piątek, 7 stycznia 2022

URATOWANY ŻEGLARZ

Uratowany żeglarz Na suficie w mojej tawernie wisi niemiecki plakat na którym jest Horst Scholz i Jego jacht, który utonął w 1998 roku na zatoce meksykańskiej, a Horsta wyciągnęliśmy na burtę. Wtedy płynęliśmy 38-mio tysiącznikiem „ Lake Mead” do Corpus Christi w Teksasie. Rano wyszedłem jak zwykle na mostek, a tu 3-ci oficer melduje: - Panie Kapitanie, właśnie miałem do pana dzwonić. Po lewej burcie pływa coś dziwnego. Złapałem lornetkę, faktycznie na fali skakał jakiś biały punkcik, ni to jacht, ni to motorówka. Całkowicie nie wiadomo było co to jest? Był za daleko, żeby stwierdzić co to jest, ale mówię sobie przyjrzę się mapie zobaczymy, gdzie to jesteśmy?. Okazało się, że jesteśmy około stu mil na zachód od Florydy. Analizowałem i pomyślałem, nie mogą to być Kubańscy uciekinierzy, dlatego bo prąd Golfstrom zniósłby ich na wschód – na Florydę, na motorówkę było za daleko od lądu. Przemknęło mi przez głowę, że to może przemytnicy narkotyków. Ale jednak może to być też ktoś potrzebujący pomocy? - Panie Trzeci, lewo 15, niech pan skręci w lewo na niego - zadecydowałem - zobaczymy z bliska, co też tam pływa... Po sztormie zawsze bywa dobra pogoda, tak też było i dzisiaj. Po wczorajszym frontowym wietrze pozostała tylko mała fala, słoneczko odbijało się w niebieściutkim morzu. Podpłynęliśmy bliżej. Radar pokazywał odległość pięciu mil do znikającego małego białego punkciku. Nadal jednak nie mogliśmy rozpoznać, co to właściwie pływa? Nagle usłyszeliśmy zanikające wołanie w ukaefce. - Yacht calling ship! - Replying ship „Lake Mead”. Please give your position! – odezwałem się natychmiast. Ale w ukaefce zapanowała cisza. Nie wiedziałem więc, czy to odezwał się nasz biały punkcik, czy też inny jacht. Mogło to być wołanie z daleka. Kiedy znaleźliśmy się na czterech milach, widać już było przez lornetkę, że biały punkcik to jacht ze złamanym masztem. Wtedy znowu zacharczała ukaefka i odezwał się słaby głos. - Yacht calling ship! - Replying ship. Please give your position – powiedziałem. Wreszcie podał mi pozycję. - Trzeci, sprawdź pan tę pozycję na mapie!- poleciłem - Panie Kapitanie, to on, pozycja przed naszym dziobem! - Oh, my dear friend, what happened to you?-krzyknąłem. I see your yacht, we are approaching to you! - podchodzę do Ciebie. Are you alone? – zapytałem-czy jest sam. - I´m sinking. Can you help me? I’m sinking. Yes I´m alone! - odpowiedział. Więc tonie! Jest sam! Trzeba go ratować! Teraz było wszystko jasne. Przed nami tonął jacht, a siedział na nim samotny żeglarz. Ogłosiłem natychmiast alarm człowiek za burtą i zacząłem zwalniać maszyną, żeby zatrzymać naszego rozpędzonego ponad dwustumetrowego grata. - Co się dzieje z twoim jachtem –krzyknąłem . Czy mam go ratować? A on na to. - Jacht szybko nabiera wody. - Chyba nie da się go uratować... - Płynę do Corpus Christi, mogę cię tam zabrać. - Obojętnie w jakim kierunku! - krzyczał żeglarz. Mieliśmy na rufie dźwig gospodarczy, był za mały, żeby podnieść jacht z wody. Zatrzymałem statek w odległości około 50 metrów od tonącego jachtu. W tym momencie żeglarz przesiadł się na mały pontonik i wiosłował do naszej burty. Rzutka rzucona z pokładu trafiła prosto w ponton i po chwili samotnik został przyciągnięty do lewej burty naszego statku. W dole kiwał się biało niebieski jacht. Nosił nazwę „Inspiration”. Na jego podkładzie, w gęstwinie wantów, sztagów i żagli, leżał złamany maszt. Marynarze wyciągnęli na burtę dwa skromne woreczki uratowanego przez żeglarza mienia, a on sam wdrapał się po sztormtrapie. - Scheisse! - warknął nieoczekiwanie po niemiecku, tupiąc nogą i wskazując palcem na swój jacht. A chwilę potem, gdy zorientował się, że uratowała go polska załoga dodał niby po polsku dzienkuja, dzienkuja. W chwilę później stał już na mostku i ze łzami w oczach obserwował powolną śmierć swojego jachtu. - Captain, to jest tak, jakby tonęła połowa mojego serca, jakbym tracił moją ukochaną dziewczynę, w samotnym rejsie często z nią rozmawiałem... - Panie Chiefie! – krzyknąłem na pokład. – Trzeba wysłać dwóch ludzi tym małym pontonem żeglarza, żeby zobaczyć, czy na jachcie jeszcze kogoś nie ma! – pomyślałem, a może zamordował zonę i chce utopić jacht?- trzeba to sprawdzić. Bosman Jasiu i starszy marynarz Bogdan powiosłowali pontonikiem, walcząc z falą, na szczęście przywiązaliśmy ich liną, żeby potem można było ich ściągnąć. Na jachcie nie było nikogo-meldowali, ale uratowali pływający akordeon. Jacht tonął w oczach. Niemiecki żeglarz – dowiedzieliśmy się, że nazywa się Horst Scholz – obserwował to ze skrzydła i płakał. Żeby go uspokoić wlałem więc w niego nieco Jasia Wędrowniczka. Na mostek przynieśli akordeon i okazało się, że Chief Mechanik umie grać. Zagrał na skrzydle i była to niesamowita scena. Jacht tonął przy burcie, Horst płakał, a Chief Mechanik grał skoczne melodie. Wreszcie zrozpaczonego Horsta steward ulokował w armatorskiej kabinie. W sobotę wieczorem, przy szaszłyku, piwku i muzyce, żeglarz zaczął swoją długą opowieść o podróży, którą miał okrążyć świat. Opowieści towarzyszył Chief Mechanik, przygrywając na uratowanym akordeonie. Steward Rysiu szarpał struny swojej elektrycznej gitary. Wszyscy razem śpiewaliśmy uratowanemu żeglarzowi marynarskie piosenki i w ten sposób zawiązała się miedzy nami nić przyjaźni. - Wyruszyłem półtora roku temu z Peenemünde – opowiadał Horst. Jacht budowałem w Peenemünde – Miałem tylko dwa lata wolnego na opłynięcie świata... - A więc opłynąłeś prawie cały świat, żeby nas spotkać – przerwałem mu żartując. – Tymczasem, w linii prostej, mieszkamy od siebie niecałe dwieście kilometrów! - No właśnie. Przepłynąłem 26 tysięcy mil. Brakowało mi tylko jeszcze 5 tysięcy. Na Śródziemnym kółko by się zamknęło. Trzy lata samodzielnie budowałem ten mój jacht Slup. Miał osiem metrów. Był jednak chyba trochę za mały, jak na taką podróż. Zresztą, to materiały wysiadły, nie ja. Ale przecież wiesz, jak ciężko było o dobre materiały w komunistycznej NRD... Dotarłem do Emden i tam wpłynąłem na rzekę Ems. Kanałami i rzekami przeciąłem Europę, wypływając w końcu na Morze Śródziemne niedaleko Marsylii. Potem opłynąłem Śródziemne, zatrzymując się na Capri i na greckich wyspach. Przez Kanał Sueski dotarłem na Morze Czerwone. Potem był Egipt, Erytreja. Ta ostatnia cholernie gorąca... Miałem trudności z wydostaniem się na Ocean Indyjski, przeszkadzały wiatry i silny prąd przeciwny. Wreszcie dotarłem na piękne Maladivy, a stamtąd ruszyłem na Indonezję. Jednak na środku oceanu złapał mnie sztorm i połamał mi samoster. Przez następne dwanaście dni, czyli tysiąc mil, sam musiałem sterować na okrągło. Co chwila zasypiałem przy rumplu. Trwało to kilka minut, a budziłem się przestraszony, coś się stało? Próbowałem przespać się zrzucając żagle, ale wówczas fale chciały rozwalić jacht. Udało mi się jednak jakoś dopłynąć do Djakarty, gdzie naprawiłem samoster. A potem były przepiękne wyspy Bali i Lombok, z zachwycającymi dziewczynami. Aż dotarłem do Nowej Gwinei, gdzie na szczęście nie zostałem zjedzony. W drodze do Japonii schowałem się przed tajfunem na wyspie Guam, tam, gdzie Amerykanie mają swoją bazę. - Skąd wiedziałeś o nadchodzącym tajfunie? – zapytał radiooficer. - Z chmur i barometru, innych instrumentów do odbioru pogody nie miałem – odrzekł Horst. Na japońskich wyspach przyjmowano mnie niezwykle gościnnie. Tkwiłem tam prawie miesiąc. Aż żal było wypływać. Wreszcie zdecydowałem się na skok przez Pacyfik. I ruszyłem prosto do Vancouver w Kanadzie. To był najdłuższy przelot bez przystanku, 48 dni żeglugi. Płynąłem wysoko na północ – było cholernie zimno! – a nie miałem ogrzewania na jachcie... Nawet jednej ryby nie złowiłem. Na dodatek strach było tak płynąć we mgle bez radaru. Niekiedy słyszałem tylko huk maszyn przechodzącego obok statku. Wtedy modliłem się i liczyłem na to, że on widzi mnie w swoim radarze i nie przejedzie po moim małym jachciku... Nie stać mnie było na lepsze wyposażenie jachtu, dlatego nie miałem też tratwy ratunkowej, ani boi satelitarnej... -Ja Ci powiem Horst my takich małych jachtów przy dużej fali w radarze nie widzimy. - Nie narzekaj! – zaśmiał się chief. - Wyposażenie miałeś prawie jak Kolumb! - Zawitałem w końcu do Kanady. Znowu przepiękne widoki czystej natury. Przerwał, a okulary zaszły mu mgłą rozczulenia. Przyjrzałem mu się uważniej. Był niski, niepozorny, z kolczykiem w uchu. I chudy jak szczapa. Zajadał kurczaka, głośno mlaskając. A potem znowu zaczął mówić. Najwyraźniej samotność ostro mu dopiekła. A później szalone miasta u dołu amerykańskiego wybrzeża - San Francisco, San Diego, Acapulco... Nie potrafię opowiedzieć, co tam przeżyłem... No, ale trzeba było płynąć dalej. Wspaniała Kostaryka, Panama i już byłem na drugiej stronie! Teraz miałem już tylko mały skok przez Atlantyk i zakończyłbym kółko wokół świata! Po drodze zawinąłem jeszcze na meksykańską wyspę Mujeres, gdzie - jak sugeruje nazwa – znowu było pełno kobiet... Isla Mujeres. Resztę znacie. Uratowaliście mnie w drodze na Florydę. Żal jachtu, ale jestem optymistą, więc mam nadzieję, że wybuduję nowy i wybiorę się znowu na oceany. Tym razem jednak już nie sam... W ostatni odcinek podróży wypłynąłem z Meksyku, z wyspy Isla Mujeres. Chciałem dotrzeć na Florydę, to tylko trzy dni przelotu... Ale już w pierwszym dniu złamał mi się maszt. To nie był wielki sztorm. Tylko nieprzyjemne fale. No i nie wytrzymał przeżarty rdzą maszt. Wskoczyłem do wody i wyciągnąłem ten cholerny maszt na pokład. Wszystko było poplątane, ale udało się postawić mały żagielek. Wiatr zmienił się i mogłem teraz płynąć tylko w kierunku Nowego Orleanu. W nocy oświetlił mnie reflektorem duży statek m/s „Zeus”. Kapitan, jak się okazało mój rodak z byłej NRD, chciał mnie zabrać do Corpus Christi. Odmówiłem, bo myślałem, że na tym kawałku żagielka dotrę jednak samodzielnie do lądu i uratuję mój kochany jachcik. Ale się nie udało. Na trzeci dzień fala uderzyła w jacht i pękły śruby mocujące kil. Wtedy zaczął on przeciekać. Próbowałem uszczelnić przeciek, ale nie miałem szans. Potem przez następną dobę wybierałem wodę wiaderkiem i wołałem o pomoc małą przenośną ukaefką, lecz nikt mnie nie słyszał. Wyższa antena złamała się wraz z masztem. Nie miałem radia. Widziałem blisko przechodzące statki, nikt jednak nie odpowiadał na moje wołanie. Pomału wysiadały baterie w ukaefce. Zapaliłem wtedy silniczek, umocowany za burtą i na resztkach paliwa próbowałem dotrzeć do bardziej uczęszczanej trasy. Przepłynąłem jednak tylko 20 mil, bo skończyło się paliwo. Następnej nocy zdecydowałem się wystrzelić dziesięć czerwonych rakiet, akurat tuż przed dziobem płynących dwóch statków. Ale popłynęli dalej, nie zauważyli mnie...Nie zauważyli rakiet. Zostały mi dwie rakiety i zdechła ukaefka. Wtedy zacząłem się modlić. Wkoło kręciły się rekiny, chyba czekały na mój koniec. A rankiem ujrzałem was. Najwyraźniej ktoś tam na górze wysłuchał moich modłów... -A widzisz-mówię do niego- to ty posłałeś sygnał satelitarny swoją modlitwą do Pana Boga, który wrócił do mojej głowy, a ja zastanowiłem się i dlatego Cię wyłowiliśmy- zażartowałem. Ale myślę sobie, a może coś w tym jest, może tak było? Po dwóch dniach żeglugi dowieźliśmy naszego żeglarza do Corpus Christi w USA. Wielki świat nagle zainteresował się samotnym żeglarzem. Zjawiły się prasa, radio, telewizja. Dziennikarze prześcigali się, żeby uzyskać wyłączność na jego wspomnienia. Przy okazji, pokazywano też nas. Ukazywaliśmy się nawet na dwóch kanałach telewizyjnych W ten sposób samotny Horst stał się sławny, a my wraz z nim. Fetowali nas na przyjęciach miejscowi Niemcy. Telewizje chciały kupić moją video kasetę na której uwieczniłem całe ratowanie, ale podarowałem ją Horstowi. Jak się potem okazało, Horst miał na kasecie całą dokumentację tonięcia, i mógł uzyskać ubezpieczenie i kupił sobie za nie drugi jacht. Na ulicy nagle łapie mnie za rękaw munduru jakiś nieznajomy. - You look like Polish Captain! I saw You in Newspaper and TV! - krzyczał starszy, nieznajomy pan na ulicy w Corpus Christi...- To ty uratowałeś tego żeglarza? - Tak, ja - stwierdziłem dumnie - właśnie jedziemy znowu do telewizji... - Szkoda, że nie mam przy sobie kamery! Mógłbym pokazać cię moim polskim przyjaciołom w Chicago... Aha, jestem Litwinem, mieszkam w Chicago. Opowiem im, że cię spotkałem! Telewizja zrobiła z tonięcia Horsta show! Najśmieszniejsze było jak złapałem Horsta za uszy i pocałowałem go w czoło, a telewizja zrobiła z tego wielokrotne cmoknięcia w czoło. Samotny żeglarz Horst już nie żegluje sam. Tak jak zresztą zapowiedział. Odwiedza mnie w Szczecinie, gdzie wspólnie pływamy na moim jachcie o dźwięcznej nazwie „Mamuśka”. A kiedy zaprasza mnie do Berlina, regatujemy z kolei na nowym jachcie Horsta. Tak to powstała przyjaźni polskiego kapitana i niemieckiego żeglarza.

URATOWANY TRIMARAN XAVIERA

URATOWANY TRIMARAN XAVIERA Na ścianie mojej tawerny wisi malutki barometr. To prezent z uratowanego trimarana. W 1987 r. na "Powstańcu Listopadowym” uratowaliśmy (w sztormowej pogodzie) jacht trimaran. Jak to się zdarzyło? Płynęliśmy przez Biskaj, gdy nagle usłyszeliśmy „May Day. May Day Last Time”. Posztormowa pogoda, ale trzeba było szukać. Zaczęliśmy szukać, kto tu tonie? Raz krzyknęło i cisza w UKF-ce? Szukamy, płyniemy, płyniemy w kółko, wysoka fala i nagle patrzę jest malutki punkcik. Zbliżyliśmy się na 5 mil, a ja go raz widzę na fali, raz go nie ma. Przez lornetkę patrzę. Bliżej, bliżej. -Jest, jest, to jakaś łódka, to chyba ten woła pomocy. Jeszcze bliżej podpływamy patrzymy, a to trimaran ze złamanym masztem na pokładzie. -No to trzeba go ratować! Patrzę na pokładzie ludzie, są ludzie, macha jakiś człowiek, krzyczy. Podpłynęliśmy tak blisko, że jakiś człowiek zdążył wskoczyć na wyrzucony sztormtrap i wdrapał się na mostek. Okazało się, że to kapitan. Przedstawił się, jako właściciel trimarana Xavier Sergent i nagle powiedział: - Kapitanie jak chcesz nas ratować, to tylko razem z jachtem. To mój jacht. -My dear friend! –mówię. Nie mogę wyciągnąć Twojego jachtu, bo nie mam takiego dźwigu. Mogę natomiast uratować Ciebie razem z załogą. Ile tam masz tych załogantów? -Ano mam dwóch studentów. Płyniemy z Afryki do Francji. - Noo tak, widzę tam na pokładzie, już moja załoga wyciągnęła jednego ledwo żywego na burtę. - No- to jest Thomas, Thomas on słabo się czuje. -To nic, zaraz go tu wyleczymy- mówię. Mamy matkę Chrzestną statku na burcie. Natychmiast się nim zaopiekowała, wlała w niego trochę wódeczki, no i jakoś tam stanął na nogach. - Ale ja schodzę na jacht-mówi Xavier, jak nie chcecie mnie uratować z jachtem, to ja czekam, może jakiś inny statek podpłynie i razem mnie uratuje z jachtem. Ja nie zostawię jachtu! - Jak to sztorm, mówisz że jacht nabiera wody, ledwo co nie utonie?! A Ty ręka jakby złamana, reszta załogi chora! Jakiś desperat- myślę. -My dear friend! Nie mogę Cię tak zostawić! Nie mogę Cię puścić! -Ja schodzę!- krzyknął zdesperowany. -Jakiś szaleniec?- myślę sobie. Poczekaj!, poczekaj! –mówię. Może spróbujemy jakoś to na to zaradzić? Może spróbujemy… czekaj. Mamy trochę czasu, bo płyniemy do Lizbony, do Setubal na stocznię, many trochę czasu jeden dzień zapasu do chwili rozpoczęcia remontu. To może spróbujemy Cię podholować, zaholować Cię na redę blisko 60 mil do Portugalii, tu masz na mapie, Cabo Mondego, do takiego maleńkiego portu Figueira da Foz? - No to byłbym Ci bardzo wdzięczny Captain! - Ale, zaraz, zaraz, musisz podpisać taki list, że ratuję jacht, bo ja mogę ratować Ciebie i twoją załogę, ale jachtu nie wolno mi ratować bez tego listu… -Dawaj! – mówi. Wszystko podpisuję! Jestem ubezpieczony, wszystko ubezpieczenie zapłaci! No i tak to się stało, że nagle moja załoga weszła na jacht, obwiązała go cumami. - Musicie tak obwiązać, zrobić szelki, połączyć dwie cumy-440 metrów będzie, musicie wielkimi szaklami, ciężkimi obciążyć hol, żeby tonął w wodzie i musicie cały jacht pod kilem, bo jak bym pociągnął tylko za dziób, to bym Ci urwał dziób i rozwalił jacht z Tobą razem - tłumaczyłem. - Dobrze, dobrze Captain, tak zrobimy. Obwiążemy wszystko, będzie OK! Załoga już pracowała. -Jeszcze wyślę Ci mojego 2-go oficera na jacht, bo muszę mieć komunikację z UKF-ką, muszę wiedzieć, czy tam wszystko w porządku i czy się jacht nie rozpada?- informowałem Xaviera. Posłałem 2-go oficera, wziął UKF-ę, ale po pewnym czasie przeżył ciężką chorobę morską, bo przecież zszedł z 30-to tysiącznika na 11 metrów trimarana. Trudno się dziwić, ale doszedł do siebie i zaczął współpracować, komunikaty przesyłać. I w ten sposób ruszyliśmy, oczywiście Thomas został na burcie, a Xavier zszedł na jacht, stwierdzając: -Nieważna ręka, nieważne nic, muszę być na swoim jachcie. No i ruszyliśmy pomalutku, najpierw „bardzo wolno naprzód”, a potem się rozpędziłem, widziałem jak jacht skacze na fali –jak ta mała łupinka, raz w górę, raz w dół, raz go nie ma, raz jest. No ale 2-gi oficer meldował, że wszystko jest OK, nic się nie dzieje, to w końcu już 8 węzłów płynęliśmy. Nic się nie stało, doholowaliśmy ten jacht na redę maleńkiego, rybackiego portu Figueira da Foz koło Cabo Mondego. I tam okazało się, że w Niedzielę nie ma nikogo, kto mówi po angielsku, na szczęście mój hiszpański, połączony z portugalskim okazał się OK, dogadaliśmy, że wyruszyła łódka prywatna łódka, żeby zaholować trimarana do portu, no bo ja nie mogłem bliżej jak 2 mile dopłynąć, bo już było za płytko i dlatego załatwiłem konsultując z Xavierem. -Xavier -mówię, tutaj jest prywatna łódka, tyle będzie kosztowało, a jak bym Ci ratowników wysłał, to Ciebie to musiałoby kosztować bardzo dużo, to byłoby ratownictwo i może by Ci zarekwirowali jacht. A tu zapłacisz tylko tyle, mało! Dasz radę? - Tak jest, dziękuję ci, bardzo dobrze! To dobrze!- odpowiedział Xavier. No i łódka przypłynęła, Thomasa spuściliśmy na trimarana, a wciągnęli 2-go oficera. Podziękowania były wielkie, no łzy w oczach uratowanych, itd., okrzyki, entuzjazm i trzy długie syreną na pożegnanie i jeden krótki kapitański na koniec i tak to odholowano do Figueira da Foz trimarana. Dwa miesiące potem wyładowywaliśmy Powstańcem Listopadowym w Bordeaux. A tu przyjemna niespodzianka. Xavier Sergent, kapitan uratowanego trimarana, specjalnie przyjechał z Paryża, żeby podziękować za ocalenie. Przyniósł prezenty, przyniósł wino Bordeaux, całą ciężarówkę i oczywiście gościliśmy się przez cały dzień całą załogą. Ja opowiadałem i on opowiadał, co przeżyliśmy podczas holowania. Podziękowań było wiele i zostaliśmy przyjaciółmi. Dowiedzieliśmy się, jak w sztormie złamał im się maszt i że skończyły im się baterie ukaefki, wyładowane od wielogodzinnego wołania. Wystrzelali też wszystkie rakiety, nikt nie pospieszył im na ratunek, a my odebraliśmy ich ostatnie wołanie o pomoc, bo skończyły się im baterie UKF-ki. A na koniec Xavier z uśmiechem powiedział, że nigdy tak szybko nie pływał, a szczególnie, na dodatek na holu. Okazało się, że Xavier Sergent jest dyrektorem atomowej elektrowni. I jest zapalonym żeglarzem. Mieliśmy więc wspólne zainteresowania. Otóż potem, przez dwa lata, pisywaliśmy do siebie listy. Xavier namawiał mnie, abyśmy wspólnie wyruszyli jachtem w świat. No, ale jakoś nie zdecydowałem się z nim płynąć. Ale przydarzyło się, że moja córka wyszła za mąż i zafundowałem młodej parze podróż poślubną do Francji. Dodatkowo napisałem o tym Xavierowi. Odpisał długim listem. Narysował w nim swój domek pod Paryżem. A także kamień, pod którym chował klucz. To była jego ilustrowana informacja, na wypadek gdyby nie było go w domu. Napisał, to jest dom, z którego Ty i Twoi przyjaciele, zawsze mogą korzystać... A potem odebrał moich bliskich w Paryżu i przez tydzień wspaniale ich gościł w swoim domu i obwoził po Paryżu. Naprawdę mówię Wam, nigdy nie wiadomo, co z czego może wyniknąć. Jak „Kuba” Bogu, tak Bóg „Kubie”!

URATOWANA JUDY

URATOWANA JUDY Na ścianie mojej tawerny wiszą podziękowania od USCG za moje ratownictwa na wodach USA. Któregoś roku zostałem nawet nominowany do nagrody ustanowionej w Washington za trzy moje akcje ratownicze podczas jednego tylko roku. Przypominają mi te podziękowania między innymi uratowaną Judy. Kiedyś w mojej tawernie zasiadło 12-tu sławnych Kapitanów Jachtowych z Bractwa Wybrzeża, a ja im opowiadałem o moim ratowaniu żeglarzy. W 1980 roku wypłynąłem na m/s „Care” w Norfolku, gdy nagle zaczęły latać nad nami samoloty. Morze dymiło od rzucanych przez nie pławek. Okazało się, że wytyczały one nam trasę do tonącego jachtu, którego jeszcze nie widzieliśmy. Nasz m/s „Care”, z filipińską załogą, płynął na ratunek pełną szybkością. Załoga już przygotowywała statek do podjęcia rozbitków. Na wzburzonym morzu wreszcie zamajaczyła maleńka łupina. Miała złamany maszt i szybko nabierała wody. Powszechne było zdziwienie, gdy na jej pokładzie dojrzeliśmy samotną dziewczynę. Nasz czterdziestotysięcznik zasłonił tonący jacht, zaś Filipińczycy sprawnie wyciągnęli dziewczynę na pokład „Care”. Dziewczyna nazywała się Judy Lawson. Była nie tylko samotną żeglarką, ale w dodatku dziennikarką „Observera”. Słaniała się ze zmęczenia. Załamującym się głosem wyszeptała: - Ratujcie mój jacht... - Postaramy się – odrzekłem. I poleciłem stewardom zaprowadzić ją do kabiny. Z dużym trudem podnieśliśmy potem tę jej łupinę z wody. Założyliśmy slingi pod jacht. Morze było silnie wzburzone. Na dźwigu siedział Filipińczyk, a ja kierowałem akcją tak, żeby poderwać jacht do góry i nie połamać naszego dźwigu. Udało się jacht był na pokładzie! Trochę czasu zajęło też zamocowanie jachtu na pokładzie. Ale w końcu wszystko było gotowe i mogliśmy wrócić do swoich zajęć. Nazajutrz Judy była już w lepszej formie. Dowiedzieliśmy się, że płynęła w regatach samotników „Ostar 80”, z Anglii do USA z Plymouth do New Portnews. Płynął w nich też nasz żeglarz Kazimierz „Kuba” Jaworski. Judy była w czołówce regat, gdy dopadł ją sztorm. Stało się to na dwa dni przed metą. Wichura złamała maszt, a jacht zaczął tonąć. Tymczasem nasz wielki „Care” płynął do Gibraltaru z szybkością szesnastu węzłów. A umocowany na pokładzie jacht Judy cały czas nadawał sygnały przez satelitę. W ten sposób amerykańscy telewidzowie, śledzący przebieg regat w telewizji, dosłownie osłupieli. Bo oto jacht ich zawodniczki nagle zaczął płynąć do Gibraltaru. Tak jakby zawodniczka postradała zmysły, albo zdolność żeglowania. Naturalnie, nic nie wiedzieli o najnowszych przygodach samotnej żeglarki. Rozpieszczana przez załogę Judy całkowicie o nadawanych sygnałach zapomniała. Nieustannie przeprowadzała ze wszystkimi wywiady, a nawet kręciła film. Do mnie mówiła Charlie, bo źle jej się wymawiało Włodek, Fłodek. - Charlie! Dawno nie widziałam marynarzy- stwierdziła przytulając się do mnie. - Judy, a ja dawno pięknej żeglarki- dodałem. Po ośmiu dniach wpłynęliśmy na redę do Gibraltaru. Natychmiast przybyła do nas prasa, telewizja, bo już się rozniosło, że mamy Judy na pokładzie. Miałem więc odpowiednie audytorium, aby nieustannie podkreślać, że to Polak uratował Amerykankę. Wyładowaliśmy też jacht, częściowo zreperowany przez załogę. Potem czule pożegnaliśmy Judy i wypłynęliśmy do rumuńskiej Konstancy. Podróż minęła bez większych przygód. A kiedy dobiliśmy wreszcie do portu, na kei dostrzegliśmy naszą Judy i moją żonę. - Stęskniłam się za wami, przyleciałam samolotem...- krzyczała Judy. Co było robić? Wydaliśmy powitalne party, które skończyło się w miejscowej knajpie. Nieszczęścia jednak lubią chodzić parami. Kiedy wracałem z Judy z tanecznego parkietu, nagle stwierdziła brak torebki z pieniędzmi i dokumentami. Narobiliśmy więc szumu w czterech językach. Elektryk Chilijczyk krzyczał po hiszpańsku, Judy po amerykańsku, Filipińczycy we swoich dialektach. Zaś ja darłem się po rosyjsku, który to język dobrze tu rozumiano. Okazało się jednak, że kierownictwo lokalu nie jest zainteresowane kradzieżą. Pojawił się nawet pośrednik złodzieja, bezczelnie żądając dwustu dolarów za paszport Judy. Powiadomiliśmy więc naszego agenta i dopiero on sprowadził policję. Owszem, przyjechali. Związali nawet jakiegoś Rumuna. Ale przy okazji wcisnęli nas do kibitki i zawieźli do aresztu. Mimo, że w czterech językach tłumaczyliśmy, co się naprawdę stało. A nawet ich straszyliśmy! Judy zagroziła, że wszystko opisze w gazetach. Jednak zlekceważyli nas. Oczywiście, nic się nie znalazło. Natomiast Judy poszła następnego dnia do amerykańskiej ambasady, gdzie bez problemów dostała drugi paszport i pieniądze. Po czym odleciała do domu. Później pisała do mnie listy, w których niezmiennie zamieszczała przepiękne cytaty z powieści Conrada-Korzeniowskiego. Uważała go, bowiem za największego pisarza – marynistę, jaki kiedykolwiek tworzył. W tych listach pisała, że teraz, po przygodzie z naszym statkiem, ma wśród amerykańskiej Polonii całą masę przyjaciół. Podróżując po Stanach opowiada i wyświetla film o swoim dramatycznym rejsie i cudownym uratowaniu. W jakiś czas potem trafiłem do Houston, w Teksasie. - Hallo Charlie – witali mnie stewedorzy! Skąd znają mnie?- zdziwiłem się. Okazało się, że zna mnie tam i w całym USA i wita sporo osób. Była to zasługa telewizyjnego programu Judy, która mocno mnie zareklamowała. Niedługo potem nadszedł od Judy list, w którym donosiła: – „Piszę książkę o naszym wspólnym rejsie i o Was. Latem znowu będę samotnie przepływała Atlantyk. Dobrze byłoby, żebyś kręcił się gdzieś w pobliżu”. Judy odeszła już na wieczną wachtę! Cześć Jej Pamięci!

TURADE

TURADE Stałem kiedyś „Powstańcem Listopadowym” na stoczni w Setubal w Lizbonie. Świetna okazja, żeby zobaczyć portugalską Turade, czyli corridę po portugalsku. Załatwiłem więc wycieczkę dla załogi na arenę Santarém w Lizbonie. Jest to fenomen społeczno-kulturowy, zadziwiające połączenie widowiskowego sportu i wysokiej sztuki - to show i obrzęd religijny w jednym, w którym biorą udział tylko wyjątkowo odważni ludzie. W portugalskich walkach byków nie wolno zabijać zwierzęcia. Przeciwnikami w pierwszej rundzie walki są: byk z nałożonymi na rogi kapturkami i jeźdźcy Cavaleiros. Portugalska corrida de touros składa się z czterech odsłon. Najbardziej emocjonującą z nich jest Forcados. Forcado, czyli członek zespołu, odgrywa tzw. "zatrzymanie wzroku", finałową scenę typowej w Portugalii walki byków. Grupy odgrywające ten spektakl charakteryzuje to, że w przeciwieństwie do Matadorów oraz Cavalieros nie są profesjonalistami - walczą z bykiem z zamiłowania i chęci kontynuowania wieloletniej tradycji. Ci wspaniali, doskonali jeźdźcy – wywodzili się w minionych wiekach wyłącznie z arystokracji. Odziani w paradne stroje harcują na koniach wbijając w kark byka specjalne, krótkie włócznie banderillas, doprowadzające zwierzę do wściekłości. Na arenę na pięknym koniu wjechał odziany w tradycyjny XVIII-wieczny strój (cavaleiro). Po początkowej rundzie honorowej cavaleiro opuścił arenę witany wspaniałym aplauzem publiczności. Teraz na arenę wpuszczono byka z osłonami na rogach – zwierzę wcale jeszcze nie wyglądało groźnie. Ale wybiła godzina dla cavaliero na swoim pięknym i doskonale ujeżdżonym koniu jeździec wykonywał śmiałe manewry, ciągle atakując byka – touro. Wbijał po kolei w kark i szyję byka 12 banderillas. Kolorowe wstążki na włóczniach dodatkowo drażniły zwierzę. Był to przepiękny pokaz nadzwyczajnego kunsztu jeździeckiego. Cavaliero trzymając dwie banderillas w dłoniach, kierował koniem tylko nogami, a koń tańczył wokoło byka i unikał jego rogów. Cavaleiros cieszą się w portugalskich walkach byków najwyższym szacunkiem. Ci wspaniali jeźdźcy w strojach z XVIII wieku wzbudzają zachwyt tysięcy ludzi zgromadzonych na arenie corridy. Kiedy cavaleiro osiągnął swój cel, opuścił arenę przy burzliwych oklaskach publiczności. Wierzchowce biorące udział w walkach byków to osobny temat. Na zwykłym koniu nie ma co wjeżdżać na arenę – na widok szalejącego byka, zrzuciłby z siodła każdego jeźdźca. Dlatego już od XVIII wieku w corridzie biorą udział tylko konie luzytańskie. Równać się z luzytanami pod względem charakteru nie może żadna inna rasa – odznaczają się niezwykłą wytrzymałością i fenomenalną odwagą. Taki koń wart jest fortunę. Nastąpił drugi akt spektaklu pojawiał się pikador – jeździec z lancą, który miał za zadanie przewrócić na ziemię wściekłego i rannego byka. Nie udało mu się to jednak i musiał salwować się ucieczką, bo oto byk mało go nie przewrócił razem z koniem. Przyparł go do barrery, podniósł konia na rogach zahaczając o derki ochraniające, obłożone na bokach konia. Jeździec wbił lancę w kark byka i udało mu się uwolnić. Na szczęście jeźdźcowi i koniowi nic się nie stało. Nie było jednak aplauzów. Publika była niezadowolona. Akt trzeci był szczególnie emocjonujący, gdyż była tu tzw. pega – walka bez broni. Młodzieńcy Forcados mieli na celu okiełznanie rozwścieczonego zwierzęcia, używając tylko siły własnych mięśni. Forcados nie mają tak drogich strojów, jak cavaleiros – w przeciwieństwie do jeźdźców-arystokratów pochodzą zawsze z prostego ludu. Zazwyczaj ośmiu forcados ustawia się jeden za drugim i prowokuje byka tak długo, aż ten pobiegnie za nimi z pochyloną głową. Najważniejsze zadanie ma teraz forcado stojący na przedzie: musi rzucić się na rogi byka. Aby się uratować, musi wykonać śmiały skok, najlepiej przez rogi byka lub złapać go za rogi i trzymać. Potem wszyscy forcados próbują powalić byka na ziemię, bez użycia broni, popychając go z boku i wieszając się całym ciężarem na ogonie zwierzęcia. Forcados podzieleni byli na grupy, na drużyny po ośmiu zawodników. Każda ósemka forcados miała wyraźną organizację. W grupie byli „obrońcy”, „pomocnicy” i „napastnicy”. Przed walką na rogi byka zakładają specjalne skórzane ochraniacze, mające łagodzić uderzenia. Niestety żadne osłony nie uratują forcado, jeśli zrobi choć jeden fałszywy ruch – najmniejsza pomyłka może skończyć się utratą zdrowia, a nawet życia. Do walki z bestią stanęło wężykiem ustawionych jeden za drugim ośmiu forcados, a na czele stał mały, dziarski, chyba gardzący śmiercią. Wyszedł zwierzęciu naprzeciw, próbował przykuć uwagę byka, krzyczał i powoli krok za krokiem zbliżał się w jego stronę. Kiedy byk ruszył, mały szykował się do skoku na jego rogi. W ostatnim momencie odskoczył do tyłu, żeby zmniejszyć siłę uderzenia byka, objął go za rogi i wisiał na nich w powietrzu, ale po chwili wściekły byk potrząsnął tak głową, że mały już fruwał w powietrzu. Podniósł się z ziemi, a koledzy forcados odgonili byka i znowu ustawili się wężykiem do walki. Tym razem mały rzucił się na rogi i trzymał się mocno, a pozostali forcados rzucili się na bestię, złapali go za ogon i po ciężkiej walce powalili na ziemię. Zmęczony byk leżał a forcados tryumfowali, oglądając swoje siniaki i pozując do wspólnego zdjęcia. Aplauz publiczności był wspaniały! Scena ta powtarzana była kilkakrotnie, z udziałem innych drużyn forcados i z różnym efektem… Czasami wszyscy musieli uciekać, jednego poturbowanego wyniesiono, ale potem wracali i powalali byka. Te mrożące krew w żyłach sceny szczególnie działały na Matkę Chrzestną naszego statku, bo piszcząc zamykała oczy, a potem pytała jak było? Publika jednak wyła z zachwytu nad odwagą młodzieńców i nagradzała ich bogato oklaskami. Ci młodzi mężczyźni wielokrotnie ryzykowali swoje zdrowie dla tego spektaklu i sławy. Musieli mieć do siebie pełne zaufanie. Każdy z nich wierzył, że gdy stanie twarzą w twarz z rozjuszonym bykiem, współtowarzysze zrobią wszystko, aby nic mu się nie stało. Podczas trwania Tourady wśród forcados zawiązują się prawdziwe przyjaźnie. Miałem też i ja takiego przyjaciela w Lizbonie, Cavaliero, który podarował mi na pamiątkę banderillas, to te, które wiszą teraz na ścianie w mojej Tawernie.

SKWER KAPITANÓW CAŁOŚĆ

SKWER KAPITANÓW cz 1 Po długich naszych staraniach odsłoniliśmy na Łasztowni na murze przy „Starej Rzeźni” tablicę, na której widniało: Rada Miasta Szczecin Uchwałą nr VIII/152/15 z dnia 26 maja 2015 r. nadała temu miejscu nazwę „SKWER KAPITANÓW”. Wreszcie mieliśmy swoje miejsce, gdzie mogliśmy działać i się spotykać. Ruszyłem więc do współpracy z Panią Prezes CSL Laurą Hołowacz. Najpierw zaczęliśmy wyposażać „Messę Kapitańską” w Starej Rzeźni. Wiele pamiątek zawieszałem osobiście. Odsłoniliśmy portrety sławnych kapitanów prekursorów szkolnictwa morskiego w Szczecinie: -Kpt.ż.w. Konstantego Matyjewicza-Maciejewicza- Kapitana Kapitanów, dyrektora pierwszej PSM w Szczecinie na Al. Piastów, odsłaniał Jego wnuk St.Mech.Okręt. Janusz Maciejewicz. - Kpt.ż.w. Antoniego Ledóchowskiego – wykładowcę astronawigacji w pierwszej PSM, odsłaniał Jego syn kpt.ż.w. Wincenty Ledóchowski, - Kpt.ż.w. Zbigniewa Szymańskiego- dyrektora drugiej PSM w Szczecinie na Wałach Chrobrego, odsłaniała Jego siostra. - Kpt.ż.w. Eugeniusza Daszkowskiego – Rektora WSM w Szczecinie. Pan Rektor AMS prof. dr hab. kpt.ż.w. Wojciech Ślączka gratulował nam pomysłu upamiętnienia Sławnych Kapitanów. Byłem inicjatorem i organizatorem odsłonięcia portretów i podczas odsłonięcia portretu kpt.ż.w. Dyrektora Zbigniewa Szymańskiego, nagle włączyli się Starsi Mechanicy Okrętowi i wręczyli mi „Honorową Złotą Odznakę 35-cio lecia Stowarzyszenia Starszych Oficerów Mechaników Morskich”. Złotą Odznakę przypięli mi do klapy białego munduru, a dyplomie było napisane: Kpt.ż.w. Włodzimierzowi Grycnerowi Wiceprzewodniczącemu Klubu Kapitanów Żeglugi Wielkiej Prezesowi Ligi Morskiej i Rzecznej Komodorowi „Flisów Odrzańskich” Wyrażając uznanie za serce i zaangażowanie w pracy na rzecz środowiska ludzi morza kultywowanie tradycji morskich i polskiej bandery dla dobra naszej Ojczyzny Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej Odznakę tę noszę dumnie, bo jestem pierwszym odznaczonym przez mechaników kapitanem. W „Starej Rzeźni” organizowaliśmy wiele uroczystości, występów, wystaw itp. W 2016 roku byłem inicjatorem i organizatorem pierwszej wystawy fotograficznej kpt. ż.w. „KAPITANOWIE” (autorstwa mistrza fotografii Andrzeja Łazowskiego). Eksponowanych było ponad 60 artystycznych portretów kapitanów i powstał z tej wystawy wspaniały film. W 2017 roku zorganizowałem uroczyste odsłonięcie na murze „Skweru Kapitanów” zabytkowej kraty do drzwi z PŻM-mu. A w maju 2017 roku z okazji 70-cio lecia Szkolnictwa Morskiego w Szczecinie zorganizowałem odsłonięcie na „Skwerze Kapitanów” 6 tablic Św. P.Sławnych Kapitanów”. Tworzyłem te tablice w drukarni Kadruk u przyjaciela Mariusza Kotarskiego, a ufundowała je CSL, czyli Pani Laura Hołowacz. Ponieważ stwierdziłem, że „Skwer Kapitanów”, to także Skwer Kapitanów Jachtowych, więc zwróciłem się do Prezesa ZOZŻ Zbigniewa Zalewskiego o wytypowanie na tablice dwóch najsławniejszych naszych żeglarzy. Wytypowali j.kpt.ż.w. Ludomira Mączkę „Ludka” i j.kpt.ż.w. Kazimierza Jaworskiego „Kubę”. Wymyśliłem i stworzyłem te tablice, na 70-cio lecie Szkolnictwa Morskiego w województwie zachodniopomorskim. To byli Św.P. kapitanowie, prekursorzy szkolnictwa morskiego w Szczecinie, a kto? Tablicę: -Kpt.ż.w. Konstantego Matyjewicza-Maciejewicza”Macaja”- Kapitana Kapitanów, dyrektora pierwszej PSM w Szczecinie na Al. Piastów, odsłaniał wnuk St.Mech.Okręt. Janusz Maciejewicz i wnuczka Julitta Surmacka z mężem. - Kpt.ż.w. Antoniego Ledóchowskiego – wykładowcę astronawigacji w pierwszej PSM, odsłaniał syn kpt.ż.w. Wincenty Ledóchowski, - Kpt.ż.w. Zbigniewa Szymańskiego- dyrektora drugiej PSM w Szczecinie na Wałach-odsłaniała Jego siostra. -Kpt.ż.w. Andrzeja Huzę- komendanta Liceum Morskiego- odsłaniał kpt.ż.w. Włodzimierz Grycner, -J.kpt.ż.w. Ludomira Mączkę „Ludka”, „Ludojada” - odsłaniał j.kpt.ż.w. Janusz Charkiewicz -J.kpt.ż.w. Kazimierza Jaworskiego „Kubę”- odsłaniała Jego małżonka. Uroczystość, którą prowadziłem była wspaniała, filmowała telewizja i opisywała prasa, uczestniczyło w niej wielu marynarzy i mieszkańców Szczecina. Poszedłem za ciosem i wymyśliłem i stworzyłem 6 tablic żyjących Sławnych Kapitanów. Wzbraniali się Kapitanowie, że to pośmiertnie robi się takie tablice, ale przekonałem Ich, że to właśnie teraz na 70-cio lecie szkolnictwa morskiego, trzeba pokazać tych, którzy nas uczyli i mogą jeszcze o tym opowiadać. Wybrałem Tych, bo po Dyrektorze PSM kpt.ż.w. Zbigniewie Szymańskim w przekształconej z PSM-ki na WSM-kę Rektorem został kpt.ż.w. Eugeniusz Daszkowski, a następnie kpt.ż.w. Aleksander Walczak, wykładowcą był kpt.ż.w. Lech Jasiński i kpt.ż.w. Józef Gawłowicz. Wybrałem też dwie najsławniejsze Panie Pierwszą w Polsce kpt.ż.w. Danutę Kobylińską - Walas i Pierwszą kpt.ż.w. rybołówstwa Elżbietę Trzeciak –Zawadzką. Tablice Żyjących Kapitanów odsłoniliśmy na „Skwerze Kapitanów” 11 listopada 2017 r. na Święto Niepodległości. Odsłaniali: - kpt.ż.w. Eugeniusza Daszkowskiego- Jego córka, - kpt.ż.w. Aleksandera Walczaka- Jego małżonka, - kpt.ż.w. Lecha Jasińskiego – Jego wnuk, - kpt.ż.w. Józefa Gawłowicza – Jego małżonka, - kpt.ż.w. Danutę Kobylińską – Walas – Jej wnuczka, - kpt.ż.w. rybołówstwa Elżbietę Trzeciak –Zawadzką- Jej syn, Uroczystość, którą prowadziłem była wzruszająca. Wnuczka kpt.ż.w. Danuty Kobylińskiej-Walas, (która przyjechała z Warszawy), odczytała list od chorej babci, w którym Pani Kapitan dziękowała, i przepraszała, że nie może przyjechać, bo: „sól zżarła jej stawy”. Kpt.ż.w. Jerzy Niemiec wręczył kwiaty wnuczce kpt.ż.w. Danuty Kobylińskiej- Walas, a ja wręczyłem wnuczce małą kopię odsłoniętej tablicy kpt.ż.w. Danuty Kobylińskiej- Walas. Była telewizja, prasa, przybyło wielu marynarzy i mieszkańców Szczecina. Pan Rektor Akademii Morskiej w Szczecinie prof. dr hab. kpt.ż.w. Wojciech Ślączka życzył mi dalszych pomysłów w zagospodarowaniu „Skweru Kapitanów”. No i wziąłem się dalej do upiększania Skweru Kapitanów, ale tym opowiem w następnej części. SKWER KAPITANÓW cz 2 Celem zwiększenia współpracy dnia 14 sierpnia 2017 roku zawarliśmy trójstronne porozumienie między „Fundacją Moja Łasztownia”, a Szczecińskim Klubem Kapitanów Żeglugi Wielkiej i Ligą Morską i Rzeczną. Byłem sygnatariuszem porozumienia, którego pierwszym projektem był „Niepodległość a Maszt”. Wziąłem się więc ostro do roboty celem przygotowania w 2018 roku uroczystości obchodów 100-cia odzyskania przez Polskę niepodległości. Postanowiłem upiększyć, uatrakcyjnić, wzbogacić „Skwer Kapitanów”. Na początek stworzyłem mój autorski projekt mapę nr 1, na której na Odrze umieściłem 120 portów, marin, nabrzeży. Robiłem tę mapę dwa miesiące, na szczęście przecież znałem Odrę, jako Kapitan Żeglugi Śródlądowej i 20-to letni Komodor Flisów Odrzańskich. Była to pierwsza taka całościowa mapa dla żeglarzy, którzy teraz dowiedzieli się gdzie mogą zacumować. Tę mapę „Odrzańskie porty, mariny i przystanie turystyczne” i drugą „Śródlądowe drogi wodne w Polsce” oprawiłem w aluminiowe ramy i powiesiłem na murze „Skweru Kapitanów”. 09 czerwca 2018 roku podczas pięknej uroczystości osobiście odsłoniłem mapy. Wzdłuż mojej mapy umieściłem herby województw nadodrzańskich. Licznie zgromadzonym kapitanom, żeglarzom, wodniakom uroczystość umilał śpiewem i tańcem dziecięcy zespół „Żagielek”, a wiersze czytali szczecińscy poeci. Na „Setną Rocznicę Odzyskania Niepodległości” w 2018 roku wymyśliłem ekspozycję „Statek”. Potrzebne były mi eksponaty, maszt, kotwice, winda kotwiczna, śruba okrętowa-, których zacząłem szukać. Szukałem masztu i kolega Czesław Dziembaj podpowiedział mi, że taki jest z hangarze w jacht klubie „Pogoń”. Gdy tam się udałem, to przyjaciel bosman mówi: - Mam dwa maszty, bierz. Wybrałem jeden i dostałem go w prezencie na „Skwer Kapitanów”. Ma 12 metrów i był podniszczony, ale szybko z przyjacielem Kapitanem Jachtowym Tomkiem Włochem oczyściliśmy go, oskrobaliśmy i dwa razy pomalowaliśmy na niebiesko. Zresztą w następnym roku znowu go pomalowaliśmy. Przy pomocy specjalisty od takielunku, (który ufundowała CSL) razem z Mirosławem Marciniakiem postawiliśmy maszt na „Skwerze Kapitanów”. Kotwicę i śrubę okrętową dostałem od „Uniwersytetu Szczecińskiego”. Uniwersytet właśnie sprzedawał „Dom Marynarza”, przed którym leżały nasze PŻM-mowskie kotwice i śruba okrętowa. Napisałem do pana Rektora list w imieniu LMiR i dostałem kotwice i śrubę w prezencie na „Skwer Kapitanów”. Ze stoczni dawnej „Parnicy” dostałem windę kotwiczną ze stateczku „Balbina”, który 50 lat pływał po Szczecińskiej stoczni. -Panie Kapitanie, bierz pan, właśnie obcięliśmy dziób „Balbinie” i ją przerabiamy na prom do Szwecji. Winda Panu się przyda na „Skwer Kapitanów”- dzwonił do mnie konstruktor. Wszystkie te eksponaty czyściłem i malowałem razem z Rysiem Bieńkiem i pomocnikami. Malowała też moja Grażynka i student LMiR AMS Egipcjanin Omar. Wreszcie ekspozycja „Statek” była gotowa: Na dziobie: zapasowa kotwica i kotwica po lewej i po prawej burcie, za kotwicą kluza kotwiczna i winda kotwiczna, za nimi śruba okrętowa i maszt (na rufie). 11 Listopada 2018 na uroczystość „Niepodległość Na Maszt” obchodów „Setnej Rocznicy Odzyskania Przez Polskę Niepodległości” na maszcie uroczyście podnieśliśmy Banderę Polski, na wantach „Galę Banderową”, a pod salingiem podnieśliśmy nowo zrobione proporce: SKKŻW. SKKJ, CSL i o godz. 11.11. przy akompaniamencie muzyki z głośników odśpiewaliśmy „Hymn Polski”. „Jeszcze Polska nie zginęła”! Przy maszcie stali w mundurach Kapitanowie Żeglugi Wielkiej, Kapitanowie Jachtowi, Studenci Akademii Morskiej w Szczecinie z Koła LMiR AMS i Pani Laura Hołowacz. Uczciliśmy też 100 lat LMiR odsłaniając tablicę „Memoriał”, który stworzyłem z dr Elżbietą Marszałek wiceprezesem ZG LMiR i zebrałem na niej 14-cie pieczątek „Stowarzyszeń Morskich” miasta Szczecina. Tablicę zawiesiłem na murze „Skweru Kapitanów”, a odsłaniali ją ze mną Rektorzy WSM dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak i kpt.ż.w. Eugeniusz Daszkowski w asyście studentów AMS z Koła LMiR oczywiście. Wokoło uczestniczyli w tej podniosłej uroczystości: kapitanowie, żeglarze, wodniacy i wielu mieszkańców Szczecina. Była jak zwykle telewizja i prasa. Chciałem zrobić tablicę na mur ze statkami PŻM i rozmawiając o tym w PŻM, dowiedziałem się, od kolegi kpt.ż.w. Mirosława Folty, że: - Mamy takie tablice! My takie tablice mamy, leżą na magazynie i niszczeją! - To dawaj mi je!- ucieszyłem się. - Bierz! Nam są już niepotrzebne, były kiedyś na wystawie 60-cio lecia armatora. Tylko musisz je odrestaurować. - Dam radę, będą piękne. Pokażemy znowu PŻM- stwierdziłem. Wyciągnąłem z magazynu PŻM osiem tablic z czaro-białymi i kolorowymi statkami, odnowiłem, oprawiłem w aluminiowe ramy(ufundowane przez CSL) i zawiesiłem na murze „Skweru Kapitanów”. Na święto „Dni Morza” Tablice odsłonili kapitanowie, mechanicy z PŻM razem z Duszpasterzem marynarzy ks. Stanisławem Flis i studenci LMiR AMS. Była prasa i telewizja i oczywiście moje relacje na facebooku, które kręciła moja Grażynka, oglądali marynarze na świecie. Tak napisał do mnie (Oriona) były marynarz. Panie Włodku Matrosy patrzeli na swoje statki łezka się nie jednemu zakręciła, WSPOMIENIA. Naszego PŻM. Matrosy się spotkali powspominali, a czy ORIONOWI padło słowo DZIĘKUJĘ? Ja Panu dziękuję, w imieniu POLSKICH MARYNARZY za wkład Pana pracy na SKWERZE KAPITANÓW. Tak trzymać. Ahoj! Stefan Potrawiak / USA Wymyśliłem i stworzyłem tablicę 162 Kapitanów Żeglugi Wielkiej. Zdjęcia dostałem od Krystyny Pohl z Jej książek „Kapitanowie”. Dodatkowo rozesłałem wiadomość do kpt.ż.w. z propozycją umieszczenia ich zdjęć na tej tablicy i przesłanie mi zdjęcia. Planowałem Tablicę tej samej wielkości, co Tablice statków PŻM, wielkości 2 metry na 1.5 metra, na takiej tablicy dobrze widocznych było tylko 162 zdjęcia. Nie mogłem więc zrobić tablicy wszystkich szczecińskich kapitanów, a było ich podobno około 700. Zdawałem sobie sprawę, że będą niektórzy niezadowoleni, że ich na tablicy nie ma. Jednak od czegoś trzeba zacząć- postanowiłem. Żeby nikogo nie wyróżniać ustawiłem zdjęcia w kolejności alfabetycznej. Skonsultowałem moją ideę w moim przyjacielem i nauczycielem Rektorem WSM dr kpt.ż.w. Aleksandrem Walczakiem, projekt wymyśliłem i ułożyłem zdjęcia w drukarni „Kadruk” u przyjaciela Mariusza Kotarskiego. 29 września 2019 roku na uroczystości odsłonięcia Tablicy Kapitanów Żeglugi Wielkiej wpadłem na ciekawy pomysł odsłonięcia tablicy. Rozciągnąłem na trawie długą niebieską taśmę zawieszoną na tablicy, jakoby „cumę” i zaprosiłem kapitanów do wspólnego odsłonięcia tablicy. -Rzucić cumę! – krzyknąłem i 15-tu kapitanów „odcumowało” naszą „Kapitańską Tablicę”. „Skwer Kapitanów” stawał się coraz piękniejszy, przewodnicy oprowadzali po nim wycieczki, a my marynarze, żeglarze, wodniacy organizowaliśmy na nim kolejne uroczystości. A ja ciągle myślę jak go jeszcze upiększyć i uatrakcyjnić?! Tak pracuję społecznie, że Pani Laura Hołowacz nazwała mnie „Kapitanem Skweru Kapitanów”. Teraz o nasz „Skwer Kapitanów” trzeba dbać, poprawiać, czyścić, kosić trawę, dlatego regularnie tam jestem, a pomaga mi Kapitan Jachtowy Tomek Włoch i Ryszard Bieniek. A Kurier napisał. Data publikacji: 04 maj 2019 Szczeciński Klub Kapitanów Żeglugi Wielkiej i Centrum Kultury Euroregionu „Stara Rzeźnia” przygotowały wiosenną ekspozycję na znajdującym się na Łasztowni Skwerze Kapitanów. O miejsce to dba kpt. ż.w. Włodzimierz Grycner, który niedawno m.in. doprowadził do Odnowienia i przeniesienia tu niszczejącej kotwicy sprzed dawnego Domu Marynarza. Wkrótce na skwerze pojawią się też tablice upamiętniające statki Polskiej Żeglugi Morskiej. Wiosnę na skwerze Kapitanów widać bardzo wyraźnie – równo skoszona trawa, krzewy przygotowane do kwitnięcia i zupełnie nowe element ekspozycji kapitańskiej, o które troszczą się pracownicy CKE „Stara Rzeźnia”, studenci Akademii Morskiej w Szczecinie oraz przede wszystkim kapitan Grycner, marynista, wiceprezes Ligi Morskiej i Rzecznej w okręgu zachodniopomorskim. – To jest nauka morza i nauka kultury morskiej, tak ważna dla Szczecina i dla całego naszego regionu – podkreśla kapitan Włodzimierz Grycner. – Ja tu jestem codziennie, bo zobowiązała mnie do tego społecznie pani prezes CSL International Spedition Laura Hołowacz, dzięki której powstała „Stara Rzeźnia”. Staram się więc wymyślać różne rzeczy ozdabiające i wzbogacające to miejsce. Obecnie jestem w trakcie przygotowywania ośmiu tablic przedstawiających historię statków Polskiej Żeglugi Morskiej. Będą odsłonięte prawdopodobnie w czasie Dni Morza lub chwilę przed tym wydarzeniem. Skwer Kapitanów ma charakter informacyjny i edukacyjny. Obecne na miejscu tablice przedstawiają historię żeglugi w regionie, Flisu Odrzańskiego, a także sylwetki kapitanów żeglugi wielkiej, zarówno żyjących, jak i tych, którzy odeszli już na wieczną wachtę. – Kilka miesięcy temu stanął tu maszt, a obok niego znajduje się ekspozycja „statek”, na którą składają się kotwice, winda kotwiczna, śruba okrętowa i kluza kotwiczna – mówi kapitan Grycner. – Wszystkie elementy zostały odnowione. Niedawno doszła kotwica, która przez kilkanaście ostatnich lat niszczała przed budynkiem opuszczonego Domu Marynarza przy ul. Matejki. – Napisałem list do rektora Uniwersytetu Szczecińskiego i dostaliśmy pozwolenie na jej przeniesienie oraz zainstalowanie na skwerze Kapitanów – wyjaśnia kapitan. – Jej administratorem jest teraz Liga Morska i Rzeczna w Szczecinie. Obok leży druga kotwica i winda kotwiczna z dawnej stoczni Parnica, również już nieużyteczna, a szkoda ją było wyrzucać. Wszystkie elementy obecne na skwerze Kapitanów dla morskiej i żeglarskiej braci w Szczecinie mają dużą wartość sentymentalną. W miejscu tym odbywają się uroczystości organizowane m.in. przez Ligę Morską i Rzeczną czy Klub Kapitanów Żeglugi Wielkiej. Tekst. Elżbieta KUBOWSKA Pani Prezes CSL Laura Hołowacz, która we wszystkim mi pomagała i fundowała, napisała do mnie: Szanowny Panie Kapitanie Panowie Kapitanowie Dziękuję bardzo za tak wspaniałe działania i inicjatywy pokazujące Panów ludzi morza i morską potęgę Szczecina. Dziękuję Kapitanie Włodzimierzu Grycner za Pana zaangażowanie i ogromne serce i realizację inicjatyw społecznych o ogromnym znaczeniu dla naszego środowiska, miasta i dla nas! pozdrawiam Laura Hołowacz

RATOWNICTWO

RATOWNICTWO Na ścianie mojej tawerny wiszą podziękowania za ratownictwa od US COAST GUARD. Wielokrotnie uczestniczyłem w ratowaniu statków i jachtów, za co dostałem kilka osobistych podziękowania Szefa USCG, a byłem nawet nominowany, jako kapitan, do nagrody w Waszyngtonie za trzy ratownictwa tylko w jednym roku. Niestety nagrody nie dostałem, ale sama nominacja i podziękowania były już nagrodą. W 1980 roku na m/s Care" niedaleko Norfolku w USA, wyratowaliśmy samotną żeglarkę Judy Lawson, a jacht podnieśliśmy dźwigiem na burtę statku. Judy brała udział w regatach samotników "Ostar 1980", ale dwa dni tuż przed metą w sztormie załamał się maszt i jacht zaczął przeciekać i tonąć. W 1987 roku na m/s "Powstaniec Listopadowy", jako kapitan z polską załogą uratowaliśmy na Biskaju (w sztormowej pogodzie) jacht trimaran (cieknący i ze złamanym masztem), z trzema francuzami na pokładzie. Jacht zaholowaliśmy do Portugalii do małego portu, Figueira da Foz. W 1998r na m/s "Lake Mead", jako kapitan z polską załogą wyratowaliśmy na Zatoce Meksykańskiej samotnego żeglarza Horst Scholza, a Jego pełen wody jacht ze złamanym masztem utonął tuż przy naszej burcie. Te trzy ratownictwa opisałem w mojej książce "Życie marynarskie". Jednak nie wszystkie moje akcje ratownicze opisałem, dlatego dopowiem kilka słów o ratownictwie. Czasami zdarzało się, że płynąłem na pomoc, ale nie zdążyłem, bo jacht utonął lub statek pływał do góry dnem i nikogo nie znalazłem. Kilkakrotnie na prośbę USCG zbaczałem z trasy (raz nawet, mimo że japoński czarter na to nie pozwalał i obciążał kosztami armatora za poszukiwanie tonących off hire tzw.). Czasami asystowałem w ratownictwie, gdy helikoptery w sztormie zabierały załogi na ląd. Niestety raz na Morzu Północnym dwa statki rybackie i jacht utonęły blisko nas. Wtedy ruszyłem na ratunek i czekaliśmy na przerzucenie tonących załóg na nasz pokład. Sztorm był tak silny, że nasz statek 60-cio tysięcznik m/s „Huta Katowice”, dryfował na wieże wiertnicze i mieliśmy po 50 stopni przechyły boczne, kiedy musiałem skręcić w kierunku tonących statków. Jednak byliśmy blisko, aż okazało się, że załogi uratowały helikoptery, a nam podziękowano za asystę. Czasami asystowałem przy płonących statkach, czekając aż ratownicy przerzucą do nas załogi. Kiedyś na Morzu Północnym- nie dopuszczano nas blisko, do płonącego statku, bo mieliśmy ładunek węgla, ale dryfowaliśmy obok w asyście, dopóki dopóty nam nie podziękowano za asystę. Na koniec sam, (jako kapitan) tonąłem w sztormie na m/s "Niewiadów". Dwa helikoptery latały nad statkiem, dwa statki w asyście i 20 godzin wygranej walki, za którą otrzymaliśmy pochwały w Izbie Morskiej i -„Medale Za Ofiarność i Odwagę” w ratowaniu życia i mienia. Wielokrotnie, ( jako kapitan) pomagałem jachtom na Morzach i Oceanach, zaopatrując je w paliwo, jedzenie, papierosy, a nawet w piwo. Jednym z nich był spotkany w Brazylii żaglowiec "Antica" z kapitanem Jerzym Wąsowiczem, którego bogato zaopatrzyłem i zabrałem na Jego prośbę, Jego załoganta do Polski. Zdarzyło się też raz, że na środku Atlantyku usłyszałem wołanie o pomoc „Mayday” i znalazłem wołający jacht z trzema holenderskimi załogantami. Zatrzymałem naszego rozpędzonego 38-mio tysiącznika i w UKF-ce usłyszałem: -Captain! Nie mamy co jeść! Już dwa tygodnie jemy tylko ryby, ale ostatnio nie możemy nic nawet złapać. Uratuj nas od głodowej śmierci! - Ok.! Damy Wam coś krzyknąłem w UKF-ę. -Steward idź do kucharza, niech przygotuje coś dla tych wygłodniałych- zarządziłem. Po chwili wór jedzenia transportowany był mostem linowym na jacht. Zrobiliśmy połączenie linowe tzw. „most linowy”, bo trzeba było trzymać jacht daleko od burty, żeby na fali nie roztrzaskał się o statek. Trzech Holendrów wyrywało z worka jedzenie i łapczywie zajadając głośno dziękowali. Faktycznie wyglądali, jakby dawno nie jedli. Kiedy zaspokoili pierwszy głód kapitan dziękując przez UKF-kę, poprosił: -Captain! Nie poratowałbyś nas papieroskiem? Dawno nie paliliśmy! -OK.! Coś Wam podrzucę!- odpowiedziałem- rozumiem głód palacza. Steward dać im tam dwa kartony Marlboro!- zarządziłem. Patrzyłem z mostka jak chciwie zaciągają się dymem i tańcują z radości. Ale w UKF-ce znowu zatrzeszczało. - Captain! Do pełnego szczęścia, brakuje nam tylko piwa!- czy mógłbyś nas uszczęśliwić?! - OK! Jak tu nie uszczęśliwiać brata żeglarza!- stwierdziłem. Steward posłać im tam karton piwa!- zarządziłem. Po chwili Holendrzy jedli, pili i palili tańcząc na pokładzie. Cieszyli się jak dzieci. Ale znowu zatrzeszczała UKF-ka. -Captain skończyło nam się też paliwko – poratujesz? -Ok.! Damy Wam baniaczek- potwierdziłem. Chief mechanik podrzucił baniaczek. - Captain! Jesteśmy Wam bardzo wdzięczni! My jesteśmy dziennikarze i opiszemy w Holandii Waszą pomoc! Chcemy też zapłacić za te dary!- krzyczał kapitan jachtu. -My dear Friends! – Proszę lepiej nie opisujcie! Nie wiem, co by na to powiedział mój armator? A za zapłatę dziękuję! Na morzu nie handluję z żeglarzami! To jest prezent od marynarskiej braci. Żegnamy Was! Pomyślnych wiatrów! Płyńcie szczęśliwie. – dodałem żegnając ich syreną. Bywa i tak na morzach i oceanach! To jest marynarska pomoc i solidarność!

PAŃSTWOWA SZKOŁA MORSKA

PAŃSTWOWA SZKOŁA MORSKA W mojej kapitańskiej tawernie jest wiele pamiątek - wspomnień o Państwowej Szkole Morskiej. Są plakaty PSM, Akt Erekcyjny Kamienia PSM, szkatułka z kawałkiem Kamieniem Peesemki i zdjęciem oraz inne pamiątki. Na zewnętrznej ścianie domu wisi dwu metrowe „Tablo Pierwszych Absolwentów PSM 1966 rok”. Na Alei Piastów w Szczecinie była w latach 1947-1953 Państwowa Szkoła Morska, po której pozostała tylko pamiątkowa mosiężna tablica na murze budynku. W 1963 roku powstała w Szczecinie na Wałach Chrobrego Państwowa Szkoła Morska, do której rekrutowano młodzieńców po maturze, a na konkursowe egzaminy zgłosiło się 10-ciu na jedno miejsce. Udało się zostałem przyjęty, a na dodatek zdałem egzamin na Politechnikę Poznańską i nawet przyznano mi miejsce w akademiku. Wybrałem jednak Peesemkę, bo ciągnęło mnie na morze, do zwiedzenia świata! W 1966 roku zostałem pierwszym absolwentem Wydziału Nawigacyjnego i ruszyłem w świat i do 2012 roku pływałem po morzach i oceanach. Mimo że potem skończyłem Wyższą Szkołę Morską zresztą z wynikiem bardzo dobrym, to jednak Peesemka nauczyła mnie najwięcej i pozostała w sercu na zawsze. Dlatego bolało mnie, że jakoby o nas absolwentach Peesemki zapomniano, a przecież to my w największym rozkwicie polskiej floty, prowadziliśmy jej statki i uczyliśmy młodzież. Naukowcy z Wyższej Szkoły Morskiej i Akademii Morskiej zagubili się w naukowych wywodach, a zapomnieli, że na morzu najwięcej liczy się praktyka. W 2013 roku na 50-cio lecie powstania Peesemki na Wałach Chrobrego zorganizowałem zjazd absolwentów. To było piękne spotkanie i manifestacja z naszym sztandarem. Wspomnienia dalej potoczyły się u mnie w tawernie. W 2015 roku zostałem wybrany wiceprzewodniczącym Szczecińskiego Klubu Kapitanów Żeglugi Wielkiej i wtedy postanowiłem wałczyć o pamięć o Peesemce. Najpierw dostałem gabloty na głównym korytarzu Akademii Morskiej i w nich zacząłem umieszczać materiały o Peesemce. Znalazły się więc tam Kurier Szczeciński i Głos Szczeciński z 1963 roku, które przyniósł kolega z roku Wojciech Klimaszewski. Zrobiłem i umieściłem tam plakaty z naszymi zdjęciami z „Daru Pomorza” i z Peesemki. Znalazłem i wkleiłem w gablotę oryginalny plakat inauguracyjny PSM z 1963 roku, na którym umieściłem wszystkich naszych wykładowców i studentów. Zrobiłem wiele kopi tego plakatu i rozdałem kolegom na balu mikołajkowym w Szczecińskim Zamku. Następnie umieszczałem w gablotach inne materiały jak np. „Akt Erekcyjny” naszego Kamienia PSM-, ale o kamieniu to będzie potem. W Akademii Morskiej były tabla absolwentów Wyższej szkoły Morskiej i Akademii Morskiej, ale nie było ani jednego tablo absolwentów Peesemki. Bolało mnie to, że zapomniano o nas i postanowiłem stworzyć nasze tablo pierwszych absolwentów wydziału nawigacyjnego Peesemki. Najpierw uzyskałem pozwolenie od rektora, a następnie stworzyłem moją koncepcję wpisania nas w wielki bulaj. Drewniany bulaj (pomalowany jak mosiężny) robił stolarz z Akademii Morskiej, a ja z przyjacielem Lechem Katkowskim chodziłem robotę dozorować. Środek projektowałem i drukowałem u przyjaciela Mariusza Kotarskiego w drukarni Kadruk. Po tylu latach ciężko było znaleźć zdjęcia, ale wyszperałem je w archiwach. Dużo zdjęć zrobiłem z indeksów studentów znalezionych w archiwum Akademii Morskiej. Nie znalazłem zdjęć tylko dwóch absolwentów (Benedykta Pierzchlewicza i Zdzisława Woźniaka) - ale zostawiłem dla nich puste miejsca, może kiedyś znajdę. W bulaju umieściłem oczywiście u góry zdjęcia naszych wykładowców ( te, których udało mi się znaleźć) -resztę wykładowców wymieniłem z boku na liście. U dołu bulaja umieściłem nas pierwszych absolwentów Peesemki wydział nawigacyjny rocznik 1963-1966. W środku bulaja umieściłem oryginalne 100-letnie koło sterowe podarowane przez absolwenta Andrzeja Surmackiego. Jako tło tego wydruku wymyśliłem symboliczne rysunki: żaglowiec, (bo byliśmy na Darze Pomorza), mapy, (jako nauka), kompas (płyniemy w morze) i kotwica, (jako emerytura). Uroczystość odsłonięcia naszego tablo w towarzystwie naszych wykładowców kpt.ż.w. Lecha Jasińskiego- astronawigacja, kpt.ż.w. Jana Prüffera –nawigacja, Bernarda Wiśniewskiego-oceanografia, kpt.ż.w. Józefa Gawłowicza –praktyki i innych kapitanów była wspaniała! W 2016 roku postanowiłem zrobić tablicę upamiętniającą Peesemkę. Pojechaliśmy z Grażynką na Al. Piastów i zrobiłem zdjęcie tablicy upamiętniającej istnienie w tym budynku Państwowej Szkoły Morskiej w 1947-1953. Następnie po przyjacielsku architekt Wojciech Pawłowski zrobił nam projekt naszej tablicy, wzorując się na tablicy z Al. Piastów. Z tym projektem udałem się do nowo wybranego rektora Akademii Morskiej prof. dr hab. kpt.ż.w. Wojciecha Ślączki. Po przyjacielskiej dyskusji Pan rektor zaproponował, że może lepiej by było rzucić głaz z napisem przed Akademią? Oczywiście ucieszyłem się z takiej propozycji i przyrzekłem załatwiać sprawę dalej. A łatwo nie było, bo musiałem uzyskać zgodę konserwatora miejskiego. Wały Chrobrego to reprezentacyjne miejsce! Udało mi się! Teraz trzeba znaleźć odpowiedni kamień! Szukaliśmy z Grażynką po kamieniarzach, aż trafiliśmy z przyjacielem Andrzejem Surmackim do sławnego kamieniarza Jana Ziętka z Polic. Wysłuchał nas i mówi: -Mam taki kamień. Mogę go Wam pokazać. Zobaczyliśmy kamień i natychmiast nam się spodobał. - Bierzemy!- krzyknęliśmy z radością. Kamień został natychmiast przetransportowany na warsztat i zaczęło się jego szlifowanie i grawerowanie, Przyjeżdżaliśmy z Grażynką i Andrzejem Surmackim na inspekcję i coraz bardziej Kamień nam się podobał. Wyszlifowany błyszczał złotym napisem: W tym budynku W latach 1962-1972 Mieściła się Państwowa Szkoła Morska Zebrałem pieniądze od absolwentów Peesemki na zapłatę za kamień i transport. Wytyczyłem miejsce położenia kamienia blisko wejścia kiedyś głównego do Peesemki. Napisałem „Akt Erekcyjny”, pod którym złożyli podpisy: -JM Rektor Akademii Morskiej, prof. dr hab. kpt.ż.w. Wojciech Ślączka -Kpt.ż.w. kpt.ż.ś. pilot morski inż. Włodzimierz Grycner -Kpt.ż.w. inż. pilot pełnomorski Józef Gawłowicz -dr inż.arch.Wojciech Pawłowski -mgr.inż. Leszek Seredyński -absolwent PSM Andrzej Surmacki Aż nadszedł dzień transportu kamienia na Wały Chrobrego. Załatwiłem wielki dźwig i dozorowałem załadunek, a Andrzej Surmacki czekał na Wałach Chrobrego z pomocnikami i tytanową tubą, w którą mieliśmy włożyć „Akt Erekcyjny”, nasz PSM plakat i drobne pieniążki. Przybyli też koledzy z PSM Bogusław Fiuk i Andrzej Kasprzycki. Sześciotonowy głaz zawisł nad miejscem, w którym miał leżeć i nagle z wysokości jednego metra runął prosto tam gdzie chcieliśmy. Włożyliśmy do tytanowej tuby wszystko przygotowane, a Andrzej ją zalutował. Następnie zakopaliśmy i zabetonowaliśmy tubę pod kamieniem. Dnia 01 października.2016 roku podczas Inauguracji Nowego Roku Akademickiego Akademii Morskiej, odbyła się uroczystość, którą prowadziłem, odsłonięcia i poświęcenia Kamienia Peesemki. Było bardzo wielu absolwentów PSM, telewizja, prasa i publika. Przy kamieniu stali: Prezydent Szczecina Piotr Krzystek, minister GMŻiŚ Paweł Brzezicki, rektorzy: Rektor Akademii Morskiej prof. dr hab. kpt.ż.w. Wojciech Ślączka, Rektor WSM prof. dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak, Rektor WSM doc. mgr kpt.ż.w. Eugeniusz Daszkowski, Prorektor AM dr inż. Agnieszka Deja, nasi wykładowcy: kpt.ż.w. Lech Jasiński- astronawigacja, kpt.ż.w. Jan Prüffer –nawigacja, kpt.ż.w. Józef Gawłowicz –praktyki, Duszpasterz marynarzy ks. Stanisław Flis, mgr Mieczysław Głuszko –kierownik internatu PSM. Były piękne przemówienia ministra GMiŻŚ i Prezydenta Szczecina. Kamień odsłonili: Prezydent Szczecina Piotr Krzystek, minister GMŻiŚ Paweł Brzezicki, rektorzy: Rektor Akademii Morskiej prof. dr hab. kpt.ż.w. Wojciech Ślączka, Rektor WSM prof. dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak, kpt.ż.w. kpt.ż.ś. pilot morski inż. Włodzimierz Grycner. Zagaił nasz „Złotousty” kapitan Józef Gawłowicz, a poświęcił kamień Duszpasterz Marynarzy ks. Stanisław Flis. Prezydent Szczecina z przedstawicielem PŻM kpt.ż.w. Mirosławem Foltą złożyli kwiaty, a absolwenci oblali Nasz Kamień szampanem. Rozpisała się prasa szczecińska i akademicka. A ja zrobiłem osobiście 20-cia szklanych szkatułek ze zdjęciem i odłamkiem naszego kamienia (przezornie zabranych podczas szlifowania) i wręczyłem Rektorowi AMS i kolegom absolwentom. Złożyłem też szkatułkę z kamieniem i „Akt Erekcyjny do „Sali Tradycji AMS”. Co roku na Inaugurację Roku Akademickiego Akademii Morskiej spotykamy się przy „Kamieniu PSM”. Teraz już wszyscy pamiętają, że największy morski rozwój w Szczecinie zaczął się od Państwowej Szkoły Morskiej.