczecin Uchwałą nr VIII/152/15 z dnia 26 maja 2015 r. nadała temu miejscu nazwę „SKWER KAPITANÓW”. Wreszcie mieliśmy swoje miejsce, gdzie mogliśmy działać i się spotykać. Ruszyłem więc do współpracy z Panią Prezes CSL Laurą Hołowacz. Najpierw zaczęliśmy wyposażać „Messę Kapitańską” w Starej Rzeźni. Wiele pamiątek zawieszałem osobiście. Odsłoniliśmy portrety sławnych kapitanów prekursorów szkolnictwa morskiego w Szczecinie: -Kpt.ż.w. Konstantego Matyjewicza-Maciejewicza- Kapitana Kapitanów, dyrektora pierwszej PSM w Szczecinie na Al. Piastów, odsłaniał Jego wnuk St.Mech.Okręt. Janusz Maciejewicz. - Kpt.ż.w. Antoniego Ledóchowskiego – wykładowcę astronawigacji w pierwszej PSM, odsłaniał Jego syn kpt.ż.w. Wincenty Ledóchowski, - Kpt.ż.w. Zbigniewa Szymańskiego- dyrektora drugiej PSM w Szczecinie na Wałach Chrobrego, odsłaniała Jego siostra. - Kpt.ż.w. Eugeniusza Daszkowskiego – Rektora WSM w Szczecinie. Pan Rektor AMS prof. dr hab. kpt.ż.w. Wojciech Ślączka gratulował nam pomysłu upamiętnienia Sławnych Kapitanów. Byłem inicjatorem i organizatorem odsłonięcia portretów i podczas odsłonięcia portretu kpt.ż.w. Dyrektora Zbigniewa Szymańskiego, nagle włączyli się Starsi Mechanicy Okrętowi i wręczyli mi „Honorową Złotą Odznakę 35-cio lecia Stowarzyszenia Starszych Oficerów Mechaników Morskich”. Złotą Odznakę przypięli mi do klapy białego munduru, a dyplomie było napisane: Kpt.ż.w. Włodzimierzowi Grycnerowi Wiceprzewodniczącemu Klubu Kapitanów Żeglugi Wielkiej Prezesowi Ligi Morskiej i Rzecznej Komodorowi „Flisów Odrzańskich” Wyrażając uznanie za serce i zaangażowanie w pracy na rzecz środowiska ludzi morza kultywowanie tradycji morskich i polskiej bandery dla dobra naszej Ojczyzny Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej Odznakę tę noszę dumnie, bo jestem pierwszym odznaczonym przez mechaników kapitanem. W „Starej Rzeźni” organizowaliśmy wiele uroczystości, występów, wystaw itp. W 2016 roku byłem inicjatorem i organizatorem pierwszej wystawy fotograficznej kpt. ż.w. „KAPITANOWIE” (autorstwa mistrza fotografii Andrzeja Łazowskiego). Eksponowanych było ponad 60 artystycznych portretów kapitanów i powstał z tej wystawy wspaniały film. W 2017 roku zorganizowałem uroczyste odsłonięcie na murze „Skweru Kapitanów” zabytkowej kraty do drzwi z PŻM-mu. A w maju 2017 roku z okazji 70-cio lecia Szkolnictwa Morskiego w Szczecinie zorganizowałem odsłonięcie na „Skwerze Kapitanów” 6 tablic Św. P.Sławnych Kapitanów”. Tworzyłem te tablice w drukarni Kadruk u przyjaciela Mariusza Kotarskiego, a ufundowała je CSL, czyli Pani Laura Hołowacz. Ponieważ stwierdziłem, że „Skwer Kapitanów”, to także Skwer Kapitanów Jachtowych, więc zwróciłem się do Prezesa ZOZŻ Zbigniewa Zalewskiego o wytypowanie na tablice dwóch najsławniejszych naszych żeglarzy. Wytypowali j.kpt.ż.w. Ludomira Mączkę „Ludka” i j.kpt.ż.w. Kazimierza Jaworskiego „Kubę”. Wymyśliłem i stworzyłem te tablice, na 70-cio lecie Szkolnictwa Morskiego w województwie zachodniopomorskim. To byli Św.P. kapitanowie, prekursorzy szkolnictwa morskiego w Szczecinie, a kto? Tablicę: -Kpt.ż.w. Konstantego Matyjewicza-Maciejewicza”Macaja”- Kapitana Kapitanów, dyrektora pierwszej PSM w Szczecinie na Al. Piastów, odsłaniał wnuk St.Mech.Okręt. Janusz Maciejewicz i wnuczka Julitta Surmacka z mężem. - Kpt.ż.w. Antoniego Ledóchowskiego – wykładowcę astronawigacji w pierwszej PSM, odsłaniał syn kpt.ż.w. Wincenty Ledóchowski, - Kpt.ż.w. Zbigniewa Szymańskiego- dyrektora drugiej PSM w Szczecinie na Wałach-odsłaniała Jego siostra. -Kpt.ż.w. Andrzeja Huzę- komendanta Liceum Morskiego- odsłaniał kpt.ż.w. Włodzimierz Grycner, -J.kpt.ż.w. Ludomira Mączkę „Ludka”, „Ludojada” - odsłaniał j.kpt.ż.w. Janusz Charkiewicz -J.kpt.ż.w. Kazimierza Jaworskiego „Kubę”- odsłaniała Jego małżonka. Uroczystość, którą prowadziłem była wspaniała, filmowała telewizja i opisywała prasa, uczestniczyło w niej wielu marynarzy i mieszkańców Szczecina. Poszedłem za ciosem i wymyśliłem i stworzyłem 6 tablic żyjących Sławnych Kapitanów. Wzbraniali się Kapitanowie, że to pośmiertnie robi się takie tablice, ale przekonałem Ich, że to właśnie teraz na 70-cio lecie szkolnictwa morskiego, trzeba pokazać tych, którzy nas uczyli i mogą jeszcze o tym opowiadać. Wybrałem Tych, bo po Dyrektorze PSM kpt.ż.w. Zbigniewie Szymańskim w przekształconej z PSM-ki na WSM-kę Rektorem został kpt.ż.w. Eugeniusz Daszkowski, a następnie kpt.ż.w. Aleksander Walczak, wykładowcą był kpt.ż.w. Lech Jasiński i kpt.ż.w. Józef Gawłowicz. Wybrałem też dwie najsławniejsze Panie Pierwszą w Polsce kpt.ż.w. Danutę Kobylińską - Walas i Pierwszą kpt.ż.w. rybołówstwa Elżbietę Trzeciak –Zawadzką. Tablice Żyjących Kapitanów odsłoniliśmy na „Skwerze Kapitanów” 11 listopada 2017 r. na Święto Niepodległości. Odsłaniali: - kpt.ż.w. Eugeniusza Daszkowskiego- Jego córka, - kpt.ż.w. Aleksandera Walczaka- Jego małżonka, - kpt.ż.w. Lecha Jasińskiego – Jego wnuk, - kpt.ż.w. Józefa Gawłowicza – Jego małżonka, - kpt.ż.w. Danutę Kobylińską – Walas – Jej wnuczka, - kpt.ż.w. rybołówstwa Elżbietę Trzeciak –Zawadzką- Jej syn, Uroczystość, którą prowadziłem była wzruszająca. Wnuczka kpt.ż.w. Danuty Kobylińskiej-Walas, (która przyjechała z Warszawy), odczytała list od chorej babci, w którym Pani Kapitan dziękowała, i przepraszała, że nie może przyjechać, bo: „sól zżarła jej stawy”. Kpt.ż.w. Jerzy Niemiec wręczył kwiaty wnuczce kpt.ż.w. Danuty Kobylińskiej- Walas, a ja wręczyłem wnuczce małą kopię odsłoniętej tablicy kpt.ż.w. Danuty Kobylińskiej- Walas. Była telewizja, prasa, przybyło wielu marynarzy i mieszkańców Szczecina. Pan Rektor Akademii Morskiej w Szczecinie prof. dr hab. kpt.ż.w. Wojciech Ślączka życzył mi dalszych pomysłów w zagospodarowaniu „Skweru Kapitanów”. No i wziąłem się dalej do upiększania Skweru Kapitanów, ale tym opowiem w następnej części. SKWER KAPITANÓW cz 2 Celem zwiększenia współpracy dnia 14 sierpnia 2017 roku zawarliśmy trójstronne porozumienie między „Fundacją Moja Łasztownia”, a Szczecińskim Klubem Kapitanów Żeglugi Wielkiej i Ligą Morską i Rzeczną. Byłem sygnatariuszem porozumienia, którego pierwszym projektem był „Niepodległość a Maszt”. Wziąłem się więc ostro do roboty celem przygotowania w 2018 roku uroczystości obchodów 100-cia odzyskania przez Polskę niepodległości. Postanowiłem upiększyć, uatrakcyjnić, wzbogacić „Skwer Kapitanów”. Na początek stworzyłem mój autorski projekt mapę nr 1, na której na Odrze umieściłem 120 portów, marin, nabrzeży. Robiłem tę mapę dwa miesiące, na szczęście przecież znałem Odrę, jako Kapitan Żeglugi Śródlądowej i 20-to letni Komodor Flisów Odrzańskich. Była to pierwsza taka całościowa mapa dla żeglarzy, którzy teraz dowiedzieli się gdzie mogą zacumować. Tę mapę „Odrzańskie porty, mariny i przystanie turystyczne” i drugą „Śródlądowe drogi wodne w Polsce” oprawiłem w aluminiowe ramy i powiesiłem na murze „Skweru Kapitanów”. 09 czerwca 2018 roku podczas pięknej uroczystości osobiście odsłoniłem mapy. Wzdłuż mojej mapy umieściłem herby województw nadodrzańskich. Licznie zgromadzonym kapitanom, żeglarzom, wodniakom uroczystość umilał śpiewem i tańcem dziecięcy zespół „Żagielek”, a wiersze czytali szczecińscy poeci. Na „Setną Rocznicę Odzyskania Niepodległości” w 2018 roku wymyśliłem ekspozycję „Statek”. Potrzebne były mi eksponaty, maszt, kotwice, winda kotwiczna, śruba okrętowa-, których zacząłem szukać. Szukałem masztu i kolega Czesław Dziembaj podpowiedział mi, że taki jest z hangarze w jacht klubie „Pogoń”. Gdy tam się udałem, to przyjaciel bosman mówi: - Mam dwa maszty, bierz. Wybrałem jeden i dostałem go w prezencie na „Skwer Kapitanów”. Ma 12 metrów i był podniszczony, ale szybko z przyjacielem Kapitanem Jachtowym Tomkiem Włochem oczyściliśmy go, oskrobaliśmy i dwa razy pomalowaliśmy na niebiesko. Zresztą w następnym roku znowu go pomalowaliśmy. Przy pomocy specjalisty od takielunku, (który ufundowała CSL) razem z Mirosławem Marciniakiem postawiliśmy maszt na „Skwerze Kapitanów”. Kotwicę i śrubę okrętową dostałem od „Uniwersytetu Szczecińskiego”. Uniwersytet właśnie sprzedawał „Dom Marynarza”, przed którym leżały nasze PŻM-mowskie kotwice i śruba okrętowa. Napisałem do pana Rektora list w imieniu LMiR i dostałem kotwice i śrubę w prezencie na „Skwer Kapitanów”. Ze stoczni dawnej „Parnicy” dostałem windę kotwiczną ze stateczku „Balbina”, który 50 lat pływał po Szczecińskiej stoczni. -Panie Kapitanie, bierz pan, właśnie obcięliśmy dziób „Balbinie” i ją przerabiamy na prom do Szwecji. Winda Panu się przyda na „Skwer Kapitanów”- dzwonił do mnie konstruktor. Wszystkie te eksponaty czyściłem i malowałem razem z Rysiem Bieńkiem i pomocnikami. Malowała też moja Grażynka i student LMiR AMS Egipcjanin Omar. Wreszcie ekspozycja „Statek” była gotowa: Na dziobie: zapasowa kotwica i kotwica po lewej i po prawej burcie, za kotwicą kluza kotwiczna i winda kotwiczna, za nimi śruba okrętowa i maszt (na rufie). 11 Listopada 2018 na uroczystość „Niepodległość Na Maszt” obchodów „Setnej Rocznicy Odzyskania Przez Polskę Niepodległości” na maszcie uroczyście podnieśliśmy Banderę Polski, na wantach „Galę Banderową”, a pod salingiem podnieśliśmy nowo zrobione proporce: SKKŻW. SKKJ, CSL i o godz. 11.11. przy akompaniamencie muzyki z głośników odśpiewaliśmy „Hymn Polski”. „Jeszcze Polska nie zginęła”! Przy maszcie stali w mundurach Kapitanowie Żeglugi Wielkiej, Kapitanowie Jachtowi, Studenci Akademii Morskiej w Szczecinie z Koła LMiR AMS i Pani Laura Hołowacz. Uczciliśmy też 100 lat LMiR odsłaniając tablicę „Memoriał”, który stworzyłem z dr Elżbietą Marszałek wiceprezesem ZG LMiR i zebrałem na niej 14-cie pieczątek „Stowarzyszeń Morskich” miasta Szczecina. Tablicę zawiesiłem na murze „Skweru Kapitanów”, a odsłaniali ją ze mną Rektorzy WSM dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak i kpt.ż.w. Eugeniusz Daszkowski w asyście studentów AMS z Koła LMiR oczywiście. Wokoło uczestniczyli w tej podniosłej uroczystości: kapitanowie, żeglarze, wodniacy i wielu mieszkańców Szczecina. Była jak zwykle telewizja i prasa. Chciałem zrobić tablicę na mur ze statkami PŻM i rozmawiając o tym w PŻM, dowiedziałem się, od kolegi kpt.ż.w. Mirosława Folty, że: - Mamy takie tablice! My takie tablice mamy, leżą na magazynie i niszczeją! - To dawaj mi je!- ucieszyłem się. - Bierz! Nam są już niepotrzebne, były kiedyś na wystawie 60-cio lecia armatora. Tylko musisz je odrestaurować. - Dam radę, będą piękne. Pokażemy znowu PŻM- stwierdziłem. Wyciągnąłem z magazynu PŻM osiem tablic z czaro-białymi i kolorowymi statkami, odnowiłem, oprawiłem w aluminiowe ramy(ufundowane przez CSL) i zawiesiłem na murze „Skweru Kapitanów”. Na święto „Dni Morza” Tablice odsłonili kapitanowie, mechanicy z PŻM razem z Duszpasterzem marynarzy ks. Stanisławem Flis i studenci LMiR AMS. Była prasa i telewizja i oczywiście moje relacje na facebooku, które kręciła moja Grażynka, oglądali marynarze na świecie. Tak napisał do mnie (Oriona) były marynarz. Panie Włodku Matrosy patrzeli na swoje statki łezka się nie jednemu zakręciła, WSPOMIENIA. Naszego PŻM. Matrosy się spotkali powspominali, a czy ORIONOWI padło słowo DZIĘKUJĘ? Ja Panu dziękuję, w imieniu POLSKICH MARYNARZY za wkład Pana pracy na SKWERZE KAPITANÓW. Tak trzymać. Ahoj! Stefan Potrawiak / USA Wymyśliłem i stworzyłem tablicę 162 Kapitanów Żeglugi Wielkiej. Zdjęcia dostałem od Krystyny Pohl z Jej książek „Kapitanowie”. Dodatkowo rozesłałem wiadomość do kpt.ż.w. z propozycją umieszczenia ich zdjęć na tej tablicy i przesłanie mi zdjęcia. Planowałem Tablicę tej samej wielkości, co Tablice statków PŻM, wielkości 2 metry na 1.5 metra, na takiej tablicy dobrze widocznych było tylko 162 zdjęcia. Nie mogłem więc zrobić tablicy wszystkich szczecińskich kapitanów, a było ich podobno około 700. Zdawałem sobie sprawę, że będą niektórzy niezadowoleni, że ich na tablicy nie ma. Jednak od czegoś trzeba zacząć- postanowiłem. Żeby nikogo nie wyróżniać ustawiłem zdjęcia w kolejności alfabetycznej. Skonsultowałem moją ideę w moim przyjacielem i nauczycielem Rektorem WSM dr kpt.ż.w. Aleksandrem Walczakiem, projekt wymyśliłem i ułożyłem zdjęcia w drukarni „Kadruk” u przyjaciela Mariusza Kotarskiego. 29 września 2019 roku na uroczystości odsłonięcia Tablicy Kapitanów Żeglugi Wielkiej wpadłem na ciekawy pomysł odsłonięcia tablicy. Rozciągnąłem na trawie długą niebieską taśmę zawieszoną na tablicy, jakoby „cumę” i zaprosiłem kapitanów do wspólnego odsłonięcia tablicy. -Rzucić cumę! – krzyknąłem i 15-tu kapitanów „odcumowało” naszą „Kapitańską Tablicę”. „Skwer Kapitanów” stawał się coraz piękniejszy, przewodnicy oprowadzali po nim wycieczki, a my marynarze, żeglarze, wodniacy organizowaliśmy na nim kolejne uroczystości. A ja ciągle myślę jak go jeszcze upiększyć i uatrakcyjnić?! Tak pracuję społecznie, że Pani Laura Hołowacz nazwała mnie „Kapitanem Skweru Kapitanów”. Teraz o nasz „Skwer Kapitanów” trzeba dbać, poprawiać, czyścić, kosić trawę, dlatego regularnie tam jestem, a pomaga mi Kapitan Jachtowy Tomek Włoch i Ryszard Bieniek. A Kurier napisał. Data publikacji: 04 maj 2019 Szczeciński Klub Kapitanów Żeglugi Wielkiej i Centrum Kultury Euroregionu „Stara Rzeźnia” przygotowały wiosenną ekspozycję na znajdującym się na Łasztowni Skwerze Kapitanów. O miejsce to dba kpt. ż.w. Włodzimierz Grycner, który niedawno m.in. doprowadził do Odnowienia i przeniesienia tu niszczejącej kotwicy sprzed dawnego Domu Marynarza. Wkrótce na skwerze pojawią się też tablice upamiętniające statki Polskiej Żeglugi Morskiej. Wiosnę na skwerze Kapitanów widać bardzo wyraźnie – równo skoszona trawa, krzewy przygotowane do kwitnięcia i zupełnie nowe element ekspozycji kapitańskiej, o które troszczą się pracownicy CKE „Stara Rzeźnia”, studenci Akademii Morskiej w Szczecinie oraz przede wszystkim kapitan Grycner, marynista, wiceprezes Ligi Morskiej i Rzecznej w okręgu zachodniopomorskim. – To jest nauka morza i nauka kultury morskiej, tak ważna dla Szczecina i dla całego naszego regionu – podkreśla kapitan Włodzimierz Grycner. – Ja tu jestem codziennie, bo zobowiązała mnie do tego społecznie pani prezes CSL International Spedition Laura Hołowacz, dzięki której powstała „Stara Rzeźnia”. Staram się więc wymyślać różne rzeczy ozdabiające i wzbogacające to miejsce. Obecnie jestem w trakcie przygotowywania ośmiu tablic przedstawiających historię statków Polskiej Żeglugi Morskiej. Będą odsłonięte prawdopodobnie w czasie Dni Morza lub chwilę przed tym wydarzeniem. Skwer Kapitanów ma charakter informacyjny i edukacyjny. Obecne na miejscu tablice przedstawiają historię żeglugi w regionie, Flisu Odrzańskiego, a także sylwetki kapitanów żeglugi wielkiej, zarówno żyjących, jak i tych, którzy odeszli już na wieczną wachtę. – Kilka miesięcy temu stanął tu maszt, a obok niego znajduje się ekspozycja „statek”, na którą składają się kotwice, winda kotwiczna, śruba okrętowa i kluza kotwiczna – mówi kapitan Grycner. – Wszystkie elementy zostały odnowione. Niedawno doszła kotwica, która przez kilkanaście ostatnich lat niszczała przed budynkiem opuszczonego Domu Marynarza przy ul. Matejki. – Napisałem list do rektora Uniwersytetu Szczecińskiego i dostaliśmy pozwolenie na jej przeniesienie oraz zainstalowanie na skwerze Kapitanów – wyjaśnia kapitan. – Jej administratorem jest teraz Liga Morska i Rzeczna w Szczecinie. Obok leży druga kotwica i winda kotwiczna z dawnej stoczni Parnica, również już nieużyteczna, a szkoda ją było wyrzucać. Wszystkie elementy obecne na skwerze Kapitanów dla morskiej i żeglarskiej braci w Szczecinie mają dużą wartość sentymentalną. W miejscu tym odbywają się uroczystości organizowane m.in. przez Ligę Morską i Rzeczną czy Klub Kapitanów Żeglugi Wielkiej. Tekst. Elżbieta KUBOWSKA Pani Prezes CSL Laura Hołowacz, która we wszystkim mi pomagała i fundowała, napisała do mnie: Szanowny Panie Kapitanie Panowie Kapitanowie Dziękuję bardzo za tak wspaniałe działania i inicjatywy pokazujące Panów ludzi morza i morską potęgę Szczecina. Dziękuję Kapitanie Włodzimierzu Grycner za Pana zaangażowanie i ogromne serce i realizację inicjatyw społecznych o ogromnym znaczeniu dla naszego środowiska, miasta i dla nas! pozdrawiam Laura Hołowacz

RATOWNICTWO

RATOWNICTWO Na ścianie mojej tawerny wiszą podziękowania za ratownictwa od US COAST GUARD. Wielokrotnie uczestniczyłem w ratowaniu statków i jachtów, za co dostałem kilka osobistych podziękowania Szefa USCG, a byłem nawet nominowany, jako kapitan, do nagrody w Waszyngtonie za trzy ratownictwa tylko w jednym roku. Niestety nagrody nie dostałem, ale sama nominacja i podziękowania były już nagrodą. W 1980 roku na m/s Care" niedaleko Norfolku w USA, wyratowaliśmy samotną żeglarkę Judy Lawson, a jacht podnieśliśmy dźwigiem na burtę statku. Judy brała udział w regatach samotników "Ostar 1980", ale dwa dni tuż przed metą w sztormie załamał się maszt i jacht zaczął przeciekać i tonąć. W 1987 roku na m/s "Powstaniec Listopadowy", jako kapitan z polską załogą uratowaliśmy na Biskaju (w sztormowej pogodzie) jacht trimaran (cieknący i ze złamanym masztem), z trzema francuzami na pokładzie. Jacht zaholowaliśmy do Portugalii do małego portu, Figueira da Foz. W 1998r na m/s "Lake Mead", jako kapitan z polską załogą wyratowaliśmy na Zatoce Meksykańskiej samotnego żeglarza Horst Scholza, a Jego pełen wody jacht ze złamanym masztem utonął tuż przy naszej burcie. Te trzy ratownictwa opisałem w mojej książce "Życie marynarskie". Jednak nie wszystkie moje akcje ratownicze opisałem, dlatego dopowiem kilka słów o ratownictwie. Czasami zdarzało się, że płynąłem na pomoc, ale nie zdążyłem, bo jacht utonął lub statek pływał do góry dnem i nikogo nie znalazłem. Kilkakrotnie na prośbę USCG zbaczałem z trasy (raz nawet, mimo że japoński czarter na to nie pozwalał i obciążał kosztami armatora za poszukiwanie tonących off hire tzw.). Czasami asystowałem w ratownictwie, gdy helikoptery w sztormie zabierały załogi na ląd. Niestety raz na Morzu Północnym dwa statki rybackie i jacht utonęły blisko nas. Wtedy ruszyłem na ratunek i czekaliśmy na przerzucenie tonących załóg na nasz pokład. Sztorm był tak silny, że nasz statek 60-cio tysięcznik m/s „Huta Katowice”, dryfował na wieże wiertnicze i mieliśmy po 50 stopni przechyły boczne, kiedy musiałem skręcić w kierunku tonących statków. Jednak byliśmy blisko, aż okazało się, że załogi uratowały helikoptery, a nam podziękowano za asystę. Czasami asystowałem przy płonących statkach, czekając aż ratownicy przerzucą do nas załogi. Kiedyś na Morzu Północnym- nie dopuszczano nas blisko, do płonącego statku, bo mieliśmy ładunek węgla, ale dryfowaliśmy obok w asyście, dopóki dopóty nam nie podziękowano za asystę. Na koniec sam, (jako kapitan) tonąłem w sztormie na m/s "Niewiadów". Dwa helikoptery latały nad statkiem, dwa statki w asyście i 20 godzin wygranej walki, za którą otrzymaliśmy pochwały w Izbie Morskiej i -„Medale Za Ofiarność i Odwagę” w ratowaniu życia i mienia. Wielokrotnie, ( jako kapitan) pomagałem jachtom na Morzach i Oceanach, zaopatrując je w paliwo, jedzenie, papierosy, a nawet w piwo. Jednym z nich był spotkany w Brazylii żaglowiec "Antica" z kapitanem Jerzym Wąsowiczem, którego bogato zaopatrzyłem i zabrałem na Jego prośbę, Jego załoganta do Polski. Zdarzyło się też raz, że na środku Atlantyku usłyszałem wołanie o pomoc „Mayday” i znalazłem wołający jacht z trzema holenderskimi załogantami. Zatrzymałem naszego rozpędzonego 38-mio tysiącznika i w UKF-ce usłyszałem: -Captain! Nie mamy co jeść! Już dwa tygodnie jemy tylko ryby, ale ostatnio nie możemy nic nawet złapać. Uratuj nas od głodowej śmierci! - Ok.! Damy Wam coś krzyknąłem w UKF-ę. -Steward idź do kucharza, niech przygotuje coś dla tych wygłodniałych- zarządziłem. Po chwili wór jedzenia transportowany był mostem linowym na jacht. Zrobiliśmy połączenie linowe tzw. „most linowy”, bo trzeba było trzymać jacht daleko od burty, żeby na fali nie roztrzaskał się o statek. Trzech Holendrów wyrywało z worka jedzenie i łapczywie zajadając głośno dziękowali. Faktycznie wyglądali, jakby dawno nie jedli. Kiedy zaspokoili pierwszy głód kapitan dziękując przez UKF-kę, poprosił: -Captain! Nie poratowałbyś nas papieroskiem? Dawno nie paliliśmy! -OK.! Coś Wam podrzucę!- odpowiedziałem- rozumiem głód palacza. Steward dać im tam dwa kartony Marlboro!- zarządziłem. Patrzyłem z mostka jak chciwie zaciągają się dymem i tańcują z radości. Ale w UKF-ce znowu zatrzeszczało. - Captain! Do pełnego szczęścia, brakuje nam tylko piwa!- czy mógłbyś nas uszczęśliwić?! - OK! Jak tu nie uszczęśliwiać brata żeglarza!- stwierdziłem. Steward posłać im tam karton piwa!- zarządziłem. Po chwili Holendrzy jedli, pili i palili tańcząc na pokładzie. Cieszyli się jak dzieci. Ale znowu zatrzeszczała UKF-ka. -Captain skończyło nam się też paliwko – poratujesz? -Ok.! Damy Wam baniaczek- potwierdziłem. Chief mechanik podrzucił baniaczek. - Captain! Jesteśmy Wam bardzo wdzięczni! My jesteśmy dziennikarze i opiszemy w Holandii Waszą pomoc! Chcemy też zapłacić za te dary!- krzyczał kapitan jachtu. -My dear Friends! – Proszę lepiej nie opisujcie! Nie wiem, co by na to powiedział mój armator? A za zapłatę dziękuję! Na morzu nie handluję z żeglarzami! To jest prezent od marynarskiej braci. Żegnamy Was! Pomyślnych wiatrów! Płyńcie szczęśliwie. – dodałem żegnając ich syreną. Bywa i tak na morzach i oceanach! To jest marynarska pomoc i solidarność!

PAŃSTWOWA SZKOŁA MORSKA

PAŃSTWOWA SZKOŁA MORSKA W mojej kapitańskiej tawernie jest wiele pamiątek - wspomnień o Państwowej Szkole Morskiej. Są plakaty PSM, Akt Erekcyjny Kamienia PSM, szkatułka z kawałkiem Kamieniem Peesemki i zdjęciem oraz inne pamiątki. Na zewnętrznej ścianie domu wisi dwu metrowe „Tablo Pierwszych Absolwentów PSM 1966 rok”. Na Alei Piastów w Szczecinie była w latach 1947-1953 Państwowa Szkoła Morska, po której pozostała tylko pamiątkowa mosiężna tablica na murze budynku. W 1963 roku powstała w Szczecinie na Wałach Chrobrego Państwowa Szkoła Morska, do której rekrutowano młodzieńców po maturze, a na konkursowe egzaminy zgłosiło się 10-ciu na jedno miejsce. Udało się zostałem przyjęty, a na dodatek zdałem egzamin na Politechnikę Poznańską i nawet przyznano mi miejsce w akademiku. Wybrałem jednak Peesemkę, bo ciągnęło mnie na morze, do zwiedzenia świata! W 1966 roku zostałem pierwszym absolwentem Wydziału Nawigacyjnego i ruszyłem w świat i do 2012 roku pływałem po morzach i oceanach. Mimo że potem skończyłem Wyższą Szkołę Morską zresztą z wynikiem bardzo dobrym, to jednak Peesemka nauczyła mnie najwięcej i pozostała w sercu na zawsze. Dlatego bolało mnie, że jakoby o nas absolwentach Peesemki zapomniano, a przecież to my w największym rozkwicie polskiej floty, prowadziliśmy jej statki i uczyliśmy młodzież. Naukowcy z Wyższej Szkoły Morskiej i Akademii Morskiej zagubili się w naukowych wywodach, a zapomnieli, że na morzu najwięcej liczy się praktyka. W 2013 roku na 50-cio lecie powstania Peesemki na Wałach Chrobrego zorganizowałem zjazd absolwentów. To było piękne spotkanie i manifestacja z naszym sztandarem. Wspomnienia dalej potoczyły się u mnie w tawernie. W 2015 roku zostałem wybrany wiceprzewodniczącym Szczecińskiego Klubu Kapitanów Żeglugi Wielkiej i wtedy postanowiłem wałczyć o pamięć o Peesemce. Najpierw dostałem gabloty na głównym korytarzu Akademii Morskiej i w nich zacząłem umieszczać materiały o Peesemce. Znalazły się więc tam Kurier Szczeciński i Głos Szczeciński z 1963 roku, które przyniósł kolega z roku Wojciech Klimaszewski. Zrobiłem i umieściłem tam plakaty z naszymi zdjęciami z „Daru Pomorza” i z Peesemki. Znalazłem i wkleiłem w gablotę oryginalny plakat inauguracyjny PSM z 1963 roku, na którym umieściłem wszystkich naszych wykładowców i studentów. Zrobiłem wiele kopi tego plakatu i rozdałem kolegom na balu mikołajkowym w Szczecińskim Zamku. Następnie umieszczałem w gablotach inne materiały jak np. „Akt Erekcyjny” naszego Kamienia PSM-, ale o kamieniu to będzie potem. W Akademii Morskiej były tabla absolwentów Wyższej szkoły Morskiej i Akademii Morskiej, ale nie było ani jednego tablo absolwentów Peesemki. Bolało mnie to, że zapomniano o nas i postanowiłem stworzyć nasze tablo pierwszych absolwentów wydziału nawigacyjnego Peesemki. Najpierw uzyskałem pozwolenie od rektora, a następnie stworzyłem moją koncepcję wpisania nas w wielki bulaj. Drewniany bulaj (pomalowany jak mosiężny) robił stolarz z Akademii Morskiej, a ja z przyjacielem Lechem Katkowskim chodziłem robotę dozorować. Środek projektowałem i drukowałem u przyjaciela Mariusza Kotarskiego w drukarni Kadruk. Po tylu latach ciężko było znaleźć zdjęcia, ale wyszperałem je w archiwach. Dużo zdjęć zrobiłem z indeksów studentów znalezionych w archiwum Akademii Morskiej. Nie znalazłem zdjęć tylko dwóch absolwentów (Benedykta Pierzchlewicza i Zdzisława Woźniaka) - ale zostawiłem dla nich puste miejsca, może kiedyś znajdę. W bulaju umieściłem oczywiście u góry zdjęcia naszych wykładowców ( te, których udało mi się znaleźć) -resztę wykładowców wymieniłem z boku na liście. U dołu bulaja umieściłem nas pierwszych absolwentów Peesemki wydział nawigacyjny rocznik 1963-1966. W środku bulaja umieściłem oryginalne 100-letnie koło sterowe podarowane przez absolwenta Andrzeja Surmackiego. Jako tło tego wydruku wymyśliłem symboliczne rysunki: żaglowiec, (bo byliśmy na Darze Pomorza), mapy, (jako nauka), kompas (płyniemy w morze) i kotwica, (jako emerytura). Uroczystość odsłonięcia naszego tablo w towarzystwie naszych wykładowców kpt.ż.w. Lecha Jasińskiego- astronawigacja, kpt.ż.w. Jana Prüffera –nawigacja, Bernarda Wiśniewskiego-oceanografia, kpt.ż.w. Józefa Gawłowicza –praktyki i innych kapitanów była wspaniała! W 2016 roku postanowiłem zrobić tablicę upamiętniającą Peesemkę. Pojechaliśmy z Grażynką na Al. Piastów i zrobiłem zdjęcie tablicy upamiętniającej istnienie w tym budynku Państwowej Szkoły Morskiej w 1947-1953. Następnie po przyjacielsku architekt Wojciech Pawłowski zrobił nam projekt naszej tablicy, wzorując się na tablicy z Al. Piastów. Z tym projektem udałem się do nowo wybranego rektora Akademii Morskiej prof. dr hab. kpt.ż.w. Wojciecha Ślączki. Po przyjacielskiej dyskusji Pan rektor zaproponował, że może lepiej by było rzucić głaz z napisem przed Akademią? Oczywiście ucieszyłem się z takiej propozycji i przyrzekłem załatwiać sprawę dalej. A łatwo nie było, bo musiałem uzyskać zgodę konserwatora miejskiego. Wały Chrobrego to reprezentacyjne miejsce! Udało mi się! Teraz trzeba znaleźć odpowiedni kamień! Szukaliśmy z Grażynką po kamieniarzach, aż trafiliśmy z przyjacielem Andrzejem Surmackim do sławnego kamieniarza Jana Ziętka z Polic. Wysłuchał nas i mówi: -Mam taki kamień. Mogę go Wam pokazać. Zobaczyliśmy kamień i natychmiast nam się spodobał. - Bierzemy!- krzyknęliśmy z radością. Kamień został natychmiast przetransportowany na warsztat i zaczęło się jego szlifowanie i grawerowanie, Przyjeżdżaliśmy z Grażynką i Andrzejem Surmackim na inspekcję i coraz bardziej Kamień nam się podobał. Wyszlifowany błyszczał złotym napisem: W tym budynku W latach 1962-1972 Mieściła się Państwowa Szkoła Morska Zebrałem pieniądze od absolwentów Peesemki na zapłatę za kamień i transport. Wytyczyłem miejsce położenia kamienia blisko wejścia kiedyś głównego do Peesemki. Napisałem „Akt Erekcyjny”, pod którym złożyli podpisy: -JM Rektor Akademii Morskiej, prof. dr hab. kpt.ż.w. Wojciech Ślączka -Kpt.ż.w. kpt.ż.ś. pilot morski inż. Włodzimierz Grycner -Kpt.ż.w. inż. pilot pełnomorski Józef Gawłowicz -dr inż.arch.Wojciech Pawłowski -mgr.inż. Leszek Seredyński -absolwent PSM Andrzej Surmacki Aż nadszedł dzień transportu kamienia na Wały Chrobrego. Załatwiłem wielki dźwig i dozorowałem załadunek, a Andrzej Surmacki czekał na Wałach Chrobrego z pomocnikami i tytanową tubą, w którą mieliśmy włożyć „Akt Erekcyjny”, nasz PSM plakat i drobne pieniążki. Przybyli też koledzy z PSM Bogusław Fiuk i Andrzej Kasprzycki. Sześciotonowy głaz zawisł nad miejscem, w którym miał leżeć i nagle z wysokości jednego metra runął prosto tam gdzie chcieliśmy. Włożyliśmy do tytanowej tuby wszystko przygotowane, a Andrzej ją zalutował. Następnie zakopaliśmy i zabetonowaliśmy tubę pod kamieniem. Dnia 01 października.2016 roku podczas Inauguracji Nowego Roku Akademickiego Akademii Morskiej, odbyła się uroczystość, którą prowadziłem, odsłonięcia i poświęcenia Kamienia Peesemki. Było bardzo wielu absolwentów PSM, telewizja, prasa i publika. Przy kamieniu stali: Prezydent Szczecina Piotr Krzystek, minister GMŻiŚ Paweł Brzezicki, rektorzy: Rektor Akademii Morskiej prof. dr hab. kpt.ż.w. Wojciech Ślączka, Rektor WSM prof. dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak, Rektor WSM doc. mgr kpt.ż.w. Eugeniusz Daszkowski, Prorektor AM dr inż. Agnieszka Deja, nasi wykładowcy: kpt.ż.w. Lech Jasiński- astronawigacja, kpt.ż.w. Jan Prüffer –nawigacja, kpt.ż.w. Józef Gawłowicz –praktyki, Duszpasterz marynarzy ks. Stanisław Flis, mgr Mieczysław Głuszko –kierownik internatu PSM. Były piękne przemówienia ministra GMiŻŚ i Prezydenta Szczecina. Kamień odsłonili: Prezydent Szczecina Piotr Krzystek, minister GMŻiŚ Paweł Brzezicki, rektorzy: Rektor Akademii Morskiej prof. dr hab. kpt.ż.w. Wojciech Ślączka, Rektor WSM prof. dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak, kpt.ż.w. kpt.ż.ś. pilot morski inż. Włodzimierz Grycner. Zagaił nasz „Złotousty” kapitan Józef Gawłowicz, a poświęcił kamień Duszpasterz Marynarzy ks. Stanisław Flis. Prezydent Szczecina z przedstawicielem PŻM kpt.ż.w. Mirosławem Foltą złożyli kwiaty, a absolwenci oblali Nasz Kamień szampanem. Rozpisała się prasa szczecińska i akademicka. A ja zrobiłem osobiście 20-cia szklanych szkatułek ze zdjęciem i odłamkiem naszego kamienia (przezornie zabranych podczas szlifowania) i wręczyłem Rektorowi AMS i kolegom absolwentom. Złożyłem też szkatułkę z kamieniem i „Akt Erekcyjny do „Sali Tradycji AMS”. Co roku na Inaugurację Roku Akademickiego Akademii Morskiej spotykamy się przy „Kamieniu PSM”. Teraz już wszyscy pamiętają, że największy morski rozwój w Szczecinie zaczął się od Państwowej Szkoły Morskiej.

czwartek, 6 stycznia 2022

PREZENTY

PREZENTY W mojej Kapitańskiej Tawernie jest wiele prezentów. Bardzo ważny prezent stoi na kominku, to samowar i przybita na kominku metalowa tabliczka z napisem: S.O.S. Na pamiątkę dnia 12.10.1987 Kapitanowi wdzięczna załoga M/S Niewiadów Uratowaliśmy wtedy statek, dostaliśmy pochwałę od Izby Morskiej i medale „Za Ofiarność i Odwagę”. Na kominku stoi też mosiężny Orzeł trzymający kulę ziemską w szponach, a pod nim napis na wygrawerowanej tabliczce: OD ZAŁOGI DLA KAPITANA M/V CLIPPER EAGLE MOBILE 17.05.1995 A przy Orle stoi duża butla po winie, a w niej żaglowiec. Na denku tej butli napisano na moje 50-te urodziny: Życie zaczyna się po pięćdziesiątce; M/V Clipper Eagle Kapitanowi – załoga 17.05.1995 Wśród innych prezentów wyróżniają się afrykańskie „Papudraki”, murzyńskie głowy wplecione na macie z liny i wielka butla z żaglowcem w środku. Wszystko to przyniósł w podziękowaniu od Szyprów Pilotówek, Szyper zwany „Tygrysem” „Jan Tygrys”- bo był też kapitanem holownika „Tygrys”. Podziękowali mi głównie za to, że napisałem jedyną książkę o pilotażu szczecińskim, „Pilot Morski” , w której Oni oczywiście też są. Na kominku leżą też modele okrętu podwodnego, torpedy i motorówki, które wykonał i podarował mi przyjaciel Tomek Włoch. A na ścianach wiszą maski afrykańskie i portret murzynki podarowany mi przez najlepszego mojego przyjaciela świętej pamięci Bogusia Bakułę, które jak pływał to przywiózł z Afryki. Na ścianach wiszą podarowane mi obrazy wspaniałego mojego przyjaciela świętej pamięci Komandora, artysty, pisarza Eugeniusza Koczorowskiego. Wisi też mój portret namalowany przez malarza, żeglarza Jana Borowika w rejsie z Brazylii do Polski, podarowany mi w podziękowaniu za zabranie go do domu. Bardzo ważnym prezentem jest pióro wieczne podarowane mi przez Prezydenta Rzeczypospolitej Bronisława Komorowskiego. A na piórze wygrawerowano: Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej A pod nim: oryginalny podpis Prezydenta RP: Bronisław Komorowski A obok pióra stoi złota tabliczka, a w niej na urzędowym druku z orłem RP własnoręcznie napisał Pan Prezydent RP: Z gratulacjami i podziękowaniami Bronisław Komorowski Pan Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Bronisław Komorowski wysłał mi to pióro i gratulacje z podziękowaniami, kiedy to dowiedział się, że w 2014 roku, otrzymałem Międzynarodową Nagrodę „Conrady Indywidualności Morskie”. Jest jeszcze w mojej Tawernie wiele prezentów od przyjaciół, takich jak Surmaccy, Jany, Katkowscy, Marszałkowie i inni, a każdy prezent to osobne sercu drogie opowiadanie. Są oczywiście prezenty od mojej rodziny, a najwięcej kartek z życzeniami od najmłodszej mojej wnusi Nadii. Opowiem jednak wzruszającą historię adoptowanej przez francuską nauczycielkę polskiej dziewczynce Monice i związanymi z tym prezentami. Podczas wyładunku m/s "Powstańca Listopadowego" we francuskim porcie Lorient, zostałem zaproszony na wielkie party z okazji dnia wolności. Przy zastawionych suto stołach przewijało się około 400-tu gości, na scenie występowały międzynarodowe orkiestry. Nagle organizatorzy postanowili przedstawić mnie co ważniejszym notablom, a potem zaprowadzili do grupy inwalidów. A byłem w kapitańskim mundurze! Ściskałem ręce tym biedakom na wózkach, gdy przyprowadzili mi piękną, 11-to letnią dziewczynkę: - Panie Kapitanie, to głuchoniema Polka. - Jak to, skąd ona tutaj!? - Adoptowała ją z Domu Dziecka w Wejherowie francuska nauczycielka. Od razu z Moniką przypadliśmy sobie do gustu, tłumacząca przybrana mama nie mogła nadążyć, tyle miała mi do powiedzenia Monika. Wzruszony zaprosiłem ją z mamą i organizatorami na statek. Następnego dnia Monika z całą świtą wdrapała się po trapie. Cała promieniowała szczęściem i uśmiechem, znowu była wśród swoich. Przybyła też drużyna pingpongowa z miejscowego Uniwersytetu, zaproszona do rozegrania meczu „Polska-Francja”. W mojej kabinie zrobiło się tłoczno i wesoło. Podczas wręczania Monice dużego misia strzelały flesze aparatów i wszyscy byli wzruszeni łzami Moniki, a przecież miała tutaj, we Francji, bardzo dobre warunki. Studenci przegrywali mecz ping ponga, a nasi nie dali im wygrać nawet jednego seta. Monika zaprzyjaźniła się z całą załogą. Pewien zaproszony dystyngowany pan pił "naszego Żywca" i nie mógł się go nachwalić, aż mu na koniec przyjęcia podarowałem mój ostatni karton. Na drugi dzień dostarczono mi trzy gazety i okazało się, że nasze zdjęcie z Moniką i misiem ukazało się w około 3 milionach egzemplarzy gazet, a piękny artykuł opisywał gościnność Polaków. Nagle pod statek zajechała czarna limuzyna i kierowca przyniósł mi do kabiny pięć kartonów różnych gatunków piwa. Pytam: - Co to jest? - Prezent od Patrica. - A kto to jest Patric? - To ten, co wczoraj tak mu smakowało polskie piwo. - Ahaa!!! No to fajnie, dziękuję, ale kto to jest tak w ogóle ten Patric? - To jest właściciel największych magazynów piwa i przedstawiciel Tuborga na Francję i Afrykę. - No widzisz!!! A jednak najlepiej smakował mu polski Żywiec! Wieczorem byliśmy gośćmi Patrica i jego przyjaciół. Najpierw w ich restauracji, a potem w domach. W restauracji goszczono nas wspaniale. A właścicielka jak się dowiedziała, że mam Tawernę, to zdjęła ze ściany piękny barometr i mi go podarowała. Oczywiście teraz wisi u mnie na ścianie w tawernie i przypomina tą piękną kobietę i ich gościnność. Potem Patric zaprosił nas do swojej pięknej Tawerny . A w Tawernie Patric nagle wyrwał przybitą na belce kominka metalową tabliczkę i sprezentował mi ją. Było na niej napisane: „Captain's word is Low” (kapitańskie słowo to prawo). Po czterech latach, innym statkiem, przypłynąłem znowu do Lorient i historia się powtórzyła. Był rok 1992 i Monika miała już 15 lat czytała biegle z naszych ust, a co chciała lepiej przekazać, pisała na kartce. Nawet troszkę słyszała przez założony aparat. Okazało się, że po naszym artykule w 3 milionach gazet, polubiło Ją i pomagało Jej bardzo wielu ludzi. Była znowu cała roześmiana, szczęśliwa i nie chciała iść do domu. Rozegrałem z nią mecz pingpongowy, a mama była sędzią. Znowu było pełno gości, a Patric przyjechał z całą rodziną, nawet z 3-miesięczną córeczką. Nazajutrz znowu w trzech gazetach ukazało się zdjęcie Moniki otrzymującej w prezencie ode mnie uplecione z lin koło sterowe, a artykuł opisywał ponowne nasze spotkanie. Przybrana mama Moniki wręczyła mi piękny beret baskijski, ponieważ dowiedziała się, że zbieram narodowe kapelusze. A jak tam metalowa tabliczka z napisem: „Captain’s Word is Law”- pomogła coś w rządzeniu? -zapytał Patric. Przybita jest na moim kominku w Tawernie i przypomina wszystkim, kto tu rządzi, ale żona nie zwraca na nią uwagi i próbuje mną rządzić. Mam nadzieję, że kiedyś znowu spotkam Monikę. A Jej przybranej Mamie będę musiał powiedzieć, że sprezentowany mi przez Nią piękny beret baskijski, sprezentowałem naszemu szczecińskiemu artyście, bo tak mu się spodobał, że nie chciał mi go oddać. Tak to bywa z prezentami! Co z prezentów może wyniknąć? Sam Pan Bóg tylko wie.

PLAC NADODRZAŃSKI

PLAC NADODRZAŃSKI Na „Skwerze Kapitanów” wymyśliłem „Plac Nadodrzański”. Przecież Szczecin leży nad Odrą! Leży też nad morzem, chociaż do morza jest 100 km, ale przecież według administracji „Wody Morskie” zaczynają się w Szczecinie od „Trasy Zamkowej” na Północ, a na Południe są „Wody Śródlądowe”. Mamy też w Szczecinie „Port Morski”. Dlatego „Skwer Kapitanów” będzie „Morsko - Nadodrzański - tak postanowiłem i wziąłem się do upiększania „Placu Nadodrzańskiego”. Na początek stworzyłem mój autorski projekt mapę nr 1, na której na Odrze umieściłem 120 portów, marin, nabrzeży. Robiłem tę mapę dwa miesiące, na szczęście przecież znałem Odrę, jako Kapitan Żeglugi Śródlądowej i 20-to paro letni Komodor Flisów Odrzańskich. Była to pierwsza taka całościowa mapa dla żeglarzy, którzy teraz dowiedzieli się gdzie mogą zacumować. Tę mapę „Odrzańskie porty, mariny i przystanie turystyczne” i drugą „Śródlądowe drogi wodne w Polsce” oprawiłem w aluminiowe ramy i powiesiłem na murze „Placu Nadodrzańskiego”. Wzdłuż mojej mapy nr 1 umieściłem herby województw nadodrzańskich. 09 czerwca 2018 roku podczas pięknej uroczystości osobiście odsłoniłem te mapy. 11 Listopada 2018 roku podczas uroczystości „Niepodległość Na Maszt”, obchodów „Setnej Rocznicy Odzyskania Przez Polskę Niepodległości” uczciliśmy też 100 lat LMiR odsłaniając na murze „Placu Nadodrzańskiego” tablicę „Memoriał”, który stworzyłem z dr Elżbietą Marszałek wiceprezesem ZG LMiR i zebrałem na niej 15-cie pieczątek poparcia „Stowarzyszeń Morskich” miasta Szczecina. Tablicę odsłaniali ze mną Rektorzy WSM dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak i kpt.ż.w. Eugeniusz Daszkowski w asyście studentów AMS z Koła LMiR. Wokoło uczestniczyli w tej podniosłej uroczystości: kapitanowie, żeglarze, wodniacy i wielu mieszkańców Szczecina. Była jak zwykle telewizja i prasa. Przed przypłynięciem „Flisu Odrzańskiego”, przyjechał do Szczecina wieloletni Retman Flisów Mieczysław Łabęcki i zbudowaliśmy ekspozycję „Flisackiej tratwy”, w której były oryginalne części tratwy z poprzedniego Flisu. Była 12-to metrowa „Drygawka”, czyli takie jakby wiosło, ale służące do sterowania - nakierowania trawy w nurt rzeki, były dwa 8-mio metrowe „Śryki”, czyli pale, które wija się w dno rzeki-hamując tratwę. Na przedzie tratwy- czyli na „Głowie” stał „Stolec”- czyli po staropolsku Tron, na którym zamocowana na „Kurczu” była „Drygawka”. Na tyle tratwy – czyli na „Colu” była „Skrzynia” z „walcami” służącymi do wbijania „Śryka” i hamowania tratwy. 18 grudzień 2018 roku na 100-lecie LMiR odsłoniliśmy „Plac Nadodrzański”, a na nim 12 tablic o Odrze i „Flisach Odrzańskich”. Tablice zaprojektowała Krystyna Pohl. Wśród tych tablic były trzy tablice indywidualne: - Elżbiety Marszałek- organizatorki „Flisów Odrzańskich”. -Włodzimierza Grycnera- Komodora Flisów Odrzańskich”. -Mieczysława Łabęckiego – Retmana tratew „Flisów Odrzańskich”. Błękitną wstęgę przecinali: Elżbieta Marszałek, Włodzimierz Grycner, Mieczysław Łabęcki, Krystyna Pohl i Laura Hołowacz. W uroczystości uczestniczyli kapitanowie żeglugi wielkiej, kapitanowie jachtowi, studenci AMS z Klubu LMiR w mundurach i umundurowana grupa uczniów z Technikum Morskiego w Szczecinie oraz mieszkańcy Szczecina. Była jak zwykle telewizja i prasa. Teraz żeglarze, flisacy, wodniacy i nadodrzańscy mieszkańcy mają swój plac, gdzie spotykają się na różnych uroczystościach i ze stojących tu tablic mogą poczytać o Odrze. I tak to zresztą się dzieje, przypływają Flisy, żeglarze, przychodzą wycieczki, a ja ich witam na „Placu Nadodrzańskim” i opowiadam o Odrze.

OFIARA BARANKA

OFIARA BARANKA Byłem wtedy kapitanem u amerykańskiego armatora Seaboard i pływałem między Ameryką a Afryką. Wreszcie nasza African Camellia doczłapała się do Casablanki. To już było bardzo blisko do Europy, prawie jak w domu. I tak się tu zawsze czułem. Zwłaszcza wtedy, kiedy Berberyjki tańczyły w tutejszych knajpach taniec brzucha. Szkoda, że Polakom zabroniono akurat wyjścia do miasta… No, ale w tych krajach bakszysz zawsze czynił cuda. Udało mi się więc załatwić przepustkę i ruszyłem w miasto, tak jak za dawnych dobrych lat. Dom Marynarza dobudował sobie piętro i - jak niegdyś - różnokolorowa marynarska zgraja ciągnęła tu piwo. A dziewczynki, tradycyjnie, wyłudzały drinki i papierosy. Z kolei w tutejszym kasynie grali nader grubo; mnie było stać tylko na Jednoręcznego Bandytę. Okazało się, dobre i to. Wygrałem dwadzieścia dolców i ruszyłem dalej. Po pierwszym przetarciu chciałem teraz przypomnieć sobie młodość i obejrzeć– jak trzydzieści lat wcześniej – berberyjski tańczyły mi taniec brzucha. Niestety, inne to już było miasto, inne czasy i inne knajpy. Berberyjek z tańczącymi brzuchami nie było nigdzie. A może tylko nie potrafiłem ich znaleźć, bo byłem już o te kilkadziesiąt lat starszy? Nagle połapałem się, że na rozpalonych ulicach Casablanki szukam własnego cienia. Cóż, również go nie znalazłem. Ale tęsknota za utraconą młodością wprowadziła mnie w melancholijny nastrój. Rozpoczęły się trzydniowe muzułmańskie święta, więc wyładunek statku przerwano. Z umiarkowanym napięciem oglądałem tutejszą telewizję, ponieważ zapowiedziano bezpośrednią transmisję z egzekucji barana, jakiej osobiście miał dokonać król Maroka, Mohammed VI. W ślad za tym pierwszym, królewskim, miało tego dnia pójść jeszcze pod nóż około czterech milionów marokańskich baranów, bo rzeź baranów należy do religijnej tradycji tych świąt. W Koranie – podobnie jak w Biblii – napisano bowiem, że Bóg nakazał Ibrahimowi zaniechać mordu na swym synu, a Bogu w ofierze złożyć baranka. Od tego czasu Muzułmanie zaprzestali zabijania w ofierze ludzi, a przeszli na barany. Co – w świetle głośnych światowych wydarzeń – chyba nie do końca jest prawdą. Dzień przed świętami zjawiło się na statku kilku moich marokańskich przyjaciół, którzy mieli miły zwyczaj budzenia mnie o drugiej w nocy, prosząc o piwo. Tym razem przyprowadzili ze sobą dyrektora finansowego Portu, Hamida, który – ku mojemu zdziwieniu – zaprosił mnie na święta do domu. Jak obiecał, następnego ranka przyjechał po mnie samochodem. Wewnątrz, oprócz Hamida, siedział także jego brat. Potem obwozili mnie po całej Casablance. Miałem więc doskonałą okazję sfilmowania całkiem sporego kawałka tego pięciomilionowego miasta, nad którym królował – drugi pod względem wielkości – meczet świata. - Na budowę tego meczetu musieli się składać wszyscy mieszkańcy – opowiadał Hamid. -Nic więc dziwnego, że jest tak duży. Czy wiesz, Captain, że w jego wnętrzu może modlić się równocześnie dziesięć tysięcy ludzi? - No, tak, to robi wrażenie – skwitowałem informację. - Świątynia jest przepiękna. A w nocy, gdy jest podświetlona – wygląda wręcz imponująco... Potem rozmowa zeszła na Casablankę. Na jej wielkie rozmiary składa się w zasadzie aż pięć różnych miast, zwanych tu dystryktami. Zaś każdy z tych dystryktów ma własny zarząd. W trakcie pogawędki dojechaliśmy wreszcie do czteropiętrowego bloku, w którym Hamid mieszkał z rodziną. Dom stał w nowej dzielnicy. Żona z trójką dzieci przywitali mnie serdecznie, niemal natychmiast prowadząc do łazienki, gdzie gościnnie zamieszkiwał baran. Smród był tam okropny. Ale gdy go stamtąd wyciągali i z mozołem taszczyli po schodach na dach, zapach wręcz ścinał z nóg. No, ale co się nie robi dla zachowania tradycji. Dach był płaski. Roztaczał się z niego przepiękny widok na miasto. Ale nie miejskie widoki miały mnie zajmować tego przedpołudnia. Oto bowiem kilka sąsiedzkich rodzin oprawiało zarżnięte przed chwilą barany, co nie nastrajało mnie zbyt dobrze. Muszę jednak przyznać, że wszyscy przywitali mnie bardzo grzecznie, a nawet z wielką ciekawością. Do naszego dachu przytulone były inne dachy. I na tamtych dachach szlachtowano właśnie barany. Każdy bowiem Arab tego dnia chciał ofiarować Allahowi swojego barana. Wszyscy na dachach najwyraźniej bardzo dobrze się znali, bo po pierwszych morderczych zabiegach większość tych ludzi pofatygowała się do nas, aby przyjrzeć się z bliska, kogo też Hamid przyprowadził do domu na święta. Przyszły też jakieś ciekawskie dziewczyny, które od razu zaczęły wypytywać mnie łamaną angielszczyzną. Czy jestem żonaty? Ile mam dzieci? Jaką lubię muzykę? A jak podoba mi się Casablanca? Lecz, gdy z kolei zapytałem, czy wiedzą, gdzie leży Polska – nie wiedziały. A przechwalały się, że w szkole mają piątki. Potem zaczął się obrzęd. Mój przyjaciel Hamid z bratem podostrzyli długi nóż, a następnie złapali barana za nogi i przewrócili na plecy. Hamid poderżnął mu gardło jednym pociągnięciem ostrza w tak umiejętny sposób, że biedaczysko nawet nie zdążył beknąć. Nie męczył się też długo, a jego krew spłynęła na ulicę - rynną znajdującą się w rogu dachu. Po kilku minutach nieszczęsne zwierzę wierzgnęło jeszcze kopytkami, po czym oddało ducha Allahowi. Z ciałem było gorzej, bo przeznaczono je na szaszłyki. W tej okrutnej ceremonii uczestniczyła cała rodzina Hamida, łącznie z najmłodszą córeczką, dwuletnią Szejmą. Nagle Hamid oderżnął rogi barana i podarował mi je, wygłaszając przy tym dla mnie życzenia pomyślności. Wtedy zobaczyli to sąsiedzi i z okolicznych dachów przynieśli mi w darze rogi swoich baranów. Nazbierało się tego cały worek, ale tylko dwie pary zabrałem do domu- to te właśnie, które teraz wystają z maski w mojej Tawernie na ścianie. - W Europie powiadacie – rzekł Hamid - że my, Arabowie, jesteśmy mordercami! Lecz składanie barana w ofierze to nasza bardzo stara tradycja. Tak czynić nakazuje nam religia! - Hamid, przed ofiarą miałem mieszane uczucia – odrzekłem. - Ale to, co tu ujrzałem, radykalnie zmieniło moje poglądy. Nie spodziewałem się też, że twoi sąsiedzi przyjmą mnie tak przyjacielsko... Wszyscy oni zachowywali się tak naturalnie, że nieoczekiwanie uznałem, że to my w Europie jesteśmy barbarzyńcami. A przecież pierwszy kąsek tego barana to Twoja żona podarowała mnie, jako gościowi. Opowiem Ci jak to my zarzynamy świniaka w niebywale okrutny sposób. Niegdyś uczestniczyłem w wiejskim świniobiciu. Nie było w tej czynności nawet cienia człowieczeństwa. Była to wymyślna okrutna egzekucja. W Polsce zabroniony był wtedy prywatny ubój świń, więc kupiłem po cichu na wsi świniaka i gospodarz miał go zabić po cichu. Huknął go siekierą w łeb, ale źle trafił i świniak z piskiem uciekł na wieś. Goniła go cała wataha, pół wsi, a on piszczał przeraźliwie – a miało to być po cichu.. Wreszcie go dopadli i zarżnęli nożem w serce. Utoczyli z niego krwi, wypili i zrobili z niej kaszankę, którą jeszcze ciepłą jedli. Zrobiło mi się wtedy niedobrze, omal nie zwymiotowałem, chociaż kaszankę lubię. Wszyscy, patrzyli na mnie z niedowierzaniem. – Żartujesz?- spytał Hamid. - Nie tak było naprawdę- dodałem. -To Wy jesteście barbarzyńcy!- wykrzyknął Hamid. Atmosfera trochę się pogorszyła, ale dwuletnia Szejma pałaszowała szaszłyka, siedząc na moim kolanie, a małżonka Hamida sama podjadała dyskretnie w kuchni. Koran zezwala wam na cztery żony, prawda? – zapytałem znowu Hamida. - Dlaczego ty masz tylko jedną? Captain, żeby mieć cztery żony trzeba posiadać duże pieniądze! Jak je wszystkie utrzymasz? Prezent tylko dla jednej jest niemożliwy! Musisz utrzymać wszystkie! Jestem za biedny na takie życie! Ty, dyrektor finansowy wielkiego afrykańskiego portu – za biedny? Najwyraźniej nie znasz kobiet! Potrafią wydać każde, nawet największe pieniądze! – śmiał się Hamid. Przebrałem się w mój muzułmański strój, jaki kupiłem jeszcze we Freetown, po czym ucztowałem i bawiłem się z moimi arabskimi przyjaciółmi przez całą resztę tego pouczającego dnia. Hamid lubił podyskutować. Wiesz, Captain, Żydzi nie wierzą w Jezusa, ale my, Muzułmanie, wierzymy, że Jezus narodził się z Maryi Panny Dziewicy, która jest jedyną niewiastą wymienioną w Koranie z imienia. Jednak uważamy, że Jezus był Prorokiem, nie zaś synem Boga. Narodził się pod palmą na skutek bezpośredniej woli Boga. Nie wierzymy w jego ukrzyżowanie, bo Bóg nie opuściłby swojego syna. Natomiast wierzymy w jego wniebowstąpienie. To wszystko możesz przeczytać w Koranie. Tam też opisane są cuda, jakie czynił. Chociaż wolno nam modlić się tylko do Allaha, to często prosimy o pomoc Jezusa i Marię, bo oni ukazali się w krajach muzułmańskich już siedemdziesiąt razy. Wierzymy, że Jezus powróci na ziemię, jako muzułmański Mesjasz i połączy wszystkie religie... Pod koniec dnia doszliśmy do wniosku, że Bóg jest jeden i nie ma znaczenia, jakie nosi imię. Popijaliśmy resztkę baranka piwem, chociaż Hamidowi Allah zabronił pić alkoholu. Czy jednak piwo jest alkoholem? Jak tę kwestię traktuje Allah? W trakcie takiego uroczego wieczoru nie udało się tego ustalić! Może zresztą Allah piwa nie zauważy? Bo Hamid w pewnej chwili powiedział, że gdy się dobrze zasłoni okna, to Allah nie widzi, co się dzieje w środku. Chociaż niewątpliwie Allah jest wielki. Poza tym i tak wszystko jest w rękach Allaha – Insha Allah…

środa, 5 stycznia 2022

OD RURY DO RURY

Od rury do rury Cholera jeździmy tym statkiem dosłownie od rury do rury! I to nie tylko ładunkowej. Bo są, bowiem jeszcze inne rury, te rozweselające marynarzy po ciężkiej pracy. To rury, przy których tańczą nagie tancerki. Na Jamajce załodze kręci się już w głowie od ciągłego przeciągania statku pod rurę załadunkową. Sypie się z niej, biała jak śnieg, alumina. Zdarzają się jednak wolne chwile i właśnie w takiej wolnej chwili wyrywamy się z Agentem na ląd. Jedziemy w trójkę. Agent prowadzi lewą stroną krętej drogi, ciągnącej się wzdłuż zatoki. Pędzimy do najbliższego miasteczka, Port Esquivel. Agent objaśnia, że drogą, po jakiej jedziemy, lepiej nie spacerować. W pobliskich gąszczach czają się bowiem aligatory, które niekiedy lubią wygrzewać brzuchy na asfalcie. Potem opowiada, do jakiego to świetnego baru nas wiezie i jakie tam super są dziewczyny. Po pół godzinie stajemy wreszcie przed starą, drewnianą budą. - To tuuu ?- dziwimy się. - Tak. Ten bar jest najlepszy – odpowiada. - No i właśnie tutaj dziewczyny tańczą przy rurze! Siadamy więc na wysokich stołkach przy barze, jak u Brudnego Wacka. Potem zamawiamy Cuba Libre. Rum ma smak bimbru i kawałka lodu, przed chwilą przywiezionego pod pachą przez jakiegoś brudasa. Tak to z grubsza wygląda. - Cholera! – myślę. - Żeby tylko nie złapać jakiegoś choróbska... Sączymy ten nieszczęsny rum, mając nadzieję, że może odkazi latające w powietrzu wirusy. W małej salce obok, w telewizorze pod sufitem, akurat leci porno. Widać same białe baby. Zaś u nas, w barze, na stołach tańczą baby żywe, czarne jak smoła. To one wyginają się teraz na rurze, wypinając dupcie do ściennych luster. Pomalutku rozbierają się do goła, z zawodowym rozmysłem podniecając męską publikę, która reaguje nadzwyczaj głośno. Przy tym wszystkim, nie zapominają o tańcu. Tańczą rytmicznie, widać, że taniec mają we krwi. Między tancerkami jest jedna nadzwyczaj ładna i zgrabna, nawet włosy ma wyprostowane. Inna pofarbowała swoje kręcone antenki ma na blond. Po pokazie obie schodzą ze stołów i podchodzą do nas, nadal kręcąc spiczastymi tyłkami. W chwilę potem wpychają je między nasze kolana i kręcą ósemki. Moja co chwila odsłania w uśmiechu srebrny ząb. Prosi o piwo, które oczywiście stawiamy. Kosztuje trzy dolary, ale w swej łaskawości dorzucamy jeszcze pięć, które wsuwamy za jej majteczki. Jesteśmy bowiem jedynymi białymi na sali i to zobowiązuje! Nasza hojność odnosi ten skutek, że tancerki energicznie zaczynają namawiać nas do grzechu. Ma on zostać popełniony natychmiast, a odbyć się na zapleczu. Nawet pokazują, co za skromne pięćdziesiąt dolców skłonne są nam uczynić. Mocno się zastanawiamy jak stąd uciec. Przy barze bowiem krążą takie typy, że strach na nich patrzeć. Jeden z nich, obwieszony złotymi łańcuchami, ciągnie moją tancerkę na zaplecze. Widać, że dziewczyny mają tu wzięcie. Tymczasem AIDS ciągle lata w powietrzu, a zapach haszyszu miesza się z nieprzyjemnym zapachem spoconych ciał. Jednym słowem - chciałoby się do raju, a tu piekło. Teraz na stole tańczy gruba Mulatka, kurząc papierosa tkwiącego w dziurce jej nosa. Jej sadło przelewa się rytmicznie, a pot widowiskowo spływa po fałdach tłuszczu. Dyskretnie urywamy się do samochodu. Dopadają nas tam jednak dziewczyny, mocno zawiedzione, że nie poszliśmy na zaplecze. Obiecujemy, że zrobimy to jutro, jutro. A po chwili znowu pędzimy lewą stroną dziurawej drogi, nerwowo szukając w światłach auta spacerujących aligatorów. Na statku czeka nas rura załadunkowa. Musimy przeciągnąć statek w taki sposób, aby ta rura weszła do następnej ładowni. Wreszcie wyjście w morze. Nasz m/v Lake Mead załadował ponad trzydzieści tysięcy ton aluminy, których wartość sięga prawie siedmiu milionów dolarów i już jesteśmy gotowi do drogi. Jeszcze tylko nurek sprawdza podwodną część statku, w poszukiwaniu ewentualnie przyspawanej tam skrzynki narkotyków. Ruszamy do Kanady, zamieniając czterdziestostopniowe ciepełko na mróz Północy. W drodze Chief z Maszyny melduje mi codziennie o kolejnych awariach w maszynie. Nie mogę się nadziwić, że w ogóle to pudło jeszcze pływa. Załoga dzielnie walczy z grubą rdzą, która odrywa się na pokładach całymi płatami. Na mostku deszcze leją się nam na głowy. To z kolei wina dziurawego mostku, pelengu. Niekiedy stajemy w dryfie, aby coś tam zreperować w maszynie. I oto, na wysokości Florydy, nagły telefon od amerykańskiego Coast Guard. Proszą, abyśmy przeszukali morze w pozycji 90 mil przed nami. Podobno ktoś – czy coś – tonie. Zaobserwowano bowiem czarno-czerwony obiekt, prawdopodobnie dno i burta statku. Ruszamy natychmiast. Musimy jednak nieco zboczyć z naszej trasy. Wiem, że czarter japońskiego Sanko kosztami akcji ratunkowej obciąży armatora. Mocno nas to złości. Kto wymyślił takie czartery, w których nie liczy się solidarność ludzi morza, a jedynie dolary? Po ośmiu godzinach dopływamy wreszcie do miejsca przypuszczalnej tragedii. Przeczesujemy morze. Na błyszczącej od słońca tafli cała załoga wypatruje jakiegokolwiek śladu. Jednak bez rezultatu. Niczego nie zauważamy. Ani śladu tragedii. Czyżby okrutne morze pochłonęło wszystko?... Melduję o tym US Coast Guard. Dziękują za akcję i równocześnie zwalniają nas z dalszych poszukiwań. Jak się potem okaże, przyślą jeszcze oficjalny pochwalny list, w którym podkreślą nasz profesjonalizm i gotowość udzielenia pomocy w niebezpieczeństwie. Mamy satysfakcję. A więc jednak liczy się coś więcej w życiu, niż tylko dolary! W tym czasie pływając po amerykańskich wodach, uczestniczyliśmy w wielu akcjach ratunkowych i byliśmy nawet nominowani do specjalnej nagrody wyznaczonej przez US Coast Guard. Pod Kanadą silnik Lake Mead ostatecznie odmawia posłuszeństwa. Po prostu, nie chce dalej pracować na zimnym, brudnym ciężkim paliwie. Musimy go jednak jakoś uruchomić, gdyż innego wyjścia tymczasem nie ma. Czyścimy więc filtry i zbiorniki paliwa, częściowo reperujemy też system podgrzewania paliwa. Póki co, jedziemy na paliwie lekkim. Wysiadają nam kolejno agregaty. Może będziemy musieli wyłączyć ogrzewanie kabin? A na zewnątrz mróz! Mechanicy zupełnie się nie oszczędzają. Praca idzie na okrągło. Niektórzy mdleją z wyczerpania. Wreszcie kanadyjskie Baie Comeau. Wieje północny wiatr, a temperatura spada w ciągu godziny z minus pięć do minus dwadzieścia dwa. A miejscowi straszą, że może spaść do minus pięćdziesiąt! Jednak załoga nie upada na duchu. Ubiera się ciepło i zbiera przy trapie. Wszyscy chcą iść do tutejszego Jessy Baru, gdzie znowu gołe baby tańczą przy rurze. Wybieram się i ja. Nagle wpada Stewedor. - Captain, big problem! - wykrzykuje. - What’s problem again?- krzywię się zdenerwowany. - Czy na tym statku można popływać normalnie? - Zepsuła się jedna rura wyładunkowa, możemy wyładowywać tylko jedną rurą, tą na dziobie! Denerwuję się coraz bardziej. - O cholera! Chief! Przelicz pan szybko! Jeśli napełnimy Fore Peak, to ile musimy wyładować z trzeciej ładowni, aby wyjść na 33 stopy zanurzenia? Po kilku minutach wszystko jest już jasne. - Trzeba wyładować z trójki 3 tysiące ton – melduje - a rata wynosi pięćset na godzinę... - To jakieś sześć godzin wyładunku - myślę głośno. - Nie damy rady. Za pięć godzin chwyci nas niska woda, siądziemy na dnie i połamiemy statek... Agent! Wołaj pilota i holownik, uciekamy na redę! No więc, wszystko się komplikuje. Jest zimny wieczór, tam dziewczyny właśnie rozkręciły się na rurze, a tu kuku zrobiła nam inna rura. Woda ucieka, pilota i holownika nie ma. Sami więc rzucamy cumy. Decyduję się bowiem uciekać z portu samodzielnie, chociaż wiem, że to niebezpieczne. Za determinację spotyka mnie nagroda. Kiedy już zaczynamy działać, wpada zdyszany pilot. Dobija też ku nam holownik. Niebawem pojawiamy się na redzie i rzucamy kotwicę. Stare przysłowie mówi, że „co się odwlecze, to nie uciecze”. Nazajutrz powracamy do portu, a wieczorem pół załogi szaleje w Jessy Bar. Tancerki są śliczne, długonogie i w różnych kolorach skóry. Siedzimy przy scenie, blisko, wpychamy im więc po dolarze między półdupki. Sala wyje i bije brawo. Wysoka blondyna robi szpagaty na stojąco i leżąco. Kuszę ją moim dolarem, a ona, czołgając się niczym pantera, wyrywa mi go zębami z rąk. Obok sceny widać, że w konfesjonałach trwają już w najlepsze prywatne występy, gdzie dziewczyny również tańczą i rozbierają się za dychę. Tyle, że to program indywidualny. Siedzący tam facet może pozwolić sobie na wiele, byle nie za wiele. Nagle podchodzi do mnie długonoga i mówi, że jakiś facet zapłacił dla mnie rozbierankę. Odwracam się. A rogu sali stoi nasz Kanadyjczyk, a z Unitora. Gęba mu się śmieje od ucha do ucha; zrobił mi kawał. No cóż, trzeba iść. Nie mogę przecież dać plamy. Siadam więc między ażurowymi przepierzeniami konfesjonału, a długonoga śliczna powoli robi striptiz. Ręce same zaczynają mi błądzić po jej aktywach, kiedy wybija mnie z transu ostry głos szefa knajpy. - Don’t touch pussy! Dosłownie baranieję. Miły nastrój pryska. Zrywam się na równe nogi. Nawet włosy stoją mi dęba. W Jessy Barze jest jednak inaczej, niż na Jamajce. Szef pilnuje dziewczyn, a więc nie wolno mi ich pogłaskać. Można, oczywiście, poczekać do czwartej rano, a potem pójść z dziewczyną do hotelu. Tyle tylko, że hotel sporo kosztuje, a pół godziny z tancerką to też wydatek w granicach dwustu dolców, a rano trzeba do roboty. A jeszcze można coś podłapać! Wołamy więc taksówkę i wracamy na nasze zardzewiałe pudło, po drodze marząc o ślicznych długonogich dziewczynach, ale tych naszych w kraju.