środa, 5 stycznia 2022
OD RURY DO RURY
Od rury do rury
Cholera jeździmy tym statkiem dosłownie od rury do rury!
I to nie tylko ładunkowej.
Bo są, bowiem jeszcze inne rury, te rozweselające marynarzy po ciężkiej pracy.
To rury, przy których tańczą nagie tancerki.
Na Jamajce załodze kręci się już w głowie od ciągłego przeciągania statku pod rurę załadunkową. Sypie się z niej, biała jak śnieg, alumina.
Zdarzają się jednak wolne chwile i właśnie w takiej wolnej chwili wyrywamy
się z Agentem na ląd. Jedziemy w trójkę. Agent prowadzi lewą stroną krętej drogi,
ciągnącej się wzdłuż zatoki. Pędzimy do najbliższego miasteczka, Port Esquivel. Agent
objaśnia, że drogą, po jakiej jedziemy, lepiej nie spacerować. W pobliskich gąszczach
czają się bowiem aligatory, które niekiedy lubią wygrzewać brzuchy na asfalcie. Potem
opowiada, do jakiego to świetnego baru nas wiezie i jakie tam super są dziewczyny. Po
pół godzinie stajemy wreszcie przed starą, drewnianą budą.
- To tuuu ?- dziwimy się.
- Tak. Ten bar jest najlepszy – odpowiada. - No i właśnie tutaj dziewczyny tańczą przy rurze!
Siadamy więc na wysokich stołkach przy barze, jak u Brudnego Wacka.
Potem zamawiamy Cuba Libre. Rum ma smak bimbru i kawałka lodu, przed chwilą
przywiezionego pod pachą przez jakiegoś brudasa. Tak to z grubsza wygląda.
- Cholera! – myślę. - Żeby tylko nie złapać jakiegoś choróbska...
Sączymy ten nieszczęsny rum, mając nadzieję, że może odkazi latające w powietrzu wirusy. W małej salce obok, w telewizorze pod sufitem, akurat leci porno. Widać same białe baby. Zaś u nas, w barze, na stołach tańczą baby żywe, czarne jak smoła. To one wyginają się teraz na rurze, wypinając dupcie do ściennych luster. Pomalutku rozbierają się do goła, z zawodowym rozmysłem podniecając męską publikę, która reaguje nadzwyczaj głośno. Przy tym wszystkim, nie zapominają o tańcu. Tańczą rytmicznie, widać, że taniec mają we krwi.
Między tancerkami jest jedna nadzwyczaj ładna i zgrabna, nawet włosy ma wyprostowane. Inna pofarbowała swoje kręcone antenki ma na blond. Po pokazie obie schodzą ze stołów i podchodzą do nas, nadal kręcąc spiczastymi tyłkami. W chwilę potem wpychają je między nasze kolana i kręcą ósemki. Moja co chwila odsłania w uśmiechu srebrny ząb. Prosi o piwo, które oczywiście stawiamy. Kosztuje trzy dolary, ale w swej łaskawości dorzucamy jeszcze pięć, które wsuwamy za jej majteczki.
Jesteśmy bowiem jedynymi białymi na sali i to zobowiązuje!
Nasza hojność odnosi ten skutek, że tancerki energicznie zaczynają namawiać nas do grzechu. Ma on zostać popełniony natychmiast, a odbyć się na zapleczu.
Nawet pokazują, co za skromne pięćdziesiąt dolców skłonne są nam uczynić.
Mocno się zastanawiamy jak stąd uciec. Przy barze bowiem krążą takie typy, że strach na nich patrzeć. Jeden z nich, obwieszony złotymi łańcuchami, ciągnie moją tancerkę na zaplecze. Widać, że dziewczyny mają tu wzięcie. Tymczasem AIDS ciągle lata w powietrzu, a zapach haszyszu miesza się z nieprzyjemnym zapachem spoconych ciał.
Jednym słowem - chciałoby się do raju, a tu piekło.
Teraz na stole tańczy gruba Mulatka, kurząc papierosa tkwiącego w dziurce jej nosa.
Jej sadło przelewa się rytmicznie, a pot widowiskowo spływa po fałdach tłuszczu.
Dyskretnie urywamy się do samochodu. Dopadają nas tam jednak dziewczyny, mocno zawiedzione, że nie poszliśmy na zaplecze. Obiecujemy, że zrobimy to jutro, jutro. A po chwili znowu pędzimy lewą stroną dziurawej drogi, nerwowo szukając w światłach auta
spacerujących aligatorów.
Na statku czeka nas rura załadunkowa. Musimy przeciągnąć statek w taki sposób, aby ta rura weszła do następnej ładowni.
Wreszcie wyjście w morze. Nasz m/v Lake Mead załadował ponad trzydzieści tysięcy ton aluminy, których wartość sięga prawie siedmiu milionów dolarów i już jesteśmy gotowi do drogi. Jeszcze tylko nurek sprawdza podwodną część statku, w poszukiwaniu ewentualnie przyspawanej tam skrzynki narkotyków. Ruszamy do Kanady, zamieniając czterdziestostopniowe ciepełko na mróz Północy.
W drodze Chief z Maszyny melduje mi codziennie o kolejnych awariach w maszynie. Nie mogę się nadziwić, że w ogóle to pudło jeszcze pływa. Załoga dzielnie walczy z grubą rdzą, która odrywa się na pokładach całymi płatami. Na mostku deszcze leją się nam na głowy.
To z kolei wina dziurawego mostku, pelengu. Niekiedy stajemy w dryfie, aby coś tam zreperować w maszynie.
I oto, na wysokości Florydy, nagły telefon od amerykańskiego Coast Guard. Proszą, abyśmy przeszukali morze w pozycji 90 mil przed nami.
Podobno ktoś – czy coś – tonie. Zaobserwowano bowiem czarno-czerwony obiekt,
prawdopodobnie dno i burta statku. Ruszamy natychmiast.
Musimy jednak nieco zboczyć z naszej trasy. Wiem, że czarter japońskiego Sanko kosztami akcji ratunkowej obciąży armatora. Mocno nas to złości. Kto wymyślił takie czartery, w których nie liczy się solidarność ludzi morza, a jedynie dolary?
Po ośmiu godzinach dopływamy wreszcie do miejsca przypuszczalnej tragedii. Przeczesujemy morze. Na błyszczącej od słońca tafli cała załoga wypatruje jakiegokolwiek śladu. Jednak bez rezultatu. Niczego nie zauważamy. Ani śladu tragedii. Czyżby okrutne morze pochłonęło wszystko?...
Melduję o tym US Coast Guard. Dziękują za akcję i równocześnie zwalniają nas z dalszych poszukiwań. Jak się potem okaże, przyślą jeszcze oficjalny pochwalny list, w którym podkreślą nasz profesjonalizm i gotowość udzielenia pomocy w niebezpieczeństwie. Mamy satysfakcję. A więc jednak liczy się coś więcej w życiu, niż tylko dolary!
W tym czasie pływając po amerykańskich wodach, uczestniczyliśmy w wielu akcjach ratunkowych i byliśmy nawet nominowani do specjalnej nagrody wyznaczonej przez US Coast Guard.
Pod Kanadą silnik Lake Mead ostatecznie odmawia posłuszeństwa. Po prostu, nie chce dalej pracować na zimnym, brudnym ciężkim paliwie. Musimy go jednak jakoś uruchomić, gdyż innego wyjścia tymczasem nie ma. Czyścimy więc filtry i zbiorniki paliwa, częściowo reperujemy też system podgrzewania paliwa. Póki co, jedziemy na paliwie lekkim. Wysiadają nam kolejno agregaty. Może będziemy musieli wyłączyć ogrzewanie kabin? A na zewnątrz mróz! Mechanicy zupełnie się nie oszczędzają. Praca idzie na okrągło. Niektórzy mdleją z wyczerpania.
Wreszcie kanadyjskie Baie Comeau. Wieje północny wiatr, a temperatura spada w ciągu godziny z minus pięć do minus dwadzieścia dwa. A miejscowi straszą, że może spaść do minus pięćdziesiąt! Jednak załoga nie upada na duchu. Ubiera się ciepło i zbiera przy trapie. Wszyscy chcą iść do tutejszego Jessy Baru, gdzie znowu gołe baby tańczą przy rurze. Wybieram się i ja. Nagle wpada Stewedor.
- Captain, big problem! - wykrzykuje.
- What’s problem again?- krzywię się zdenerwowany. - Czy na tym statku można popływać normalnie?
- Zepsuła się jedna rura wyładunkowa, możemy wyładowywać tylko jedną rurą, tą na dziobie!
Denerwuję się coraz bardziej.
- O cholera! Chief! Przelicz pan szybko! Jeśli napełnimy Fore Peak, to ile musimy wyładować z trzeciej ładowni, aby wyjść na 33 stopy zanurzenia?
Po kilku minutach wszystko jest już jasne.
- Trzeba wyładować z trójki 3 tysiące ton – melduje - a rata wynosi pięćset na godzinę...
- To jakieś sześć godzin wyładunku - myślę głośno.
- Nie damy rady. Za pięć godzin chwyci nas niska woda, siądziemy na dnie i połamiemy statek... Agent! Wołaj pilota i holownik, uciekamy na redę!
No więc, wszystko się komplikuje. Jest zimny wieczór, tam dziewczyny właśnie rozkręciły się na rurze, a tu kuku zrobiła nam inna rura. Woda ucieka, pilota i holownika nie ma. Sami więc rzucamy cumy.
Decyduję się bowiem uciekać z portu samodzielnie, chociaż wiem, że to niebezpieczne. Za determinację spotyka mnie nagroda. Kiedy już zaczynamy działać, wpada zdyszany pilot. Dobija też ku nam holownik. Niebawem pojawiamy się na redzie i rzucamy kotwicę.
Stare przysłowie mówi, że „co się odwlecze, to nie uciecze”.
Nazajutrz powracamy do portu, a wieczorem pół załogi szaleje w Jessy Bar. Tancerki są śliczne, długonogie i w różnych kolorach skóry. Siedzimy przy scenie, blisko, wpychamy im więc po dolarze między półdupki. Sala wyje i bije brawo. Wysoka blondyna robi szpagaty na stojąco i leżąco. Kuszę ją moim dolarem, a ona, czołgając się niczym pantera, wyrywa mi go zębami z rąk. Obok sceny widać, że w konfesjonałach trwają już w najlepsze prywatne występy, gdzie dziewczyny również tańczą i rozbierają się za dychę. Tyle, że to program indywidualny.
Siedzący tam facet może pozwolić sobie na wiele, byle nie za wiele. Nagle podchodzi do mnie długonoga i mówi, że jakiś facet zapłacił dla mnie rozbierankę. Odwracam się. A rogu sali stoi nasz Kanadyjczyk, a z Unitora. Gęba mu się śmieje od ucha do ucha; zrobił mi kawał.
No cóż, trzeba iść. Nie mogę przecież dać plamy. Siadam więc między ażurowymi
przepierzeniami konfesjonału, a długonoga śliczna powoli robi striptiz. Ręce same zaczynają mi błądzić po jej aktywach, kiedy wybija mnie z transu ostry głos szefa knajpy.
- Don’t touch pussy!
Dosłownie baranieję. Miły nastrój pryska. Zrywam się na równe nogi. Nawet włosy stoją mi dęba.
W Jessy Barze jest jednak inaczej, niż na Jamajce. Szef pilnuje dziewczyn, a więc nie wolno mi ich pogłaskać. Można, oczywiście, poczekać do czwartej rano, a potem pójść z dziewczyną do hotelu. Tyle tylko, że hotel sporo kosztuje, a pół godziny z tancerką to też wydatek w granicach dwustu dolców, a rano trzeba do roboty.
A jeszcze można coś podłapać!
Wołamy więc taksówkę i wracamy na nasze zardzewiałe pudło, po drodze marząc o ślicznych długonogich dziewczynach, ale tych naszych w kraju.
MOJE LO CHEŁMŻA
MOJE LO CHEŁMŻA
W mojej Kapitańskiej Tawernie wisi tablica z corocznie nagrodzonymi najlepszymi uczniami Zespołu Szkół w Chełmży. Sęk w tym, że ta nagroda „Indywidualności Szkolne” jest mojego imienia.
Jak to się stało?
Moje kochane Liceum Ogólnokształcące w Chełmży ukończyłem w 1963 roku i wyjechałem na studia do Państwowej Szkoły Morskiej w Szczecinie. Od tego czasu mieszkam w Szczecinie, ale wracam często do mojej ukochanej Chełmży, do mojego dzieciństwa. Wracałem też często do mojego Ogólniaka, żeby spotkać się z absolwentami i uczniami. Byłem współorganizatorem zjazdów absolwentów i uroczystości obchodów 100-lecia naszej szkoły. Przywoziliśmy do naszej szkoły prezenty, a ja rozdawałem moje książki.
Spotykaliśmy się z Burmistrzem i władzami Chełmży. Sugerowałem Burmistrzowi rozbudowę bazy turystycznej nad jeziorem (chyba mnie usłuchał, bo po latach powstały nowe zejścia do jeziora, promenada, most przez jezioro i wiele innych upiększeń). Spotykałem się z ludnością na promocjach moich książek. Podarowałem miejscowej bibliotece wszystkie moje książki i na spotkaniach opowiadałem o swoich morskich przygodach.
Aż tu nagle, niespodziewanie 08 marca 2014 roku w Tawernie „Zejman” w Gdańsku podczas wręczania mi Międzynarodowej Nagrody „Conrad Indywidualności Morskie” w pierwszym rzędzie zobaczyłem Panią Dyrektor mojej szkoły z całą delegacją.
Nagle wstąpili na scenę i Pani Janina Nowacka Dyrektor Zespołu Szkół Chełmża złożyła mi gratulacje, wręczyła obraz mojej szkoły w Chełmży i kwiaty, (co wywołało uśmiechy, bo był 8-my marca- Dzień Kobiet).
Minął chyba miesiąc jak jadąc samochodem zadzwonił telefon od Pani Dyrektor z mojej szkoły.
-Panie kapitanie, czy przyjedzie pan do nas na inaugurację nowego roku szkolnego?
-Oczywiście mogę przyjechać jak zwykle- odpowiedziałem.
-Chcielibyśmy, żeby Pan wręczył nagrodę „Indywidualności szkolne” dla naszego najlepszego ucznia.
-Oczywiście mogę ją wręczyć- odpowiedziałem.
-Ale czy Pan się zgodzi, żeby ta nagroda była Pana imieniem?
-Pani Dyrektor takie rzeczy robi się pośmiertnie!- Zażartowałem.
-Nie Panie Kapitanie! Pan jest dla nas najważniejszy! Przecież Pan został doceniony tak bardzo wysokim wyróżnieniem, jakim jest nagroda Conrady.
-No dobrze, zgadzam się, bo kocham moją szkołę- odpowiedziałem.
I tak to się zaczęły kolejne lata wręczania nagrody mojego imienia.
A taki oto regulamin nagrody uchwaliło grono nauczycielskie:
Nagroda im. Kapitana Żeglugi Wielkiej
Kapitana Żeglugi Śródlądowej
Pilota Morskiego
Włodzimierza Grycnera
„INDYWIDUALNOŚCI SZKOLNE”
Włodzimierz Grycner, absolwent Liceum Ogólnokształcącego
w Chełmży rocznika 1963, jest kapitanem żeglugi wielkiej,
kapitanem żeglugi śródlądowej, pilotem morskim, inżynierem,
komodorem flisów odrzańskich działaczem Ligi Morskiej i Rzecznej,
prezesem Polskiej Izby Agroturystyki – Oddział Pomorsko-Odrzański.
28 stycznia 2014 r. Kapituła Międzynarodowej Nagrody „Conrady –
Indywidualności Morskie” uhonorowała kpt. Włodzimierza Grycnera
nagrodą „Conrady”, która jest wręczana ludziom morza z całego
świata za osiągnięcia w dziedzinie żeglarstwa, kultury morskiej,
nauki, gospodarki morskiej i popularyzacji problematyki morskiej.
Jest ona odpowiednikiem „Oskara” w dziedzinie filmowej. Uroczyste
wręczenie nagrody Włodzimierzowi Grycnerowi w XVIII edycji
„Conradów” odbyło się 8 marca 2014 r. w Gdańsku.
Dorobek zawodowy Włodzimierza Grycnera kwalifikuje go
do grona szkolnych indywidualności i ukazuje, że ukończenie
jedynej szkoły ponad gimnazjalnej w niewielkim miasteczku
nie przeszkadza realizacji pasji, rozwoju predyspozycji
osobowych i dążenia do wytyczonego, realnego celu. Włodzimierz
Grycner jest człowiekiem, który podczas spotkań z młodzieżą
przekazuje optymizm, wiarę we własne możliwości i zachęca do
konsekwentnego działania. Jego postawa życiowa i zawodowa
jest godna do naśladowania dla naszej młodzieży.
W związku z tym dyrektor Zespołu Szkół w Chełmży
ustanawia Nagrodę im. Kapitana Żeglugi Wielkiej, Kapitana
Żeglugi Śródlądowej, Pilota Morskiego Włodzimierza Grycnera
„Indywidualności szkolne”, honorującą wybitne osiągnięcia
młodzieży uczniowskiej. Ta prestiżowa nagroda wręczana jest
uczniom za włożony wysiłek w pracę w różnych obszarach życia
szkolnego i pozaszkolnego, skutkująca wyróżniającym i godnym
naśladowaniu efektami. Składać się na nią będzie honorowe
zakwalifikowanie ucznia do grona „Indywidualności szkolnych”,
okolicznościowy dyplom oraz nagroda rzeczowa. Jest nią wykonany
na specjalne zamówienie witraż w tematyce nawiązującej do
wybranego witraża historycznej auli szkolnej, zgodnie z rodzajem
aktywności ucznia. Dyplom z podziękowaniem otrzymuje
również towarzysząca działaniom ucznia osoba wspierająca
(tutor edukacyjny, opiekun koła, trener itd.). Nagroda może być
przyznawana co roku jednemu uczniowi za szczególne osiągnięcia
z poprzedniego roku i wręczana podczas inauguracji kolejnego
roku szkolnego przez zasłużonego absolwenta szkoły. Kandydaci
do Nagrody wyróżniający się osiągnięciami w różnorodnych
dziedzinach (naukowej, kulturalnej, społecznej itp.) w szkole lub poza
nią, typowani są przez wszystkich członków społeczności szkolnej
spośród grona uczniów wszystkich typów szkół dziennych. Wybór
ucznia następuje podczas rady pedagogicznej podsumowującej
dany rok szkolny i zatwierdzany jest przez dyrektora szkoły. Uczeń tę
nagrodę z danej dziedziny może otrzymać tylko raz w czasie pobytu
w szkole. Po raz pierwszy Nagroda im. Kapitana Żeglugi Wielkiej,
Kapitana Żeglugi Śródlądowej, Pilota Morskiego Włodzimierza
Grycnera „Indywidualności szkolne” zostanie wręczona podczas
uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego 2014/2015.
Chełmża, 26.08.2014 r.
Janina Nowacka
Dyrektor Zespołu Szkół w Chełmży
Przyjechałem więc w 2014 roku, tym razem jednak, żeby wręczyć Nagrodę „Indywidualności Szkolne” mojego imienia.
Jak zwykle na uroczystości złożyliśmy kwiaty pod szkolnym pomnikiem nauczycieli
pomordowanych podczas II wojny światowej.
Następnie w auli mojego LO, tam gdzie zdawałem maturę wręczono mi pamiątkową plakietkę:
A na niej było:
Dyrektor Zespołu Szkół w Chełmży
Ma zaszczyt uhonorować
Kpt. Włodzimierza Grycnera
Absolwenta LO w Chełmży rocznika 1963
Uhonorowaniem Nagrody im. Włodzimierza Grycnera
„Indywidualności szkolne”
Za kształcenie u młodzieży postawy otwartości na świat
Umiejętności podejmowania wyzwań życiowych
I wykorzystywania własnego potencjału.
Potem to ja wręczałem pamiątkową plakietkę dla Marty Preis wybitnej matematyczki i dodatkowo wręczyłem Jej kopię witrażu z cyrklem z Auli LO, oraz moje książki, które też wręczyłem nauczycielowi laureatki i Jej rodzicom.
W następnych latach zawsze wręczałem też nauczycielowi i rodzicom moje książki.
W 2015 r. Wręczyłem Nagrodę „Indywidualności Szkolne” im. kpt. ż.w. Włodzimierza Grycnera Michałowi Demiańczukowi (najlepszemu na maturze z języka angielskiego).
W 2016 r. najwybitniejsza okazała się kajakarka Marta Pawełek
Tym razem na plakietce, którą wręczyłem widniało:
Dyrektor Zespołu Szkól Ponadgimnazjalnych w Chełmży ma zaszczyt uhonorować
Uczennicę Martę Pawełek
Za Szczególne osiągnięcia sportowe i godne reprezentowanie szkoły
W roku szkolnym 2015/2016
Nagrodą im. Kapitana Żeglugi Wielkiej
Kapitana Żeglugi Śródlądowej
Pilota Morskiego
Włodzimierza Grycnera
„Indywidualności szkolne”
01.09.2016 r.
W 2017 r. Nagrodę im. kpt. ż.w. Włodzimierza Grycnera
Otrzymał Michał Grążawski (najlepszy z Historii)
W 2018 r. Nagroda im. kpt. ż.w. Włodzimierza Grycnera przypadła dla
Jesicy Waleckej (nauka, sport). Dziewczyna piękna zdolna i grająca na dodatek w piłkę nożną.
Czy będą następni wybitni?
Jak długo dam radę odwiedzać moje LO?
Na korytarzu mojej szkoły zawisła Tablica nagród „Indywidualności Szkolne”, a Pani Dyrektor Janina Nowacka przywiozła mi do Szczecina kopię tej tablicy.
Teraz wisi u mnie u mnie w Tawernie!
MASKA CZAROWNIKA
MASKA CZAROWNIKA
W 1965 jako 20-letni student Państwowej Szkoły Morskiej w Szczecinie zamustrowałem na praktyki na m/s „Transportowiec”, wtedy nazywany „Transport owiec”. Otworzył się przed nami raj! Po raz pierwszy zasmakowałem uroków marynarskiego życia. Dwukrotnie zawinęliśmy do Veracruz w Meksyku. I za każdym pobytem staliśmy tam miesiąc! Ładowano na statek kukurydzę, co było zajęciem prostym i monotonnym. W ryzach trzymali nas nasi Kierownicy Praktyk: kpt.ż.w. Jan Prüffer i niewiele od nas starszy por. ż.m. Józef Gawłowicz. Kapitanem był sławny kpt.ż.w. Józef Miłobęcki.
Miesiąc postoju, znaleźliśmy więc dostatecznie dużo czasu, aby spotkać się z meksykańskimi uczniami szkoły morskiej w Veracruz. Rozegraliśmy z nimi mecz piłki nożnej na wielkim olimpijskim stadionie! A nawet regaty szalup! Radości i zabawy było wiele.
Młodzi Meksykanie zapraszali nas do swoich domów na fiesta familia, podczas których przedstawiano nam dziewczyny, informując przy okazji, jakie role pełniły na karnawałach.
Bo Veracruz żyło od karnawału do karnawału.
Urządzano nam też szybkie przejażdżki samochodem po trzydziestokilometrowej plaży! Często kąpaliśmy się w morzu, włączając niekiedy w tańczący na plaży tłum.
Niejeden z nas rozkochał się w gorących, przepięknych senioritach.
Ja też spotykałem się z piękną Nancy. Miała 17 lat i gdy ją całowałem, tak była rozpalona, że natychmiast kładła się i była gotowa do kochania. Czasami było to w rozbitej na plaży szalupie, gdzie pod pupcię podłożyłem jej chusteczkę-kulturalnie lub na falochronie, gdzie kochaliśmy się na betonie.
Nie zwracała zbytnio uwagi, na spacerowiczów nam się przyglądających. Raz nawet kolega musiał wyciągać mi igły kaktusa z pleców i tyłka, bo leżałem z nią w kaktusach.
To były niezapomniane dni. Dwa miesiące szalonego kochania!
Poznałem ją, gdy przyszła z wycieczką na statek. Udało mi się skusić ją zapraszając na ciastko do mojej kabiny. Przyszły z koleżanką, a ja mieszkałem ze kolegą z roku Swiatosławem. Dukałem już wtedy trochę po hiszpańsku i jakoś udało mi się „zaciągnąć” ją do koi i pokazać jak tu się śpi, zresztą mojemu koledze też się udało. Potem już było szaleństwo, chociaż na początku krzyczała „deja me”, ale nie rozumiałem o co chodzi... No i dobrze, że nie znałem za dobrze hiszpańskiego, bo potem dowiedziałem się, że to znaczy „zostaw mnie”.
Jednak „deja me” nie przerwało moich pieszczot i Nancy poległa!
Potem powiedziała mi, że jak będziemy mieli dzieci, to dobrze, bo rodzina jej je wychowa, a najlepiej jak byśmy mieli chłopaka, bo w tej prowincji jest statystycznie cztery dziewczyny na jednego chłopaka. Jednak jakbym kiedyś jeszcze przypłynął, a ona będzie już mężatką, to nie będzie mogła ze mną się spotkać, bo mąż by mnie zabił.
Po 37 latach już jako kapitan na m/s „Tolten” zawinąłem znowu do Veracruz, szukałem mojej Nancy, pytałem, ale nie znalazłem. Wspomnienia jednak odżyły. Odwiedziłem wszystkie miejsca, gdzie się kochaliśmy!
Najpierw jednak ruszyłem do pierwszego portu wyładunkowego w Meksyku – Tampico, a potem do Veracruz.
W Tampico trafiliśmy na pierwszy dzień wiosny, no i na fiestę.
Na Placu Wolności stał chyba piętnastometrowy pień drzewa, na którym - wysoko pod niebem - zbudowano dziwną konstrukcję w kształcie koła, z której zwisały do ziemi cztery liny.
Na scenie, w fantastycznie kolorowych azteckich strojach, tańczyły ludowe zespoły. Monotonna muzyka piszczałek i skrzypek wprowadzała je w trans. Tancerze nosili na głowach korony i pawie pióra, a w czasie tańca rytmicznie potrząsali grzechotkami. Nieoczekiwanie wprowadzono na scenę biało ubraną dziewczynkę. Kapłan uderzył ją rytualnym nożem w pierś, po czym wyrwał jej serce i wzniósł je wysoko, jakby ofiarując bogom. Tłum bił brawo. Oczywiście serce było sztuczne, ale scena i tak zrobiła na mnie porażające wrażenie.
Widzisz, Wiesiu – powiedziałem do Chiefa Mechanika. - To nadal są barbarzyńcy...
No, rzeczywiście – odparł lekko przygaszony Mechanik. - Spójrz, co oni tam robią przy ognisku! Jakaś dziewczyna okadza ludzi dymem. A jaka do niej kolejka! Może byśmy też tam stanęli?
No, nie wiem... – bąknąłem niezdecydowany. - A jeśli nas zaczaruje?
Skąd! – wołał wniebowzięty Mechanik. - Zobacz jaka z niej ładna laska. Może odgoni od nas złe duchy? Zresztą, już nas zauważyła i zaprasza...
Ominąłem więc kolejkę i stanąłem przed ubraną w aztecki strój dziewczyną, a ona od razu okadziła mnie pachnącym dymem, jaki wydobywał się z azteckiego kaganka.
Zapytałem dziewczynę, na co ten dym pomaga. A ona, że dym to stare czary Azteków, które uzdrowią moje ciało i duszę, przegonią złe moce. Słowem – będę teraz szczęśliwy. Mechanik też chciał sobie zafundować szczęście, więc wepchnął się też do okadzenia.
Nie zdążyliśmy jednak sprawdzić, czy obaj jesteśmy już szczęśliwi, bo akurat zaczęli występy czterej śmiałkowie, którzy jęli wspinać się na piętnastometrowy pień. W końcu usadowili się gdzieś pod niebem, owijając w pasie linami. Końcówki lin opletli wokół stóp, po czym zrobili tak zwany swobodny zwis. Kiedy tak wisieli głowami ku ziemi, koło nagle zawirowało. Najpierw wolno, potem coraz szybciej, szybciej. W finale popisu śmiałkowie szybowali w powietrzu jak wielkie białe ptaki. Potem powoli opadli ku ziemi, a tłum nagrodził ich burzliwymi oklaskami.
Zabawa na placu trwała do późnej nocy. Byłem pod jej takim urokiem, że wszystko nakręciłem moją starą wysłużoną kamerą, aby potem pokazać film rodzinie i przyjaciołom.
A następnego dnia pojawił się Agent, który wcześniej obiecał zademonstrować nam coś specjalnego. W ten sposób trafiliśmy do nocnego klubu o nazwie Jet Set.
I rzeczywiście. Tańczące tam na rurze dziewczynki były fantastyczne! Zjeżdżały po rurach aż z sufitu, nie zapominając przy tym o kręceniu tyłeczkami.
Zgromadzeni wokół faceci ogniście bili brawo, a potem za marne dziesięć dolców brali je na prywatne występy przy stolikach lub na zapleczu. Nie wiem, co się działo na zapleczu, ale prywatne występy panienek przy stolikach mogliśmy swobodnie obserwować.
I naprawdę nie wiem, za co ci faceci płacili, bowiem wszystko ograniczało się do siadania panienek na ich kolanach i robieniu im cycuszkami masażu twarzy.
Wiesia, jako mechanika, najbardziej interesowało, jakim smarem przygotowywane są tłoki, które wynoszą pod sufit podesty z tańczącymi artystkami. Długo nie umiał do tego dojść, a następnego dnia musieliśmy już, niestety, wyruszać do Veracruz.
Mówiło się, że Veracruz to miasto fiesty. Wiedziałem coś o tym, bo tu właśnie w tym mieście zostawiłem przepiękne wspomnienia. Nasza miłość z Nancy wtedy była gorąca i szalona.
I pomyśleć, że to było trzydzieści siedem lat temu! Jeszcze teraz, spacerując z Wiesiem nadmorską promenadą, oczami wyobraźni widziałem szczupłego młodzieńca w marynarskim mundurku i wtuloną w niego czarnowłosą dziewczynę. To były piękne dni...
No, ale minęły. Oczy już nie te, figura też jakby inna.
Tylko Veracruz pozostał taki sam, pełne turystów, z powietrzem wypełnionym gorącą rytmiczną muzyką.
Akurat była Wielkanoc.
Na skwerze przy promenadzie, i na Placu Zocalo w rytmie Sal-Sal, grała orkiestra, wzmocniona kolorowo ubranymi tancerkami.
Tłumek widzów ulegał urokowi tej sceny, tańcząc i śpiewając.
Nas też porwało do tańca. Po kwadransie podrygiwania zorientowałem się, że wariujemy w takt piosenek religijnych.
Szkoda, że u nas nie grają tak w kościołach.
Wokoło Placu Zocalo w restauracjach grały orkiestry, a na balkonie pięknego budynku królowała w strojach meksykańskich wielka orkiestra. Po placu przechadzały się jak zwykle w grupkach po cztery piękne dziewczęta. Oczywiście pamiętałem, co mówiła mi Nancy, że w tej prowincji cztery dziewczęta przypadają na jednego faceta.
Porządku pilnował „Szeryf”, spacerujący po placu w meksykańskim stroju.
Miałem wrażenie déjà vu. Tak oto wyglądała fiesta, która identycznie prezentowała się 37 lat temu i z pewnością tak samo będzie wyglądała za następne trzydzieści siedem lat!
Nastroiło mnie to melancholijnie. Dla poprawienia nastroju sprawiliśmy sobie meksykańskie kapelusze, zapaliliśmy cygara, po czym usiedliśmy pod parasolami sącząc Tequilę.
Niemal natychmiast pojawił się czyścibut. Tak wypucował Wiesiowi buty, że można było się w nich przejrzeć!
Potem krążąca fotografka zrobiła nam zdjęcie, mimo że energicznie protestowaliśmy. Przeszła nam złość, gdy po dziesięciu minutach wręczyła nam breloczki do kluczy, razem z gotowymi już zdjęciami. Bez protestów, je kupiliśmy.
Tymczasem na placu linoskoczek rozwiesił linę między palmami, demonstrując na niej wymyślne szpagaty. Dosiadła się do nas nasza załoga, rumuńsko-filipińska i aby tradycji stało się zadość, zamówiłem u gitarzysty melodię La Bamba, po czym wszyscy zaśpiewaliśmy ogólnie znane słowa:
-Yo no soy marinero, soy capitan, soy capitan! Bamba La Bamba!
Nagle na plac wyskoczyli czarownicy! Jak dzicy w strojach prosto z buszu z maskami na twarzach wyglądali strasznie. Tańcząc szalenie wyli i odprawiali jakieś modły! Dzidami, maczetami wymachiwali tuż nad naszymi głowami. Na szczęście okazało się, że to jakiś pokaz, czy konkurs tańca czarowników!?
Wtedy wyskoczył na plac nasz marynarz Filipińczyk, zerwał z twarzy maskę czarownikowi i zatańczył jakiś dziki taniec…
Nas zamurowało! Cholera zaraz nas tu zlinczują!- pomyślałem.
Jakież było nasze zdziwienie… kiedy na rozległy się oklaski i okazało się, że nasz pijany marynarz wygrał konkurs tańca czarowników!
Zataczając się wrócił ze zdobyczną maską czarownika i wykrztusił:
Captain zwyciężyliśmy! Ta maska jest dla Ciebie!
No i znowu nam zagrali, a my zaśpiewaliśmy.
-Yo no soy marinero, soy capitan, soy capitan! Bamba La Bamba!
A maska ta wisi teraz w mojej Tawernie i przypomina mi karnawałowy Meksyk i gorącą Nancy.
Wspominając z kolegami te piękne dni, znowu śpiewamy:
-Yo no soy marinero, soy capitan, soy capitan! Bamba La Bamba!
MÓJ MARYNARSKI DOM
Mój marynarski dom
Mój marynarski dom tworzyłem przez 45 lat pływania po morzach, oceanach i rzekach.
Wygląda teraz jak muzeum mojego życia. Już na wejściu widać, że mieszka tu marynarz, bo przed domem stoi duża kotwica, którą dostałem spod byłego „Domu Marynarza”. Jest piękna, bo osobiście ją oczyściłem i wymalowałem.
Boczną ścianę mojego domu nazwałem: „Rzeczno- Nadodrzańską”, bo na niej wiszą tablice odrzańskie:
-Wisi moja mapa, którą stworzyłem, mój autorski projekt, na Odrze umieściłem 120 portów, marin, nabrzeży. Robiłem tę mapę dwa miesiące, na szczęście przecież znam Odrę, jako Kapitan Żeglugi Śródlądowej i 24-to letni Komodor Flisów Odrzańskich. Była to pierwsza taka całościowa mapa dla żeglarzy, którzy teraz dowiedzieli się gdzie mogą zacumować. Tę mapę „Odrzańskie porty, mariny i przystanie turystyczne” oprawiłem w aluminiowe ramy i powiesiłem na „Skwerze Kapitanów”, na murze „Placu Nadodrzańskiego”. Wzdłuż tej mojej mapy nr 1 umieściłem herby województw nadodrzańskich. 09 czerwca 2018 roku podczas pięknej uroczystości , osobiście odsłoniłem tę mapę.
Następnie replikę tej mapy z herbami województw nadodrzańskich zawiesiłem na ścianie mojego domu.
Obok tej mapy powiesiłem replikę tablicy, którą 11 Listopada 2018 roku podczas uroczystości „Niepodległość Na Maszt”, obchodów „Setnej Rocznicy Odzyskania Przez Polskę Niepodległości” uczciliśmy 100 lat LMiR odsłaniając na murze „Placu Nadodrzańskiego” Tablicę „Memoriał”, ku czci LMiR, który stworzyłem z dr Elżbietą Marszałek wiceprezesem ZG LMiR i zebrałem na tym „Memoriale” 15-cie pieczątek poparcia „Stowarzyszeń Morskich” miasta Szczecina. Tablicę odsłaniali ze mną Rektorzy WSM prof. dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak i kpt.ż.w. Eugeniusz Daszkowski, pisarz marynista, mój przyjaciel, w asyście studentów z Koła LMiR AMS.
Trzecia tablica na ścianie „Nadodrzańskiej” mojego domu to replika tej tablicy ze „Skweru Kapitanów”- „Placu Nadodrzańskiego” , która została zaprojektowana przez Krystynę Pohl razem z innymi 12-toma tablicami o Odrze i „Flisie Odrzańskim”.
Tylną ścianę mojego domu nazwałem: „Morską”, bo wiszą na niej morskie tablice:
Pierwsza, to replika tablicy ze „Skweru Kapitanów” – Tablica 162 „Kapitanów Żeglugi wielkiej”. Wymyśliłem ją i stworzyłem ze zdjęć użyczonych mi przez Krystynę Pohl z Jej książek : „Kapitanowie” i „Kapitanowie 2”. Dodatkowo szukałem zdjęć kapitanów i ogłosiłem o moim projekcie , a szukałem zdjęć wśród kapitanów w kraju i zagranicą. W rezultacie zgromadziłem 162 zdjęcia, które mogłem umieścić na 2 metrowej tablicy, w takiej wielkości, żeby były dobrze widoczne. Skonsultowałem moja ideę z kolegami kapitanami, a mój przyjaciel, nauczyciel i promotor Rektor WSM prof.dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak ją zaaprobował. Ustaliliśmy, że zdjęcia ułożę w kolejności alfabetycznej, żeby nikogo nie wyróżniać, bo wszyscy Kapitanowie Żeglugi Wielkiej na morzu są sobie równi. Oczywiście nie umieściłem wszystkich kapitanów, bo nie miał bym miejsca na takiej tablicy, ale może kiedyś zrobię następne tablice.
Tę tablicę na murze „Skweru Kapitanów” odsłaniało z 20-tu kapitanów, bo podłączyłem ich do długiej niebieskiej tasiemki zaczepionej na tablicy i wydałem oryginalne polecenie ; „Rzucić dziobową”.
Druga tablica, na tylnej ścianie domu to 2 metrowy bulaj, w którym umieściłem Tableau Pierwszych Absolwentów Państwowej Szkoły Morskiej na Wałach Chrobrego w Szczecinie rocznik 1963-1966.
Takie Tableau PSM w wielkim 2 metrowym bulaju z oryginalnym kołem sterowym , podarowanym przez absolwenta PSM Andrzeja Surmackiego zrobiłem i odsłoniliśmy je razem z naszymi nauczycielami z Peesemki , odsłoniliśmy jako pierwsze w AMS.
Ta moja Tablica absolwentów PSM jest jednak zrobiona ze zdjęcia oryginalnego bulaju, który wisi na ścianie mojej Tawerny. Bulaj ten podarowała mi załoga m/s „Cemmo”, gdy zmustrowywałem na urlop.
- Skąd macie, taki piękny bulaj?- zapytałem.
-Wycięliśmy ze statku- odpowiedział Chief Mechanik
- Cholera, armator nas zabije!- wykrzyknąłem.
-Panie kapitanie, zaspawaliśmy, zamalowaliśmy, nic nie widać! Nawet się nie kapnie, że tam był bulaj- tłumaczył motorzysta.
Trzecia tablica na tylnej ścianie, to moja osobista tablica, zrobiłem ją razem z 12-toma tablicami, które wymyśliłem i zrobiłem na „Skwerze Kapitanów”.
Jednak całe moje marynarskie muzeum mieści się wewnątrz domu.
Już wchodząc do domu, trzeba spojrzeć prosto w twarz „Wiecznego Kapitana”, bo tak zatytułował mój portret mistrz fotografii Andrzej Łazowski. To artystyczne zdjęcie , które z wystawy kupiła mi moja Grażynka, niektórzy nazywają jednak „Zły Kapitan”, bo faktycznie wyglądam na mim groźnie. Kiedy tak stałem z tym zdjęciem na wystawie, nagle wypaliłem:
Jak Mistrz nazwał mnie „Wieczny Kapitan”, od wieczności, a nie od wiatru, ta znaczy, że w niebie też będę kapitanem, a że kapitan jest „Pierwszy po Bogu”, więc będę siedział po jego prawicy. Na co wszyscy wybuchnęli śmiechem.
Pod tym artystycznym portretem wisi 12 replik małych Tablic Kapitanów ze „Skweru Kapitanów”, oraz moja mała tablica.
Obok na łuku wiszą tablice flisackie z „Flisu Odrzańskiego”, memoriał, list do Marszałka Województwa Zachodniopomorskiego, podziękowanie Zachodniopomorskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego i inne. Ale najważniejsza jest plakietka na której wygrawerowano.
KOŁO LIGI MORSKIEJ I RZECZNEJ
PRZY AKADEMII MORSKIEJ W SZCZECINIE
NADAJE TYTUŁ
KAPITANA MŁODZIEŻY
INŻ. WŁODZIMIERZOWI GRYCNEROWI KPT.Ż.W.
ZA
WSPARCIE, POMOC I OGROMNE SERCE
DLA STUDENTÓW AKADEMII MORSKIEJ
W SZCZECINIE
Przewodniczący Koła
Dawid Stanek
Walne Zebranie Członków
Szczecin, dn.02.12.2019r.
A teraz schodzimy na dół do mojej „Kapitańskiej Tawerny”. Ale to już będzie w następnych opowiadaniach o moim marynarskim domu.
MAKUMBA
MAKUMBA
Podczas ponad 40-to letniego mojego pływania po morzach i oceanach, poznałem wiele Religi, zwyczajów, wierzeń, obrzędów i czarów. W Brazylii Szaman na Amazonce nauczył mnie Makumby.
Wpłynąłem wtedy na Amazonkę, jako kapitan na m/s „Kopalnia Ziemowit” bez mapy i bez GPS na „marynarskiego nosa”. Płynęliśmy 12 godzin w górę rzeki bez pilota, dopiero w Macapa weszli piloci i płynęliśmy jeszcze trzy dni zmieniając pilotów do portu załadunkowego w buszu Itaquatiara.
To tam spotkałem Szamana, który nauczył mnie Makumby.
Makumba –Candoble, Umbanda lub spirytyzm – rodzaj opętania przez bóstwa.
W busz do szamana zaprowadziła mnie jedna z „mrówek”, czyli dziewczynek, które rozlazły się po statku. Mój Makumbista sprzedał mi swoją oryginalną maskę, miecz do obcinania głów i sztylet do zabijania.
Nauczył mnie też najważniejszego uścisku czarownika- „Um abraco do Macumbeiro”, który stawiał wszystkich Brazylijczyków na baczność ze strachu, gdy ich obejmowałem.
-Kapitan ty znasz Makumbę ?- pytali. Co sobie życzysz? I natychmiast spełniali moje życzenia.
Myślę, że ten uścisk znał Breżniew, kiedy czule witał Jaruzelskiego, bo u nas nazywaliśmy go uściskiem „Na misia”. Obejmowało się gościa ramionami raz i dwa i podporządkowywało całkowicie.
To tutaj w amazońskim buszu kupiłem rurkę (dmuchawkę) ze strzałkami namoczonymi w Kurarze (truciźnie z kory kilku gatunków kulczyby, z cebuli trój żeńca lub korzeni – porażającej nerwy mięśni-, która kiedy dostaje się do krwi- powoduje natychmiastowe wiotczenie mięśni. Nazwa Kurara wywodzi się od Indian Makuszi z Brazylii na Amazonce. Dowiedziałem się też, że spożycie Kurary jest nieszkodliwe, gdyż nie dostaje się ona do krwi, bo nie jest wchłaniana przez przewód pokarmowy. Nawet spożycie zwierzęcia z Kurarą też jest nieszkodliwe. Niweluje się działanie Kurary niewielkimi dawkami neostygminy. Stosuje się ją też leczniczo.
Indianie południowo amerykańscy do strzał łuków i dmuchawek używali rury bambusowej długości do ok 4.5m. Filipińczycy do 1m na Borneo 1.8m, Paragwajczycy 4, 5m /strzałka 7, 5cm do 45cm, nawet stosowano takie dmuchawki w Japonii (fukidade). Faktycznie była to straszna broń.
W Maceio byłem uczestnikiem modlących się. Podczas mojej inicjacji tańcząc na plaży z grupą wiernych wpadłem w trans, a może to było od jakiegoś proszku, który rozsiewał w powietrzu Szaman. Kapłan (Pai) rozpoznał u mnie, jakie bóstwo mnie opętało, rozpoznał mojego „ducha opiekuńczego” – był to Jaguar, z którym Pai się komunikował. Bębny i inne instrumenty wprawiały tancerzy w szaleńczy trans. Kobiety ubrane w długie białe suknie z turbanami na głowach tańczyły kręcąc się w kółko i śpiewając wokoło wieńca kwiatów z zamocowaną na nim figurą Matki Boskiej „Nossa Sehnora” (Nasza Pani). Wieniec kwiatów z bogato przystrojoną lalką (Naszej Pani), otoczony był palącymi się świecami i dziwnymi liturgicznymi przedmiotami.
Nagle dziewczyny zaczęły tarzać się po piasku, a po wyjściu z transu nie pamiętały, co się działo.
Szaman komunikował się z duchami, a te przemawiały przez jego usta. Śpiewał swoją pieśń, obejmował tańczących, trzymał ich głowy w dłoniach, kropił jakimś pachnącym płynem. Potrafił przewidywać przyszłość, leczyć, i diagnozować choroby… Czułem się oszołomiony, ale szczęśliwy! Szaman przekazał mi łaskę ducha. Potem nieustannie tańcząc z wieńcami kwiatów i stateczkami udekorowanymi laleczkami Matki Boskiej ruszyliśmy w morze. Weszliśmy do morza i spławiliśmy wieńce śpiewając i tańcząc ku chwale Bóstwa Oceanu, prosząc o łaskę i dobre połowy ryb.
To była Quimbanda –magia sympatyczna, naturalna i szamańska magia.
Wieczorne niebo rozświetliły fajerwerki i sztuczne ognie.
Na plażach tańczyły tłumy. Czarni tancerze w rytm Berimbau tańczyli Capoeirę – taniec walki. To od nich zakupiłem ten instrument i nauczyłem sie na nim grać. Po napiętej na łuku strunie uderzałem pałeczką, rytmicznie przyciskając do brzucha pustą skorupę kokosa, a małym kamieniem dotykałem struny i potrząsałem instrumentem dodając do muzyki szelest z zawieszonego koszyczka. To było Jahodo… Tak słyszało się tradycyjne rytmy muzyki afro-brazylijskiej.
Ale laleczkami można leczyć, czynić dobro i zło. Makumba afrykańska z kultury Bantu – imię afrykańskiego bóstwa afro - brazylijska z Rio de Janeiro to praktyki religijne- obrzędy czarnej magii.
Istnieje Makumba biała „ Magia branca”, która leczy, błogosławi, oraz makumba czarna „Magia nera”, która zabija, sprowadza śmierć, ale również leczy. Symbolem Makumby jest dłoń z palcem do góry -jak nasza figa. Wywar z konopi indyjskich daje silne doznania emocjonalne, silniejsze od marihuany, które trwają od 8-24 godzin w zależności ile się tego weźmie.
Brazylijczycy boją się makumby (Szamani-Espiritas) Mówią wierzę w Nossa Senhora”, a o Makumbie lepiej nie wspominać.
Jednak wielokrotnie rozmawiałem z Brazylijczykami o Makumbie, którzy twierdzili, ze 90% Brazylijczyków wierzy w Makumbę z różnych powodów.
Kiedyś starszy Pan Polak, profesor opowiedział mi, dlaczego?
-Otóż przyszedł do mnie do domu Makumbista i zaoferował mi hamak za 100 dolarów, a ja wiedziałem, że mogę kupić taki hamak za 5 dolarów. No i natychmiast kupiłem go za 100 dolarów.
-Dlaczego?- spytałem zdziwiony.
-Bo gdybym nie kupił, to on przed moim domem odprawiłby Makumbę i zostałbym wyrzutkiem społeczeństwa. A sąsiedzi omijaliby mnie jak zarazę- rozumie Pan teraz?
Odwiedziło mnie kiedyś w Rio Grande młode polskie małżeństwo.
-A Wy młodzi też wierzycie w Makumbę-zapytałem.
-Oczywiście, Panie kapitanie- odpowiedzieli chórem.
Przylecieliśmy do Brazylii z Polski i straszna bieda nas tu dopadła. Nie mieliśmy, za co żyć, ani pieniędzy na powrót do kraju. No i wtedy spotkaliśmy Makumbistkę, która nam powiedziała:
-Ja Wam pomogę! Zło usunę z waszej drogi na lewo i prawo i wytyczę Wam korytarz dobrego, którym pójdziecie. Ale musicie wykonywać wszystkie moje polecenia!
-Nie mając innego wyjścia, zgodziliśmy się.
Makumbistka nas obserwowała, aż pewnego razu powiedziała:
-Będziecie robić polskie pierogi!
-No i robiliśmy polskie pierogi i sprzedawaliśmy je po restauracjach. Okazało się, że tak zasmakowały tu nieznane pierogi, że z czasem produkowaliśmy ich tysiące. A teraz po dwóch latach takiej produkcji, mamy już własną fabryczkę pierogów i restaurację!
I jak tu nie wierzyć w Makumbę Panie kapitanie!?
KŁAJPEDA
KłAJPEDA
W Rumunii w porcie Konstanca, po ciężkim rejsie na m/s „Care”, nagle dostałem wiadomość od armatora, że przerzucają mnie na inny statek do Hamburga.
Ucieszyłem się, bo m/s „Care”, to była kupa złomu.
A na kei w porcie witała mnie moja żona.
Jako chief oficer miałem jeszcze wyładować część ładunku w porcie Konstanca, a pozostałą w Galati na rzece Sulina.
W Konstancji mieliśmy trochę czasu na balety, gdzie to przy okazji okradziono naszą uratowaną razem z jachtem „Judy”.
Natomiast w na rzece Sulina piloci wprowadzili nas na mieliznę w samych główkach wejściowych. Na dodatek okazało się, że agent oszukał szkockiego kapitana, bo podał mu głębokość wejścia na rzece o stopę większą niż była w rzeczywistości.
Wreszcie zażądano od armatora grubych pieniędzy za ratownictwo, na co armator kazał nam zamknąć ładownie i nie wyładowywać koksu.
Dlatego byłem szczęśliwy, że wreszcie lecę do domu, ponieważ tam miałem poczekać około tygodnia na moje nowe przeznaczenie. Lecieliśmy z żoną przez Bukareszt, gdzie w oczekiwaniu na samolot, przyjmowano nas z wielką serdecznością i fundowano nam wycieczki.
W Szczecinie czułem się jak szejk, bo armator mi płacił, a ja w barze piłem z kolegami za jego zdrowie.
Wreszcie po tygodniu zawezwano mnie do Hamburga.
Ponieważ dowiedziałem się, że mój nowy statek m/v „Leo Soling” płynie z Hamburga do
Kłajpedy, więc w Hamburgu najpierw odwiedziłem Frantexa i zakupiłem parę kartonów
biznesu, głównie dżinsów, peruk itp.
Handlowanie w Rosji opanowałem ładując poprzednio na m/s „Eugenie Cotton” w Leningradzie elementy budowlane domów zwanych „Leningradami”, które woziłem do Szczecina. Zresztą potem w takim domu mieszkałem.
Tak zaopatrzony ruszyłem motorówką na rzekę, gdzie na kotwicy stał mój „Leo Soling”.
- Hej tam wachtowy! – krzyknąłem do stojącego na trapie Filipińczyka – przygotuj dźwig na moje paczki i walizki.
Filipińczycy szybko ruszyli do załadowania mojego biznesu, gdy nagle z burty wychylił się jakiś blondyn.
- Bosman! Kto to przyjechał!? – krzyknął blondyn.
- Panie kapitanie, to chief przyjechał! – odkrzyknął bosman.
Zaszedłem potem do kapitana, żeby się zameldować.
- Chief! Te paczki to twoje? – spytał kapitan.
- Captain, to moje rzeczy osobiste i prezenty dla Rosjan – odpowiedziałem spokojnie.
- Chief! Ja się w to nie mieszam! Co tam masz to twoja sprawa. Ja pierwszy raz płynę do Rosji i nie chcę trafić na Sybir – stwierdził srogo.
- Captain. Nic się nie martw. To moja sprawa. Ja znam Rosję bardzo dobrze i wiem co robię-stwierdziłem stanowczo.
Na drugi dzień przy śniadaniu siedziałem razem z niemieckim kapitanem i zmustrowującym
niemieckim chiefem.
- Chief! –zwrócił się do mnie kapitan - Czy wiesz, dlaczego zmustrowałem tego tu siedzącego z nami chiefa?
- Nie, nie wiem – odpowiedziałem zaciekawiony.
- Zmustrowałem go, bo był leniwy i za dużo jadł! – wyjaśnił kapitan, patrząc prosto w twarz chiefa.
- Ooo! To ja się zaczynam odchudzać! – wypaliłem.
Tak się zaczęła moja praca z kapitanem, wysokim blondynem, który zachowywał się jak „rasowo czysty” Niemiec i jak mówili walił nieposłusznych Filipińczyków po twarzy.
Ładowaliśmy z barek worki mąki i czołgałem się po ładowniach, żeby były dobrze sztauowane i liczyłem skrupulatnie uszkodzone worki – tak jak kazał kapitan.
Na koniec załadunku policzyłem 731 worków uszkodzonych, a kapitan wpisał tę uwagę do konosamentu, tym sposobem go „brudząc”.
Taki „brudny” konosament uniemożliwiał załadowcom pobranie pieniędzy, dlatego byli wściekli na kapitana. On jednak mimo próśb nie ugiął się, twierdząc że płynie pierwszy raz do Rosji i nie chce wylądować na Syberii.
Próbowałem i ja go przekonać i uspokoić, że tak źle to tam nie jest, ale był „nieugięty”. I z takim konosamentem popłynęliśmy do Kłajpedy.
Płynęły z nami żona kapitana i żona austriackiego elektryka. Filipińczycy poinformowali mnie, że jak w Kłajpedzie znajdą wołka zbożowego, to statek czeka fumigacja, a załoga idzie na 5 dni do hotelu.
W Kłajpedzie na odprawie zjawiły się dwie laborantki szukające wołka.
Zawołałem je do swojej kabiny i wręczając każdej dżinsy zaproponowałem:
- Mam dla Was dżinsy, ale musicie znaleźć wołka.
- Tak toczno! Towarisz starszina! Wołka najdiom! – odpowiedziały szczęśliwe.
Poszły do swojego laboratorium i w słoiku przyniosły wołka. Zjawiły się u kapitana i zakomunikowały mu, że statek będzie fumigowany, a załoga ma udać się do hotelu.
Do mnie przyszła brygada od fumigacji i po krótkim handlu kupiła cały mój biznes. Następnie chodząc w te i z powrotem z butlami gazu, wynieśli to na ląd, mimo że trapu pilnował nic nie podejrzewający żołnierz.
Szczęśliwa załoga ruszyła do hotelu, a kapitan wypłacił zaliczkę, po oficjalnym kursie za dolara dawał pół rubla.
W hotelu na głównym holu ustawiła się do mnie załoga w kolejce, bo ja dawałem za dolara trzy i pół rubla - tyle ile dawali na czarnym rynku.
Następnie poprosiłem dwie piękne „dziewczynki” lekkiego prowadzenia, żeby zarezerwowały
stolik na sześć osób w restauracji „Regata”.
- Panowie! Teraz ja zapraszam Was do restauracji „Regata”. Zwróciłem się do kapitana, elektryka i ich żon oraz do polskiego chiefa mechanika. Płacę ja za wszystko.
Zdziwieni przyjęli zaproszenie i taksówkami, razem z dwoma „dziewczynkami przewodniczkami” udaliśmy się do restauracji, która mieściła się na pięknym żaglowcu.
Suto zastawiony stół czekał na nas! Kelnerzy kłaniali się w pas! Orkiestra grała nam na powitanie, a piękne dziewczęta z varietes tańczyły kankana. Ja w kilku językach śpiewałem z orkiestrą, a dziewczyny tańcowały nawet na stołach.
Oczywiście odpowiednio wcześniej „posmarowałem” kogo potrzeba.
Kapitanowi oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. Dziewczynki siedziały na mim cały czas, mimo że żona go strofowała. Wszyscy bawiliśmy się do białego rana. Oczywiście zapłaciłem za tę zabawę, ale to były tylko małe pieniądze w porównaniu z zarobkiem za biznes.
- Chief! A ja myślałem, że tu jest więzienie i Sybir – wykrzykiwał kapitan.
- Captain! Mówiłem Ci, że znam Rosję! Tu można wszystko, tylko trzeba mieć pieniądze.
Następnego dnia kapitan wysłał żonę innym statkiem do domu. Potem ruszył ze mną w miasto.
A po pięciu dniach hotelowych wczasów wróciliśmy na statek wyładować worki mąki. Wyładunek trwał miesiąc, a załoga balowała po knajpach. Po tygodniu kapitan już miał dosyć balowania i stwierdził:
- Chief! Ja mam dosyć, jak chcesz, to idź do miasta, a ja za ciebie popracuję.
Oczywiście chętnie się zgodziłem i buszowałem z załogą ile można. W miejscowej knajpie „Żuwiedra” zbieraliśmy się często, balując z „dziewczynkami”. Któregoś razu nagle wybuchła awantura. Moi Filipińczycy bili się z Ruskimi. Mój bosman okazał się karateką i „biegał” po ścianach waląc Ruskich. Bójka przeniosła się przed knajpę.
Nagle zobaczyłem, jak motorzysta Filipińczyk dusi i topi w kałuży Ruska. Wtedy udało mi się rozdzielić dwie grupy walczących, stanąłem między nimi i krzyczałem raz po rosyjsku, a potem po angielsku:
- Uciekajcie, bo Filipińczycy mają noże! Uciekamy, bo jedzie milicja!
Wreszcie moja załoga posłuchała mnie i zaczęliśmy uciekać. Udało mi się złapać taksówkę, ale mój pijany motorzysta nagle wskoczył na dach taksówki i przestraszony taksówkarz uciekł.
Złapałem więc autobus, zapłaciłem, a ten zawiózł nas do portu.
Nadszedł wreszcie koniec wyładunku. Nagle wpadł do mojej kabiny kapitan.
- Chief! Tragedia! Stewedorzy policzyli tylko 300 worków uszkodzonych! Co ja teraz powiem załadowcom, przecież napisałem na konosamencie 731 worków uszkodzonych
– lamentował.
- Captain! Nie martw się, zaraz to załatwię – uspokajałem go.
Zawołałem stewedorów, dałem im kilka butelek wódki i za chwilę miałem nowy dokument. Zaniosłem go kapitanowi. Czytał z niedowierzaniem.
Nagle stwierdził:
- Chief! Napisali 731 worków uszkodzonych! Jak oni to policzyli? – dziwił się.
A jednak niczego się mój kapitan nie nauczył – pomyślałem – przecież mówiłem mu, że tu wszystko można załatwić.
wtorek, 4 stycznia 2022
KAPELUSZE
Kapelusze
W mojej Kapitańskiej Tawernie znajduje się wiele pamiątek, które zbierałem podczas 45-letniego pływania po morzach i oceanach i rzekach.
Każda rzecz to osobna historia i opowieść. Zbieram ciekawe kapelusze, a mam ich 30. Opowiem o niektórych z nich. Wśród nich jest kapelusz podarowany mi przez piękną Kolumbijkę na plaży w Kartagenie, podczas uroczystości „Dni Morza”. Kapelusz specjalny na tę uroczystość, zrobiony z liści palmowych, a na wpiętej w nim gałązce leci palmowy gołąbek.
W słomkowym kapeluszu chińskim chodziłem po najniebezpieczniejszych dzielnicach Tajwanu i Szanghaju. Zsuwałem go na oczy tak, że nie było widać mojej twarzy i nikt mnie nawet nie zaczepił.
Kapelusz Mandżurski materiał bogato strojony kolorowymi kamieniami, jako koronę założyła mi na głowę i posadziła na tron moja chińska załoga podczas moich 65 urodzin. Gdy tak siedziałem jak „Maharadża”, podchodziło do mnie 25 Chińczyków z laurkami (jedna wisi na suficie mojej tawerny) i składało mi życzenia po chińsku. Na szocie z obu stron mojego „Tronu” wielkimi czerwonymi „chińskimi znakami” były wypisane dla mnie życzenia (jeden taki „Krzak” wisi u mnie w tawernie na suficie). Mój pierwszy oficer, który jedyny mówił po angielsku wytłumaczył mi, że te życzenia to poemat, który ma 5 tysięcy lat i znają go prawdopodobnie wszyscy Chińczycy. A brzmi on tak:
壽 比 南 山 不 老 松, 福 如 東 海 長 流 水
FU RU DONG HAI CHANG LIU SHUI
SHOU BI NANG SHANG BU LAO SONG
A znaczy:
Szczęścia tak wiele, jak wielkie żółte morze chińskie (Dong Hai),
i wszystkie do niego wpływające rzeki (nieustannie zasilające to szczęście).
Długiego życia, jak długie są chińskie góry (Nang Szang)
wiecznego odradzania się, jak wiecznie odradza się natura,
jak wiecznie rosnąca sosna.
Potem wielokrotnie sprawdzałem znajomość tego poematu w Singapurze, innych krajach, a nawet w Szczecinie i faktycznie na moje FU RU DONG HAI, z uśmiechem Chińczycy kończyli ten poemat.
Jest też u mnie egipski kapelusz w kształcie ściętego stożka z bordowego filcu. Zwany, jako „Fez” i kojarzony z dostojeństwem. Nosiłem go w krajach arabskich, a w Egipcie nawet celnicy mnie szanowali i nie przeszukiwali, tytułując „Pasza”, „Pasza”.
Są u mnie tradycyjne nakrycia głowy oraz ust używane przez Arabów na pustyni, w takim nakryciu chodziłem też w Turcji. Ale na pustynię mam kapelusz składany, materiał taki jak aluminiowy, odbijający promienie słoneczne, a tym samym chłodzący głowę, który z Egiptu przywiózł mi przyjaciel Andrzej Surmacki.
Nie mogłoby zabraknąć oczywiście u mnie kapelusza kowbojskiego, który szczególnie nosiłem w Texasie. A raz w Houston chodziłem w nim na „Rodeo” i byłem zaproszony na „Barbecue”, w którym uczestniczyło 30 tysięcy kowboi w kowbojskich kapeluszach i strojach.
Są też inne meksykańskie kapelusze, ale ten najpiękniejszy oddałem w prezencie przyjacielowi Krzysiowi Matysiakowi.
W nim to zasiadałem w Vera Cruz na placu Zocalo, popijałem Tequilę i paliłem cygara!
A przy moim stoliku stał jak zwykle mój znajomy meksykański gitarzysta i grał mi:
Yo no soy marinero, soy capitan, soy capitan!
Bamba La Bamba!
Mam też cały zabytkowy zbiór dawnych żołnierskich i marynarskich rosyjskich czapek. Ale jest też hełm policjanta angielskiego „BOBBY” i wiele innych kapeluszy.
Ale najdroższy jest bardzo drogi kapelusz góralski, który drogo mnie kosztował, bo kupiłem go z głowy właściciela „Zbójnickiej Karczmy” w Zakopanym.
A fundowałem wtedy całej Karczmie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)